PROSZĘ POMÓŻ MI WYGRAĆ BATALIE O ZYCIE ....

Bank Zachodni WBK Odział 1 Kielce: 86 1090 2040 0000 0001 1113 97 44

w tytule wpłaty: KAROLINA DZIENNIAK
Fundacja z Uśmiechem, ul.Mielczarskiego 121/303, Kielce

KONTAKT :

E-MAIL : kalusia22@o2.pl


czwartek, 27 września 2012

[28] BEZSENNOŚĆ...

Męczy mnie brak snu...
Nie wiem skąd to się we mnie bierze...
Im bardziej usiłuje zasnąć tym bardziej mi się to nie udaje...
Okropność...
Wszyscy śpią.. tylko ja się pętam po domu i nie mam co ze sobą zrobić...
Co ja bym dała żeby normalnie zasnąć...To już n-ta noc z rzędu i zapewne nie ostatnia...
Zgroza !!!

Pogoda dzisiaj mi sprzyjała na maxa , napaliłam sie na spacer... i co ??
Jak zwykle nie wyszło.
Z obstawą Bączka miałyśmy dzisiaj przemierzyć park, no ale deszcz zniweczył mój cały plan.
Za to odważyłam się dzisiaj połazić po sklepie. Cóż po prostu zostałam do tego zmuszona, Hubiego rozwalone buty trzeba było oddać do reklamacji. Nie było zmiłuj się , musiałam z Nim jechać. To takie dziwne jak człowiek sie zmienia.. ja czyli ta , która w sklepie mogła być godzinami, wertować i przebierać wieszaki, spędzać godziny w przymierzalni teraz pomykam pasażem i wejdę może do jednego sklepu, chyba bardziej dla sportu. nawet gdyby mi ktoś dał na zakupy kilka tysięcy nie potrafiłabym ich na dzień dzisiejszy wydać... W ogóle mnie to nie cieszy...

To było już moje kolejne wyjście bez chustki... peruki..
Oswajam się sama ze sobą,  nie przychodzi mi to łatwo...
Czuję się jak chłopczyk !!!
Wiem, że to w tej chwili nie jest najważniejsze, to głupie... Jednak za każdym razem kiedy patrzę
w lustro , odbijam się w witrynie sklepowej moja nowa fryzura przypomina mi,że coś jest nie halo...
że jestem chora...
A zresztą kto by się w takiej chwili włosami przejmował.
Fajnie by było być dawną sobą, taką "starą" Ja, ale trzeba żyć dalej i cieszyć się z każdej chwili i chociaż na moment udawać, że nie ma problemu. No właśnie udawać tyle mi zostało...

Ach te moje kudły , nie tylko ja byłam do nich przywiązana.
Sama się na tym łapie, że po każdym umyciu głowy robię turban z ręcznika na głowie :-)
Szczytem szczytów był jednak fakt, kiedy rodzice zostawili mnie w szpitalu, a Mamuśka wchodząc w domu do łazienki zobaczyła szczotkę i zasmucona do siebie powiedziała : " Cholera zapomniała szczotki, co Ona teraz zrobi ".
Płakałyśmy ze śmiechy jak mi to opowiadała :-)
Aż mi się cieplej zrobiło jak sobie o tym teraz przypomniałam...
To są momenty, które dają mi pewna silę, oby było ich więcej...

niedziela, 23 września 2012

[27] PŁACZUSIOWO...

Dopadła mnie niemoc fizyczna i psychiczna ... płacz... przeraźliwy strach ...
Nic innego dzisiaj nie robię tylko myślę ...
Cały dzień przespałam, a teraz emocje wzięły górę...
Wybuchłam...
Najgorsza w tym wszystkim jest ta cholerna bezradność... Ten porażający strach...
Wczoraj uśmiechnięta... mogę nawet powiedzieć wesoła , a dzisiaj nie wiedzieć czemu zjazd totalny...
Nienawidzę tego stanu...
Zbierałam w sobie dzisiaj wszystkie siły, na przekór temu cholernemu " dziadowi" ale to dzisiaj "On" królował...
Uciekł mi dzień, nawet nie wiem kiedy...

Pomału zaczynam prowadzić wampirzy tryb życia...
Ostatnie poparzenie słoneczne dało mi sie we znaki... ujawniło się po 5 minutach na słońcu...
Cała twarz , dłonie ...
Matko istny szok, uczucie jak za starych dobrych czasów kiedy cały dzień leżałam na słońcu i tylko przez własną głupotę potem cierpiałam...
Tym razem było inaczej...
Cóż nie pozostaje mi nic innego jak spacery w słoneczne dni z parasolem...
Jeśli kogoś takiego zobaczycie w piękny słoneczny dzień , to będę Ja...
Łudzę się, że być może terapia działa, lek skutkuje...
Co ja bym dała żeby tak było...

Rezonans zbliża się wielkimi krokami, może to mnie właśnie dzisiaj sparaliżowało...
Od ponad roku moje życie krąży wokół tego... Przeżyc od rezonansu do rezonansu...
Choćby nie wiem jak człowiek starał się zapomnieć, strach jest wszechobecny
Dwa najbliższe tygodnie przemkną jak wiatr i znowu trzeba sie poddać temu co los przyniesie... temu cholernemu wynikowi, od którego tyle znowu zależy...
Nie jestem przecież wyjątkiem, każdy chory zawsze na to liczy, że właśnie tym razem pojawi sie jakieś światełko w  tunelu..
I ja jestem tego kolejnym żywym dowodem...



piątek, 14 września 2012

[26] BIOENERGOTERAPIA... CZYLI RĘCE , KTÓRE LECZĄ...

Pojechałam....
I podjęłam decyzję , że będę tam jeździć...
Bioenergoterapeuta na pewno nie zaszkodzi, a może akurat wspomoże...
Coś w tym przecież musi być...
Nie czułam ciepła, ale dziwnie przyjemne uczucie niesamowitego spokoju.
Nie wiedzieć czemu głowa przestała mnie boleć... Może sama z siebie, a może dzięki Niemu...
Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Wolę wierzyć , że dzięki Niemu !!!
Na pewno nie zamierzam tego zaprzestać po prostu dobrze to na mnie wpływa i nie wstydzę sie do tego przyznać...
To przecież żaden wstyd...
A 40 minut błogiego relaksu jest dla mnie niesamowicie kojące.
Bo przecież wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń, gdy serce pełne wiary...



Szkoda , że na razie los nie srebrzy się u moich stóp...

Znowu nie wiem jak dziękować wszystkim za okazaną pomoc...
Z jednej strony chciałabym być daleko od tego wszystkiego... wyłączyć się ... nie mysleć o tym.. ale nie sposób ... tyle wokół się dzieje...
Nigdy bym nie przypuszczała, że tyle osób, nawet obcych będzie mi pomagać. Ciężko mi o tym m mówić, bo nawet teraz kiedy o tym pisze ryczę jak bóbr i nie sposób tego powstrzymać.
Dochodzą do mnie cały czas informacje o różnych akacjach.
Wiem , że jutro jest impreza na Pogorii. Tym razem Regaty Kajakarskie...
Mój mózg tego wszystkiego nie ogarnia...
Móc uczestniczyć w tych wszystkich imprezach musi być niesamowitym przeżyciem, ale ja pomimo iż bardzo bym chciała nie potrafię, jest to dla mnie niesamowicie trudne, a moja psychika tego nie wytrzymuje.
I ten filmik na You Tube. Nie wiem kto go zrobił, kto wiedział, że to ostatnio moja ulubiona piosenka, która nieustannie nucę. Oglądam to po parę razy dziennie i się wzruszam...
Nie wiem kto za tym stoi ale naprawdę dziękuję !!!



Za każdym razem kiedy wiem o jakiejś akcji serce podchodzi mi do gardła, brzuch boli, łapy się trzęsą jak przed sprawdzianem w szkole.
Kurcze ciągle myślę jak ja mogę sie Wam wszystkim odwdzięczyć !!!
To niesamowicie ważne wiedzieć, że człowiek nie jest sam...
Czasami wyobrażam sobie wielka imprezę!! Ogromne ognisko ... głośna muzyka.... i cały ten tłum i ja pośród wszystkich zadowolona, że wszystko idzie zgodnie z planem, że pasażer na gapę dostał w końcu mandat i wielkimi krokami odpuszcza...
Żyje nadzieja , że w końcu rolę się odwrócą, że teraz ja mu nareszcie dokopie !!!
Wiem, że strach nigdy nie ustąpi, żyje jak na bombie ale wyobrażam sobie ze to bomba z opóźnionym zapłonem. Ze w końcu uda sie ja rozbroić.
Wiem nie jestem jedyna, takich jak ja są tysiące chorych, bezbronnych ale komuś sie przecież udaje, ktoś wygrywa !!!
A ja ???
Ja nie jestem jeszcze gotowa ,żeby odchodzić... 


wtorek, 11 września 2012

[25] ZAPOMNIJ SIE... I TAŃCZ...



11 dni...
Dzisiaj mija 11-ty dzień terapii...
Nie tracę nadziei, ale tez nawet na moment nie udaje mi się ostatnio zapomnieć...
Rozmyślam...analizuje...
Cały czas się zastanawiam co tez tam dzieje się w tej mojej głowie...
Chce wierzyć w to, że nie jest gorzej i że będzie tylko lepiej...
Ten cholerny czas...
Niby biegnie tak szybko, a jednak z perspektywy brania leku tak wolno.
Z jednej strony chciałabym, żeby był już październik i kontrolny rezonans a z drugiej staram się tą myśl odsuwać od siebie...
Wpadłam już w pewien rytm...
Pobudka 6:30 w pól przytomna sięgam po leki... i tak co 8 godzin... nie narzekam , mogłabym wstawać nawet co godzinę w nocy jeśli to ma pomóc !!!
Nie ma co narzekać... jedynym problemem są promienie słoneczne... Pogoda jak na razie mi nie sprzyja... Niestety przewidywany skutek uboczny wystąpił... Uczulenie na promienie słoneczne !!!
Nie sądziłam, że będzie aż tak odczuwalne, a jednak !!! Chowam się jak mogę.
Cóż nie będę czerpać energii ze słońca... Tyle, że ono ostatnimi czasy jest wszędzie ...
Może to dobry znak...
Może to znaczy tak jak dzisiaj powiedział mi chłopak, który z dobrym skutkiem stosuje tą terapię od  4 lat lek na mnie działa...
O niczym innym nie myślę , nic innego sobie nie wyobrażam i niczego dzisiaj bardziej nie pragnę...
Niczego bardziej nie pragnę od maja zeszłego roku...
Strach jest cały czas obecny w moim życiu...
I tak jak słowa tej piosenki :" Nie bój się bać, gdy chcesz to płacz..." doskonale odzwierciedlają sytuację ,
w której się teraz znajduje.
Nie poddaje się ,ale łatwo nie jest...powiedziałabym, że coraz ciężej...
Słowa, żę będzie dobrze !!! Musi być !!! jakoś do mnie nie docierają !!!
Chociaż sama powtarzam to sobie jak mantrę...
Staram się jak mogę, ale co z tych starań wyjdzie...
Chciałabym popełzać jeszcze na tym świecie długie lata...
Matko jak ja tęsknie za swoim dawnym życiem !!!
Codziennie przeglądam foldery ze zdjęciami z ubiegłych lat.
Moje urodziny...
To był rytuał... Obowiązkowo wyprawiane rok w rok...
Przychodził 19 marzec i wszyscy wiedzieli ze będzie impreza do białego rana...
Dom pękał w szwach od nadmiaru ludzi, Mamuśka szalała w kuchni kilka dni wcześniej, tańce...
Jakie to były piękne czasy... tyle przyjaciół... śmiechu
Co ja bym dała żeby to wszystko wróciło...

A teraz każdego dnia cieszę się że mogłam się obudzić....

poniedziałek, 3 września 2012

[24] NADZIEJA... UMIERA OSTATNIA...

Dużo się wydarzyło...
Niby to tylko tydzień, a wszystko przewróciło się do góry nogami...
Tyle się wydarzyło, że sama nie nadążam z analizą wszystkiego...
Przypadek .. a może zrządzenie losu sprawiło, że w tej całej niemocy  rozpaczy natrafiłam na osobę która poddała się parę late temu eksperymentalnemu leczeniu glejaka III stopnia w Klinice Neurochirurgii w Niemczech.
Niewiele mysląc nawiazałam kontakt, dostalam namiar, a w między czasie całą noc szukalam...
I znalazłam kolejna osobę !! Kolejną , która rownież leczy sie w tamtejszej klinice ... serce waliło mi jak oszalałe, pobudzona nie dałam spac tez mamie.  Oglądałyśmy analizowałyśmy, a ja nie mogłam się opanować !!! Jak tu zasnąć ???  No jak  ??? Nie dało się... Emocje wzięły gorę...
Wytrwałam jakoś do rana... Hubi skontaktował się z naszym " osobistym tłumaczem" i czekamy...
Czekamy i nic...
Nie udało się dodzwonić... Cóż trzeba było zacisnąć zęby i przetrwać jakoś kolejny dzień...
Wychodziłam z siebie, tak chciałam dostać jakaś namiastkę , tak namiastkę nadziei... nic więcej...
Nieprzespana noc dała sie we znaki i kolejnej juz nie przetrwałam... padałam jak kawka... odpłynęłam w błogim stanie...
Rano niczego nieświadoma otworzyłam oko i spoglądając na telefon serce podskoczyło mi do gardła... Cztery nieodebrane połączenia od Hubiego... Drżącymi rekami wykręciłam numer i czekam... nasz Anioł Stróż dodzwonił się do kliniki !!! Po przedstawieniu telefonicznie mojego przypadku, decyzja Profesora... przyjechać na konsultację za trzy dni !!!  Myślałam, że zemdleje, krew zaczęła szybciej krążyć... nie mogłam zapanować nad rekami. W głowie przewracało mi sie tym razem nie od mojego NIECHCIANEGO NIEPRZYJACIELA  ale od natłoku myśli... co przyniesie ta wizyta...
Trzy dni ciągnęły się niemiłosiernie, czas jak na złość stanął w miejscu a mnie tak się spieszyło,żeby już tam być na miejscu i usłyszeć, że jest szansa...
W końcu wybiła godzina "zero".  W silnym składzie wyruszyliśmy po nadzieje... kierunek Niemcy- Berlin...
Najważniejszy człowiek był z nami moja kochana Iwonka - mój osobisty tłumacz, bez której nie byłoby szans... człowiek dopiero w takich sytuacjach uświadamia sobie jaki jest nieporadny, nie zna języka i nie potrafi sam sobie pomóc w takiej chwili. Czułam się z tym strasznie ale wyznaczyłam sobie cel.. Jeśli tylko wszystko zacznie się układać najwyższy czas zabrać się za siebie i zacząć naukę języka obcego !!!
Hubi przewrażliwiony nakazał wyjazd w środku nocy... przezorny zawsze ubezpieczony lepiej być wcześniej na miejscu i poczekać niż się spóźnić i wrócić z kwitkiem. Wykazał się chłopak rozwaga jak nigdy dotąd.
Dojechaliśmy na miejsce...byłam i w dalszym ciągu jestem przerażona... udało nam się szybko i sprawnie znaleźć klinikę... Nie byłam w stanie na nic zwracać uwagi.. strach , który towarzyszy mi już od tak dawna niestety nie ustąpił i poraża mnie od stóp od głów.
Czekaliśmy na swoja kolei, byliśmy sporo przed czasem... po długim czasie w końcu przyszła moja kolej...
Weszliśmy w trójkę do gabinetu... Ja, Hubi i Iwonka mój- nasz tłumacz... szwagierka czekała w poczekalni. Biedna sama pośród Niemców, również nie znająca języka uśmiechała się tylko bo cóż innego mogła zrobić.
Profesor... niesamowicie ciepły człowiek od początku do końca wyłuszczył mi co to za choroba, opisywał zrozumiale dla prostego człowieka co mam w głowie, analizował skany mojego mózgu. Potrafił doskonale wymienić nie pytając mnie o zdanie jakie miałam lub mam objawy. Siedziałam tam i myślałam , że to wszystko nie dzieje się naprawdę , sceny iście jak z dobrego filmu... Siedząc tam czułam, że jestem naprawdę dla Niego ważna...
Niestety Profesor potwierdził, że według niego to nie jest II stopień, obraz radiologiczny sugeruje, że to może być III stopień,ale  nie może tez wykluczyć gorszej ewentualności chociaż raczej wątpiąca sprawa,jednak tego niestety nigdy nie można być pewnym bez rozpoznania histopatologicznego...
Głęboko wierzę, że to jednak ta bardziej optymistyczna wersja...
I muszę się tego trzymać bo inaczej zwariuje !!!
I stał się pewnego rodzaju cud !!!
Profesor zaproponował eksperymentalne leczenie, które stosuje już od dłuższego czasu na swoich pacjentach... Długo się nie zastanawiałam bo i nad czym ???
Jakie mam wyjście ???
Pojawiło się światełko w  tunelu i zamierzam nim iść do momentu, aż światło mnie oślepi !!!
Zdecydowanie zaproponował mi próbę przyjmowanie leku 3 razy dziennie po 4 duże piguły i kontrolny rezonans za miesiąc, który pokaże czy udało się guza utrzymać w ryzach a może nawet coś więcej ... i dalszą kontynuacje leczenia.... Dopiero po tym czasie jeśli nie będzie efektów zdecydować się na radioterapie mózgu... Leczenie kosztowne, ale czuje wewnętrznie że warto. Musze na siebie teraz szczególnie uważać. Coś tam w środku podpowiada mi od samego początku, że los się w końcu do mnie uśmiechnie... Dostałam promyk nadziei, który ostatnio u mnie pomału wygasał... tlił się, a teraz na nowo zaczął płonąć... Może to znak.. te wszystkie ostatnie zawirowania , powroty ze szpitala... może własnie to jest moje przeznaczenie... może to leczenie w Berlinie przyniesie skutek... strach mnie paraliżuje, ale podjęłam to ryzyko...
Czas pokaże czy podjęłam słuszną decyzję.
Tak bardzo chce w to wierzyć i wierzę...
Kolejna wizyta za miesiąc w Berlinie będzie decydująca... Ale już chyba bardziej zwariować nie można...
Nie ma przecież dnia , żebym zapomniała o tym że jestem chora, żebym nie zastanawiała się co będzie dalej, ile jeszcze mi zostało... Milion myśli kłębi się w głowie, ale co począć...
Chce żyć !!!  Będę próbować, aż w końcu osiągnę swój cel...
Muszę....
Nie mogę powiedzieć , że nie ma innego wyjścia bo zawsze jest ... można się poddać....
Jest mi ciężko... cholernie ciężko ale staram się wytrzymać.
Modlę się codziennie do Boga ale od soboty zawierzyłam mu całkowicie...
Zbieram się w sobie, rozpoczęłam terapię i teraz pozostało czekać na efekty...pozytywne efekty.
Patrze na te dzieci z teledysku i pozytywnie się nakręcam.
Skoro one potrafią się uśmiechać może i mnie się to uda...


Bo tak jak słowa tej piosenki:
" co Nas nie zabije to nas wzmocni
co Cie nie zabije zrobi z Ciebie wojownika"

Wojna z niechcianym pasażerem trwa ...
Jeszcze się nie skończyła !!!
Mowią, że nadzieja matką głupich... ale ona umiera ostatnia...





niedziela, 26 sierpnia 2012

[23] CZARNE CHMURY...

Brak sił...
Totalny brak sil i totalna bezradność, lęk strach przed tym co przyniesie przyszłość...
Ostatnio życie zaskakuje mnie coraz częściej.... Niestety nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Dni mijają jak oszalałe, a złych myśli w mojej głowie nieskończona ilość.
Od kilku dni nie potrafię się pozbierać... ogarnąć tego wszystkiego... pojąć...
Strach wziął górę... zawładnął moim życiem ...
Cały czas... cały czas pod górkę !!!
Nadszedł słynny czwartek...
Ze ściśniętym gardłem pojechaliśmy silną ekipą na onkologię.
Tak jak wcześniej zostałam do tego przygotowana zapowiadał się tam długi pobyt... Wszystko poszło dosyć sprawnie i już za chwilę leżałam na łóżku w trzyosobowej sali na piątym piętrze... Nie wytrzymałam napięcia... emocje wzięły górę.  Tak bardzo chciałam być twarda, odważna i silna.
Dla mojej Mamci , Tatka , Hubiego... Nie wytrzymałam, rozpakowując rzeczy wybuchłam... Nie mogłam powstrzymać łez, trzęsłam się ze strachu błagając rodziców żeby mnie stamtąd zabrali ....
Tam z każdego zakamarka wyłania się rak... jest wszechobecny i nie ma jak przed nim uciec... Nie sposób choćby nie wiem jak człowiek się starał...
Sparaliżowana strachem czekałam na dalszy rozwój wydarzeń... Nie mogłam myśleć o niczym innym jak o wyniku rezonansu wykonanego tydzień temu... Czas się niemiłosiernie dłużył , a Pani doktor nie przychodziła... W końcu zostałam sama... Po całym dniu moja eskorta odjechała, wiedziałam, że wiecznie ze mną nie będą... W końcu po paru godzinach poznałam wynik rezonansu... Niby układ komorowy uległ normalizacji , czyli zastawka działa prawidłowo ale wymiary guza.... 30 x 25 mm ,a dwa miesiące temu było 26 x 26 mm. Ale najgorsze miało dopiero nadejść...
Plan sytuacyjny przedstawiał się następująco: piątek rano seria badań krwi, prześwietlenia,
w poniedziałek badanie PET i lekarze z Monachium, wtorek transport na zaprzyjaźnioną neurochirurgię, środa biopsja mózgu... W sumie nic nowego przygotowywałam się do tego już od trzech tygodni, tyle czasu zajęły same procedury, sprowadzenie znacznika do badania PET, ustalenie terminu biopsji itp.
Nawet nie wiem kiedy padłam jak mrówka... Nie wiem jak mi się to udało, ale przespałam jak zabita calutka noc...
Dzień drugi... piątek....
Wczesny ranek i badania krwi, tyle fiolek to ze mnie jeszcze nigdy nie spuścili.... ale równocześnie tak bezboleśnie dawno się  nikt w moje żyły nie wkłuwał, muszę przyznać że pełna perfekcja ze strony siostry. Opieka naprawde na najwyższym poziomie, wszyscy mega mili, przyjaźni uczynni troskliwi...
Po śniadaniu opadłam z sił, dość szybko jak na mnie, ale ostatnio długo podsypiam... sił  brakuje, męczę się, nieprzyzwyczajona jestem do takiego stanu i nie powiem żebym byla z tego faktu zadowolona.
Dziwne uczucie ale czuję, że tam coś w głowie mi siedzi...
Nie ma chwili  żebym ostatnio o tym nie myślała, zaczynam pomału wariować...
I tak pospałam ładnych parę godzin ... to mi ostatnio najlepiej wychodzi ale ciągle odczuwam zmęczenie. Po przebudzeniu moje " współlokatorki" poinformowały mnie , że była u mnie Pani Doktor... Ale że słodko spałam nie chciała mnie budzić... Podreptałam w jej poszukiwaniu bo w głębi duszy czułam, że coś się stało...
Zawsze przecież coś się dzieje , więc dlaczego teraz miało być inaczej ???
 Żeby zbadać sprawność mojego " chorego mózgu" przeszłam testy sprawdzające i o dziwo dostałam 30 punktów na 30 możliwych. Jak dla mnie w jakimś stopniu sukces, pomimo tego guziora jeszcze jestem sprawna intelektualnie...
Kiedy szykuje się już do wyjścia nagle Pani doktor prosi żebym jeszcze siadła bo chce ze mną porozmawiać... To nie zabrzmiało dobrze ... I co ?? I nagle okazuje się, że dalszych badań nie będzie, że neurochirurdzy nie podejmą się już biopsji, zbyt duże ryzyko... ja tego zabiegu nie przeżyje ... Myślałam, że zemdleje, pociemniało mi w oczach, oddech przyspieszony i totalna burza w mózgu... Mam teraz żyć ze świadomością, że guz rośnie, prawdopodobnie zezłosliwiał i nie mogę się dowiedzieć co to za stopień i jak z nim dalej walczyć ???!!! A co jeśli to czwórka ??? Najgorszy z najgorszych !!!
Tego nie dowiem się już nigdy !!! Nikt nawet nie wspomniał trzy tygodnie temu , że biopsja jest niemożliwa... Ja sama nie brałam nawet pod uwagę, że guz może przeszedł transformację...Tak mi zasugerowano , przekonywano , że biopsja jest konieczna,że konsultowano z neurochirurgiem, a  teraz co nagle się nie da ??? Jak mam z tym żyć ??? Odechciało mi sie wszystkiego....Zaczynam zapominać jak to jest być zdrowym, szczęśliwym... Nic ale to nic mnie nie cieszy...  nie potrafię się pozbierać... Pozostają mi tylko na tą chwilę naświetlania i tu w Polsce na tym koniec. Cóż nie mam wyjścia nie pozostało mi na ta chwile nic innego... Ale to nie koniec "dobrych" wiadomości. Powalił mnie z nóg termin radioterapii !!! 20 wrzesień !!!! Przecież to za miesiąc !!! Nie nie mogłam w to uwierzyć, nie dość że czekam już dwa miesiące odkąd ten GAD się ruszył, to mam czekać jeszcze kolejny ???
Tego było już dla mnie za dużo... Piątek 24 sierpnia 2012 przejdzie dla mnie do historii... Miałam wrażenie że wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie i byłam z tym wszystkim sama ... Nie zdążyłam jeszcze poinformować moich bliskich o tym wszystkim, nie wiedziałam jak... jedynym pozytywem był fakt, że udało się wynegocjować termin naświetlań na 5 września... chociaż tyle w tym całym bajzlu... no bo coś trzeba z tym gnojkiem robić... czegoś próbować... jak widać samym dobrym nastawieniem nie udało mi się go powstrzymać... Miałam jeszcze weekend przeleżeć po to żeby w poniedziałek zrobić tomograf i maskę i wyjść znowu na trochę do domu bo procedury przygotowawcze przecież trwają !!!
O nie !!! Nie chciałam zostać w tym miejscu przez weekend ze świadomością, że w poniedziałek mam wyjść. Do Gliwic nie mam tak daleko i mogę dojechać na zrobienie tej cholernej maski. Wszyscy zgodnie przystali na moja propozycję i w piątek dostałam zgodę żeby wrócić do domu  z zaleceniami zgłoszenia się w poniedziałek na TK i maskę... Nie miałam jeszcze pojęcia jak tam dojadę ale skłonna byłam przyjechać nawet sama pociągiem wcześnie rano byle już znaleźć się w domu...
Kolejny motyw... nie odebrałam walizki bo wydaja do 15:00, a ja się zameldowałam 15:03 .
Ale ten fakt to już mnie rozbawił, Pani siedzi ale nie wyda bo czas minął.
Normalnie to wyszłabym z siebie ale wiedząc, że w poniedziałek się tu melduje na chwilę odpuszczam
i śmiejąc się przez łzy wychodzę i czekam na Huberta. Wydawało mi się, że minęła wieczność no ale przecież nikt nie był na to przygotowany, że właśnie dzisiaj wychodzę.
Droga powrotna była straszna, nie potrafiłam się odnaleźć zresztą nie potrafię do dnia dzisiejszego...
Hubi chcąc mnie trochę rozweselić w drodze powrotnej zabrał mnie na lotnisko do Pyrzowic.
On wie jak lubiłam i dalej lubię pic kawkę i oglądać startujące i lądujące samoloty. Pomimo tego, iż tak bardzo się ich boję, tak panicznie boję się latać to uwielbiam patrzeć jak startują i lądują.
Siedziałam tam taka przybita i zadawałam sobie ciągle jedno pytanie... Jak to jest, że takie coś unosi się w powietrzu, że człowiek wymyślił sposób żeby wznieść się w przestworza .. tyle ton... a nie wynaleziono jeszcze cudownej pigułki na raka...
No i oczywiście nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie...
I tak wypluta na maxa dotarłam do domu, wtuliłam się w mamuśkę i poszłam spać...
Kolejny dzień...sobota...
Cały dzień przespałam... nawet oglądanie TV mnie totalnie męczyło. Kolejny stracony dzień...
Niedziela...
Obudził mnie potworny lęk i w dodatku ból, ruszyć się nie mogłam. Dren dawno się nie odzywał i nagle sobie o mnie znowu przypomniał... było parę dni spokoju. Pogoda pod psem... pada... odczulam dziwna potrzebę odwiedzić Jasna Górę. Myślałam, że się nie zwlekę, ale ból po paru godzinach popuścił i jakoś poszło... Z tej niemocy i bezradności chodziłam dzisiaj bez chustki... Było mi już obojętne... a może przełamałam pewien wstyd ??? Nie wiem...W sumie wstydzić się nie ma czego ale... Lewa strona wygląda znośnie ale prawa trochę gorzej... Przebijająca zastawka i nie wiedzieć czemu słabo rosnące włosy po prawej stronie przypominają mi o całym tym koszmarze...


Przekraczając bramę kościoła czułam znowu niesamowity ścisk w żołądku, łzy cisnęły się na polika. Stałam tam wśród tych setek ludzi i czułam się przez chwile szczęśliwa. Nie dotrwałam do końca mszy... pociemniało mi w oczach... serce myślałam, że wyskoczy... słabość....zawroty głowy... trzeba było wyjść na powietrze. Ale udało mi się... udało mi się usłyszeć jedną , najważniejszą rzecz : nie zawsze od razu dostajemy to o co prosimy, na wszystko trzeba czasu...
Muszę więc czekać na swój czas...
Może to dobry znak , że wszystko tak się potoczyło...
Może w końcu los się do mnie uśmiechnie ???
Czy wytrwam ???
Niczego więcej nie pragnę...

niedziela, 19 sierpnia 2012

[22] MAŁE SZCZĘŚCIA...

Krótki, swojski wyjazd..
Świeże powietrze... 30 h na wsi i chwilowy święty spokój...
Takie małe, zwykłe rzeczy,  a tak mnie cieszą... Korzystam z tych ostatnich chwil wolności jak tylko mogę.
Wieś mi chyba służy, tylko malusieńki delikatny prawie niezauważalny " atak " drenu, czyli mogę powiedzieć ze prawie cały weekend był błogi.
Więcej !!! więcej takich dni...
Co prawda bez małego kryzysu sie nie obyło, mała rozpacz...
Spacerując po Jędrzejowskim zalewie , patrząc na wszystkich szczęśliwych beztroskich ludzi ogarnął mnie niesamowity smutek, dopadł lęk i strach i przy okazji złość ... To znajome mi uczucie już chyba zawsze będzie moim towarzyszem niedoli.
Ale płacz pomaga... Byle tylko nie trwał za długo ... to naprawdę pomaga...
Ale kiedy wsiedliśmy do samochodu i usłyszałam w radiu piosenkę Roberta Jansona uśmiech zagościł na mojej twarzy:

"  Póki radość jest w nas
Słońca dłoń gładzi twarz
Warto żyć, warto śnić, warto być
Póki wciąż śpiewa ptak
Rzeka ma źródła smak
Warto śmiać, cieszyć się
Warto kochać ... "

 

Słowa banalne ale jakie prawdziwe...

Odkryliśmy dzisiaj pewny piękny zakątek... 
Człowiek jeździ na ta wioskę od tylu lat, a tak mało tam widział....
Ja jak ja.... ale Hubi Bubi powinien znać całą okolicę od podszewki, a nie tylko zapiekanki w Jędrzejowie :-)
Za namową kuzynki nachodziłam się , naoglądałam i to nawet bez zadyszki !!! 
To takie głupie... Nigdy nie zwracałam uwagi na roślinki...  Śmiać mi się chce jak sobie przypomnę jak moja Gusia mój kwiatowy ekspert w pracy rzucała jakimiś nazwami, a ja patrzyłam jak wryta  z wywalonymi oczami ...
A teraz... życie wszystko zweryfikowało... zachwycałam sie nad każdym kwiatuszkiem, każdą lilią wodną, każdym krzaczkiem... Nie zabłysnęłam tylko gdy na widok czarnego łabędzia powiedziałam: "Patrz !!! Jaka duża kaczka !!! ". Aż sama się teraz z siebie śmieje ale Hubi Bubi, aż zamarł na chwilę i popłakał się ze śmiechu ;-) No cóż w końcu jestem " miastowa". Obie babcie z okolicy nie wyjeżdżałam wcześniej na wioski ;-) Nadrabiam zaległości...
Szkoda tylko , że ten czas tak nieubłaganie pędzi... 
Nawet się człowiek nie obróci,a już mijają kolejne minuty, godziny , dni...
Zaraz pójdę spać, wstanę jutro i znowu z kluską w gardle zacznę odliczać dni do czwartku...
Gdyby tak dało się zatrzymać czas... ten cholerny czas...


Patrzę na te zdjęcia i sama nie mogę uwierzyć , że w mojej głowie noszę codziennie ze sobą dodatkowy bagaż...
Że to dziadostwo tam jest !!!
Żyje !!!
Zagarnęło cześć mojego mózgu !!!
No dlaczego  ???
Jakim prawem się pytam!!!
Czasami naprawdę udaje mi sie na chwilę, chwilunię zapomnieć, ale to tylko ulotne momenty jak te...
Zaraz przychodzi milion pytań... Co tam się dzieje ??? Czy urósł ??? Czy stoi w  miejscu ??? A może zmalał ??? Ciekawe czy ta ostatnia ewentualność jest w ogóle możliwa ...
Potem przychodzi szara i brutalna rzeczywistość...
Warto jednak żyć nawet dla tych chwil...
Żyje nadzieją , że będą trwać wiecznie...

czwartek, 16 sierpnia 2012

[21] ... DEJA VU... CZYLI POWTÓRKA Z ROZRYWKI ...

Jak to mówią smiech to zdrowie, dlatego dzisiaj nie zamierzam już nic innego robić.
Bo cóż mi pozostało tylko śmiać się z tego co chyba niedługo stanie sie tradycją ;-))
No ewidentnie szpital mnie nie chce !!!! Wypychają drzwiami i oknami ;-)
No jak to inaczej zinterpretować, nie da sie inaczej !!!
Jestemw domu !!!
I nie powiem żebym z tego powodu nie była szczęśliwa !!!
Wszystko zaczęło sie niewinnie... pobudka, szybka toaleta, szybkie śniadanie i 7.30 wyjazd co by po 8:00 zdążyć do przyjęcia...
Już sama kolejka do rejestracji mnie przeraziła... matko człowiek nie zdaje sobie sprawy z ogromu nieszczęść dopóki sam tego nie dozna... To straszne ilu ludzi choruje... młodych... starszych.. nie ma wyjątków.
No i doczekałam sie swojej kolejki, nie powiem nawet zgrabnie to wszytko poszło. Oprócz moich rodziców musiałam upoważnić Hubcia do udzielania mu wszelkich informacji o mnie co by chłopaczyna nie płakał jak
w zeszłym roku, że nic się nie może dowiedzieć ;-) Niech sie wykazuje !!!
I tak grzecznie czekałam pod gabinetem na swoja kolei... ale się nie doczekałam ... Godz. 09.30 zostaje wezwana na badanie krwi na cito... już mi się lampka zaświeciła, że jak to ???  ... po co ??? .... jeszcze mnie nie przyjęli i już męczą... Dalej boję się igieł i chyba już nigdy nie przestanę. Pobieranie krwi nie należy do moich ulubionych... Po pobraniu poczłapałam na oddział i tam w uroczej świetlicy oczekiwałam , aż ktoś mnie zawezwie. Wszystko trochę się przeciągnęło w czasie, ale w końcu po jakiejś godzince udało sie i zostałam poproszona do środka ...  Kiedy tylko usłyszałam od mojej Pani Doktor , że ma dla mnie dobre wiadomości odrazu wiedziałam o co chodzi i poczułam deja vu z zeszłego miesiąca: " przesuwamy Pani termin przyjęcia
o tydzień ". Śmiałam sie jak głupi do sera bo przecież , ze mną nie może być normalnie... zawsze coś ;-) No i żeby tradycji stało się zadość tym razem nie mogło być inaczej... Ale kurcze nie mogę powiedzieć , żebym nie była szczęśliwa... Dodatkowe tym razem 7 dni to dla mnie naprawdę ogrom czasu !!! Nawet teraz jak to pisze to mordka mi się cieszy ;-)) To takie banalne, a dla mnie takie niezwykłe ... jak to powiedział mój Anioł Stróż Nr 1 - szefowa to dobry znak, szpital mnie ewidentnie nie chce !! I całkowicie się z tym zaczynam zgadzać ;-) Ktoś tam z góry wysyła mi sygnały... Moje kruszyny czuwają nade mną... dziwne uczucie, ale takie prawdziwe.
W drodze do Gliwic znowu leciała piosenka Depeche Mode i odrazu pomyślałam o Dorci, to widocznie był znak od Niej :-) Znowu moja A. nie pozwoliła, żebym jutro nie była na mszy miesięcznicy za Nią !!! Wiedziała jak bardzo chciałam tam być ;-)) Przebiegłe są obie i czuwają cały czas blisko mnie !!!

Za tydzień zacznie się jazda... ale to dopiero za tydzień... przecież bezsensem byłoby żebym tam leżała
i patrzyła na to wszystko bezczynnie skoro lekarze z Monachium przylecą do mnie dopiero za tydzień !!!
Dzisiaj " tylko" rezonans i tydzień odpoczynku w ciepłym zaciszu ogniska domowego :-)
Jak to dziwnie brzmi " tylko" rezonans . Półtorej godziny leżenia w bezruchu z dwukrotnym podaniem kontrastu to naprawdę słaba przyjemność, tym bardziej, że wyniki będą również za tydzień.
Leżałam tam... modliłam się.. i odczuwałam jakiś dziwny spokój... próbowałam sobie wyobrażać, że tego " śmiecia" tam nie ma, że się pomału rozpada ,
a w jego miejscu powstaje nowa zdrowa tkanka...
Nie wiem czy zaczynam już z tego wszystkiego wariować, czy staje się to pomału moją obsesją ... Mam nadzieje, że te wszystkie zawiłości poprowadzą mnie do lepszego jutra...
Także po całym dniu , wymęczona, śnięta wróciłam z Baczkiem i Hubciem do domku. Co prawda nie obyło się bez rewelacji żołądkowych i nudności w drodze powrotnej, ale do tego już zdążyłam przywyknąć...
Panikarz jestem boję się ciasnych pomieszczeń, nie znoszę tam leżeć w bezruchu, jeszcze teraz kiedy to cholerstwo mi dokucza w brzuchu... kłuje ... ściska.... no i dodatkowo ten nieszczęsny kontrast, którego po prostu nie znoszę... Krwiak po wenflonie został i jeszcze przez kilka dni będzie mi o tym przypominać. Ale nie ma co narzekać !!!
Było minęło, a jeszcze wiele przede mną ...
Tak czy siak jestem przez chwilę szczęśliwa...


środa, 15 sierpnia 2012

[20] OBIECAŁ MI PORANEK SZCZĘŚCIE DZIŚ...

Zleciało...
Nawet nie wiem kiedy przeleciały te trzy tygodnie "odpoczynku".
Rach ciach i znowu jutro się zacznie...
Było dzisiaj trochę płaczu...
Przebudzenie rano, kluska w gardle i ten strach... spanikowałam.... Ja nie chce !!! Chce być w domu !! Z Mamunią, z Tatuniem, z Baczkiem i moimi bliskimi.... Nie chce tam znowu iść... Nie... bo nie !!!!! Łzy same popłynęły, nie tylko u mnie... Wpadłam z Mamuśką w małą, krótką histerię...
Nie ma co czarować.... lekko nie jest i nikt mi nie powiedział, że lekko będzie, trzeba to uczucie zdusić w zarodku...
Ale obiecał mi poranek szczęście dziś... Nie ma  nikt takiej nadziei jak ja... Bo życie jest piękne !!!!


Nie czekając na rozwój sytuacji wyruszyliśmy na cały dzień do Krakowa.... Matko jak ja kocham to miasto !!! Ten klimat , jego urok... Cudo....
Mówiąc brzydko nogi mi do d.... wlazły, ale musiałam na maxa wykorzystać ten ostatni dzień, ta namiastkę normalności... No nie wspomnę że wypad udany bo w doborowym towarzystwie ;-) co widać w załączeniu... komentować nie trzeba ;-)



Co tu dużo mówić potrzeba mi takich wyjazdów, takich małych odskoczni ... zapominajek...
No ale to co dobre szybko się kończy...
Ale przecież to tylko chwilowo, tylko na moment... Nie może być inaczej !!!
Przyszło mi znowu pakować walizkę... znowu to uczucie jakbym jechała na kolonie... Ta bieganina, sprawdzanie, sceny niczym sprzed 20 lat kiedy z utęsknieniem szykowałam się na kolonijny wyjazd do Łeby... To były czasy...
Wiem... wiem... nie ma co wspominać, roztkliwiać, trzeba przeć do przodu !!!
Długa droga przede mną , byle tylko zbyt kręta nie była  !!!
Zasypiam z nadzieja na lepsze jutro...


wtorek, 14 sierpnia 2012

[19] SZCZĘŚCIE...TO PO PROSTU ZDROWIE I ZŁA PAMIĘĆ

Tak...
Na krótką chwilę udało mi się zapomnieć, zapomnień o chorobie nawet w chwili kiedy ten cholerny dren nie daje za wygraną i dalej manifestuje swoja obecność...
Cały czas poszukuje sposobów , żeby oszukać samą siebie i nie myśleć o chorobie... czasami nawet mi to wychodzi... z mniejszym albo większym skutkiem ale ostatnio wychodzi... Ale dzisiejsza noc dała mi się we znaki... To był jakiś horror !!! Obudził mnie niesamowity ból oczywiście za sprawą mojego niewinnego przyjaciela w brzuchu. Codziennie daje o sobie znać, ale dzisiaj przeszedł już samego siebie. 4.00 rano i wyrwało mnie ze snu... z błogiego i słodkiego snu... Masakra !!! Ból nie ustępował dobrych parę godzin... parę ale jakże konkretnych. Wiedziałam jednak, że muszę sie zebrać i podążyć do moich ludków do pracy i tak o 12 jak na życzenie ból zaczął pomału ustępować. Cóż sprzedałam swój samochód, żal serce ścisnął ale jak mus to mus. Co innego sprzedawać samochód z myślą, że kupi się zaraz nowy lepszy a co innego teraz kiedy każdy grosz się liczy ... Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło , kiedyś jak wszystko sie ułoży kupie sobie lepszy !!!! A teraz niewiele, ale zawsze coś powiększył się budżet niezbędny na moje leczenie :-))
Kurcze, to chore ale stęskniłam się za swoją pracą !!! Za moją brygada i nie tylko... Wypiłam kawusie, pozałatwiałam resztę i trzeba było wracać... Ale przecież jeszcze tam wrócę ;-)) Na pewno !!!
Odliczam pomału dni, które mi zostały do 16 sierpnia. Znowu skończy się tymczasowa "sielanka"
 i zacznie cały ten koszmar... Ale przecież jest jeszcze połowa wtorku , cała środa to tak niewiele, a zarazem kawał czasu ;-) Zaczynam sama sobie już wmawiać i tego będę się trzymać, że to tylko powtórka z rozrywki i nie będzie gorzej niż w zeszłym roku !!!! Przeraża mnie tylko to, że wiem czym pachnie ten pobyt w szpitalu... nie jestem już taka wystraszoną , nieświadomą Kalusią z zeszłego roku tylko obeznaną, oczytana i trochę pocięta Karoliną... Nie , ja chyba nigdy nie będę Karoliną !!! Zawsze będę pokręconą Kalą !!! :-)))
I nie może być inaczej !! Bo niby co się zmieniło ?? Tylko jeden mały , nieistotny szczegół. Jeden nieproszony gość- intruz, którego mam zamiar się pozbyć. I to jak najszybciej, żeby nie tracić czasu.
Dzięki podpowiedzi pewnej istotki , dobrego duszka zamierzam zagłębić się w metodę wizualizacji.
Tak dokładnie wizualizacji, bo niby dlaczego nie ???
Zaczęłam od książki.... "Sekret"... niby banał... a jednak coś w tym jest. Czytam, czytam i włos czasami mi się jeży na głowie... A ma się już co jeżyć, z 1 cm już tego jest ;-) Szkoda , że nie na długo ale są !!! I znowu kolejna zagadka. Ja zawsze blondyna.... teraz czarna ;-)) odrastają i patrze w lustro nie wierząc , że to moje ...
a jednak... natura lubi zaskakiwać ...
Byle tylko tak zaskakiwała to będzie dobrze i będę szczęśliwa !!
Bo jak to mówią : SZCZĘŚCIE TO PO PROSTU ZDROWIE I ZŁA PAMIĘĆ !!!





poniedziałek, 6 sierpnia 2012

[18] ODROBINA NORMALNOŚCI...

Piątek, sobota, niedziela...odrobina normalności, namiastka zwyczajnej codzienności.
Dlaczego tak nie może być zawsze ??? ...
Wyłączyłam się na chwile z tego wszystkiego... Na chwilę udało mi się zapomnieć... Szkoda, że tylko na chwilę... Ale dobre i tyle, zawsze jakiś krok do przodu.
Zaczynam odliczać czas... 16 sierpień... zacznie sie gorący okres...przyjęcie na onkologię, badania, kolejna diagnostyka no i kolejne grzebanie w głowie w kolejnym szpitalu .... to już postanowione... Czy sie boję ???
Cholernie !!! Może dlatego, że wiem już czym to wszystko pachnie...
Myślałam, że już nigdy tego nie doświadczę ale jednak...
Byle tylko wyniki były dla mnie krzepiące, a nie w drugą stronę... nie nasiedziałam sie długo w domu, ale...
Wiem ,że mogę jeszcze wiele, sił mi przybywa i moc też będzie ze mną !!!! Byle do przodu !!!
Wyleżę się ile trzeba, wycierpię ale oczekuje pozytywnych skutków całej tej zabawy.

Sobota południowy wyjazd do Wisły dał sie trochę we znaki. Dren sie trochę zbuntował i zaalarmował, że był, jest i będzie obecny w moim życiu. To już zostało wpisane w mój życiorys. Ale co tam dałam radę. Zmęczenie mnie dopadło i te parę godzin na nogach dało o sobie znać. Ale trening czyni mistrza więc się nie poddałam.
Patrze na zdjęcie i nie mogę sie napatrzeć jaka  "zjarana" jestem ;-)
Przypominam sobie chwile kiedy byłam młoda i głupia ;-)  Jak biegałam po całym dniu na Pogorii doprawić sie jeszcze w solarium.
I zastanawiam sie po co ??
Nie znam niestety teraz odpowiedzi na to pytanie. Ale w końcu młodość swoje prawa ma...
Gdyby tak można było cofnąć czas...


Niedziela ...  gdyby sie dało kliknęłabym "lubię to".  Zdecydowanie jeden z nielicznych ostatnio mega fajnych dni. Było wycieczkowo...
Gidle... hmm... dla jednych zwykłe miejsce,a dla mnie co miesięczny mały cud. Msza za uzdrowienie chorych... Wczoraj minęła pierwsza moja rocznica wyjazdów do tego cudownego miejsca. Pierwsza ale nie ostatnia !!! Będę tam jeździć i prosić dopóki mi tchu nie braknie..
I te nasze rodzinne rytuały ;-) Wyjazd 10.30, w drodze postój na mała kawkę, dojazd na miejsce, msza, obiad w zaprzyjaźnionym zajeździe i wieczne niezadowolenie Hubcia , że cos jest nie tak :-) a to kotlet za mały a to za suchy ;-)  Dobrze, że do mojego gotowania nic nie ma ... a może ma.. ale o tym głośno nie mówi...  A kuchara ze mnie niezła tyle , że leniwa ...
I droga powrotna postój w Częstochowie... , kawusia, ciacho ( nie dla mnie oczywiście) ale nawet Papa ze swoja cukrzycą dostał ode mnie dyspensę...
I tak strzelił kolejny dzień nie wiadomo kiedy, ale wiadomo jak.
Więcej... więcej takich chwil jak te!!!!



Niby takie banalne, a sprawia mi tyle radości..
Nie dostrzegał człowiek wcześniej takich ulotnych chwil, a teraz...
Sama się sobie czasami nie mogę nadziwić jakie rzeczy sprawiają mi przyjemność.
To prawda , że w obliczu tragedii,w chorobie człowiek pokornieje, doszukuje sie i dostrzega różne znaki... Chyba nie odkryłam nic nowego... ale to prawda...
Tęskni mi się za moim dawnym życiem...







wtorek, 31 lipca 2012

[17] WCIĄŻ CZEKAM NA LEPSZE WIEŚCI...

Trzymam się jeszcze w pionie
Wiem, że muszę , nie tylko dla siebie ale dla moich bliskich...
Dzisiejszy dzień nie przyniósł niestety dobrych wiadomości.
W sumie czekałam na telefon z onkologii, a kiedy tylko zadzwonił drżałam z przerażenia...
Cóż, mój mózg nie odpocznie za długo... Już chyba mam to wpisane w swój życiorys.
Dzisiejszy " kominek radiologiczny" zaniepokoił obraz mojego ostatniego rezonansu... W sumie dowiem się w czwartek wszystkiego , ale wstępnie wiem, że konieczne jest powtórzenie zeszłorocznej biopsji, żeby potwierdzić albo wykluczyć czy ten piekielny SYF nie zezłosliwiał jeszcze bardziej. Są pewne niepokojące przesłanki w obrazie radiologicznym...
Wszystko się we mnie kłębi w środku, na moment straciłam kontakt z rzeczywistością.
Dostałam kolejnego strzała prosto w twarz !!!
W sumie nastawiłam się już psychicznie , na te naświetlania ale opcji że może to być już glejak IV stopnia nie brałam w ogóle pod uwagę.
Wiem, że nie powinnam na razie sobie tego przybierać do głowy. To na razie niepotwierdzone przypuszczenia, ale co zrobię jeśli okażą sie prawdziwe???
No co ???
Sama myśl o kolejnym grzebaniu w głowie mnie przeraża... Dopiero co zaczełam dochodzić do siebie... i co ??? ...
I znowu ten czas... który mnie goni nieustannie, a wszystko takie pomieszane i nieuporządkowane. Niby coś się dzieje, a z leczeniem ciągle stoję w miejscu. 19 sierpnia minie przecież dwa miesiące od ostatniego rezonansu , który wykazał progresję... 
Skąd brać na to wszystko siły ???
Wszyscy naokoło mi powtarzają będzie dobrze, musi być, nie ma innej opcji ale co innego człowiek może powiedzieć choremu... no nic...
Przetrwam wszystko, każdy ból ale proszę tylko o malutki cień nadziei ... wypatruje maleńkiego światełka w tym ciemnym tunelu.
A co widzę ??
Na razie tylko czarną wielką otchłań.
Czekam co przyniesie sądny czwartek...
Dziewczyny !!!  Nie czekajcie na mnie na górze, ja jeszcze muszę tu zostać...


poniedziałek, 30 lipca 2012

[16] PRZETRWAĆ KRYZYS... ZNALEŹĆ ZŁOTY ŚRODEK...

Spać nie mogę...
To już , któryś dzień z kolei i jest mi z tym coraz ciężej...




Z każdym dniem uświadamiam sobie jak kruche jest życie i jak mało w  nim osiągnęłam... jak niewiele zrobiłam... Przykre, ale prawdziwe... i te ciągłe pytania czy jeszcze zdążę ??? ...
Jak mam sie nie poddawać ??? Jak walczyć kiedy los tak mnie ostatnio doświadcza...
Tak bardzo pragnę przerwać to pasmo ostatnich nieszczęść tylko nie wiem jak...
Co ja bym dała, żeby móc się jutro obudzić i znaleźć złoty środek... Tylko jak to zrobić ???
Czuje dzisiaj ogromną pustkę, ogromny żal, pretensje do całego świata... Buntuje sie już nie tylko moje ciało, w którym zagnieździł się pasożyt, ale buntuje się przede wszystkim moja dusza.
Wszyscy chcą widzieć we mnie bohaterkę,  która idzie do przodu z podniesioną głowa i się nie daje. A to tylko zwykła , zatrwożona ja... Żadna ze mnie wojowniczka, a zwyczajny tchórz... Strasznie się boję ... nienormalnym byłoby gdybym się nie bała.
Najgorsze jest poczucie, że życie toczy się dalej. Ktoś obok się raduje, weseli, planuje a ja żyje od roku a teraz tym bardziej z dnia na dzień.
Stałam dzisiaj nad grobem Dorci , patrzyłam , słuchałam i czułam , że odeszła razem z nią  pewna cząstka mnie.
I dzisiejsza data 30 lipiec... to byłyby 31 urodziny mojej Ani. Wiem, że tam ktoś na górze wiedział co robi, ale trudno pogodzić się z tym faktem , kiedy w jednym dniu po raz kolejny człowiek uświadamia sobie, że dwóch jakże ważnych i bliskich dla niego osób już nie ma. Za chwilę przychodzi paniczny lęk o siebie. 
Stojąc dzisiaj nad grobem Dorci i zapalając świeczkę nad grobem Ani przez chwilę przemknęła mi myśl , że po coś tu jednak jeszcze zostałam. Mam do spełnienia ważną misję i one dwie liczą i czuwają nade mną. Bo jakże to inaczej wytłumaczyć, że dwie osóbki które pocieszały mnie w mojej chorobie, krzepiły i zapędzały do walki odeszły, a ja nadal jestem...
Nic nie dzieje się bez przyczyny...
Próbuje się cieszyć tym co mam, ale coś opornie mi to ostatnio wychodzi. Czas się jakoś dziwnie zatrzymał. Czuje , że stoję w miejscu... a czas mnie tylko goni.
Najgorsza jest  świadomość, że jest jakiś plan , któremu muszę sprostać , który muszę wykonać !!! Gdzieś tam daleko czeka na mnie być może jakiś ratunek... szansa na normalne życie, bez choroby bez tego całego cyrku. Dostrzegam w tym całym zamieszaniu światełko w tunelu i wielką szanse dla siebie. Jednak to wszystko chociaż robi się coraz bardziej realne na ta chwilę jest jeszcze nieosiągalne.
Dopadł mnie mega kryzys i słowa " będzie dobrze" już do mnie na tą chwilę nie docierają. Nie poddałam się, ale opadłam już dzisiaj z sił.
Wiem, że po nocy przychodzi dzień ale u mnie te noce nie chcą ostatnio mijać.
Mam nadzieję, że w końcu wyjdzie i zaświeci dla mnie słońce..

piątek, 27 lipca 2012

[15] KRZYCZĘ...WIĘC JESTEM...

Kolejny zwykły dzień, a przyniósł kolejne złe wiadomości...
To już chyba jest wpisane w moje życie, że nie mogę za długo być szczęśliwa, radosna, uśmiechnięta...
Tak było i dzisiaj...
Szybka poranna mobilizacja... raz , dwa i hasło: " Jak dobrze byłoby mieć włosy !!! " Cóż nie jest to marzenie, którego w dzisiejszych czasach nie dałoby się spełnić. Pełna mobilizacja Bączka i wyruszyłyśmy w poszukiwaniu mojej upragnionej  fryzury. Chciałam dzisiaj ładnie wyglądać w końcu to 27 lipiec i 33 urodziny Hubiego. Planowałam, że ten dzień będzie inny niż ostatnie, niestety jak zwykle nie wyszło. W drodze powrotnej już w pełnym owłosieniu w kolorze blond poczułam  niemoc. Chwilę przed wydawało mi się , że mogę góry przenosić. Nic bardziej mylnego, to było chyba złudzenie optyczne... Brak sił dał o sobie znać i tyle było z mojej wyprawy. Nie mniej jednak szczęśliwa wróciłam do domu. Ciągle wydaje mi się, że wszyscy ludzie na mnie patrzą i wiedzą, że to co mam na głowie to nie moje !!! Ale patrząc na siebie w lustro, szybę w samochodzie czułam się sobą , taka prawdziwa JA sprzed roku, sprzed choroby. I co ?? niech ludzie wiedzą i patrzą wiem , że to peruka .Gdyby nie fakt, że czacha mi prawie dymiła z gorąca to byłam Ja taka stara dawna Kala...


Zapomniałam... znowu zapomniałam, że naprawdę jestem chora... to była tylko chwila, ale jaka beztroska i taka prawdziwa... Było i szybko minęło...
Czar prysnął jak bańka mydlana, kiedy tylko przekroczyłam próg domu i zobaczyłam mine mamuśki. Ostatnio wystarczy , że tylko na nią spojrzę i bez zbędnych słów wiem , że chce mi przekazać coś złego... Tym razem nie było inaczej...
Mój Niuniul... Dorcia... odeszła na zawsze... dzisiaj , kiedy ja niczego nieświadoma i pełna dobrego humoru jechałam w poszukiwaniu swojego nowego - starego Ja...
Piszę i krzyczę i tylko dlatego wiem, że ciągle jestem...
Już nawet zapomniałam o tym , że niezbyt dobrze się czuję.
Ciągle o Niej myślę , o naszych zeszłorocznych nocnych, szpitalnych rozmowach, o naszym podjadaniu kabanosów i czekolady w środku nocy. Nigdy nie zapomnę tego widoku i naszego śmiechu, kiedy o 2:00 w nocy obudził mnie sterydowy głód  i nie pozwolił juz zasnąć... Dreptałam wtedy do szpitalnej lodówki na korytarzu i wyciagałam wszystko co miałam. To wtedy Dorcia solidarnie albo zwęszyła swoim noskiem zapach jedzonka wyrwała sie ze snu i wręcz zażądała podziału zdobytym jedzeniem . Wyjadłyśmy wtedy wszystko co było.. Smak kabanosa przegryzanego goją w czekoladzie i czekoladą z toffi... bezcenne...
Słysze jej głos w telefonie... wspominam nasze plany... wspólny wyjazd do Kazimierza Wielkiego...
I ta piosenka , która zawsze będzie mi sie juz z Nią kojarzyć...


Ból rozrywa mi znowu serce... Szukam w tym Bożym Planie jakiegoś sensu...
Nie znajduje odpowiedzi...
Śpijcie i czuwajcie nade mną moje dwa Aniołki...
Wiem, że muszę teraz walczyć ze zdwojoną siłą... dla Dorci i dla mojej A.
Ktoś musi przecież przerwać tą falę nieszczęść , te niezbyt udane żniwa ...
Może to będę Ja ...


wtorek, 24 lipca 2012

[14] TO CO MAM .. TO SERCE, KTÓRE JESZCZE NA WSZYSTKO STAĆ...


Jestem w domku...
jest łóżeczko, jest TV jest pilocik...
Nareszcie... bo gdzie mi będzie lepiej , niż przy mojej rodzince. Nigdzie !!!
Szkoda , że powrót tylko na chwilkę, ale cieszę się każdą chwilą. Chłonę od wczoraj każdy dzień... Nawet nie wiem kiedy minął mi wczorajszy poniedziałek... a raczej jego południe i dzisiejszy pełen stresu, strachu na Onkologii.
Za każdym razem kiedy przekraczam próg Instytutu Onkologicznego w Gliwicach poraża mnie strach... dzisiaj było zupełnie inaczej. Całkowity spokój... jakieś dziwne zobojętnienie.... nie było strachu , były tylko nerwy... Ciągle dzwoniący telefon, tysiące wiadomości i gdzieś pomiędzy tym ja... zmęczona już tym wszystkim , nie mająca ochoty na rozmowy z kimkolwiek oprócz swojej mamci, która wiernie mi towarzyszyła... a przecież tak naprawdę to dopiero początek długiej drogi.
Z tych wszystkich emocji zgubiłam całą teczkę ze swoją dokumentacją. Zorientowałam się w połowie drogi do domu, że czegoś mi brakuje. Ciśnienie skoczyło, potem był krzyk i panika... tak jakby stała sie jakaś tragedia !!! Chyba puściły mi nerwy, czekały kiedy będą mogły sie rozładować... Szybki zwrot akcji... powrót na Onkologię i poszukiwania mojej magicznej teczki.... Jest !!! Znalazła się !!! Taka prozaiczna rzecz, a sprawiła mi tyle radości...
Uświadomiłam sobie wtedy jaka muszę być silna, ile jeszcze przede mną,  a jak niewiele za mną.... nawet teraz ściska mnie w żołądku jak o tym wszystkim pomyślę...
Jednak dostrzegam światełko w tym ciemnym tunelu, w którym tkwię od ponad roku... Ci wspaniali lekarze , na których dzisiaj trafiłam, ich podejście, sposób w jaki ze mną rozmawiali. To chyba Oni sprawili, że ogarnął mnie przez chwilę spokój, chociaż czekam jak na szpilkach co zadecydują za tydzień....
Istnieje podejrzenie, że mój " gapowicz" mógł się uzłośliwić. Może to nie jest już II stopień, a tfu tfu wyższy.... Ale odpukać w niemalowane , nie przybieram tej opcji wogole do siebie... Myśl o kolejnej biopsji i grzebaniu w moim łebku mnie przeraża...ale cóż zrobić, pozostało mi tylko czekać... to ostatnio moje ulubione zajęcie... czekać na wyniki, czekać , aż przestanie boleć i dren sie ułożyć, czekać , aż wszystko będzie dobrze... wiec teraz poczekam co zadecydują.
Tak czy siak czeka mnie 6 tygodni radioterapii... naświetlania przez 5 dni w tygodniu i pobyt w szpitalu.... Ale oczywiście , że to zniosę.... byleby tylko przyniosło zamierzony efekt!!! a nie odwrotnie....

Siedzę i rozpływam się przy piosence Anny Jantar, cały dzień chodziła mi dzisiaj po głowie i tekst , który utkwił mi w pamięci, z którym sie utożsamiam...

" to co mam, to co mam,
to radość najpiękniejszych lat;
to, co mam , to co mam,
to serce, które jeszcze na wszystko stać."


Słuchawki na uszach , mamuśka śpi, a ja zaraz tam do niej wpełznę... nie ma to jak mieć 30 lat i spać z mamusią jak za starych dobrych czasów. Wtulić się i poczuć się , aż do rana bezpiecznie.
Szukam w sobie pokładów siły, żeby to wszystko przetrwać. Zbieram myśli, a czacha mi aż dymi.
W zaleceniach lekarskich na wypisie napisano: OSZCZĘDZAJĄCY TRYB ŻYCIA. Nie wiem jak mam to zrobić, bo tyle przecież jeszcze muszę zrobić!!!
Dopóki nie patrze w lusterko , dopóki nie zakłuje mnie ten cholerny dren nie czuje sie na chorą !!! Tak bardzo chce być zdrowa, że niedługo sobie to wmówię...
Sił mi trochę brakuje, ale dzisiaj udało mi sie wyrwać z rodzinką na krótki spacer na słynną Pogorię.jak tam jest ładnie.... Dawno tam nie byłam... co prawda większość spaceru przesiedziałam na ławeczce ale , cóż to była za rozkosz ... popatrzeć na tych wszystkich ludzi...poczuć delikatny wiatr muskający moje polika... i te piekielne osy lecące do mojej Irenki jak do ula :-) Patrzyłam przez chwilę na to wszystko, na te rodziny z dziećmi, na beztroskie nastolatki, roześmiane twarze i zastanawiałam sie co ja tu robię... ale przecież ja też będę się śmiać  !!! ...Dlaczego ze mną miałoby być inaczej???
Dostałam już rok kredytu, dostanę i więcej lat na kredyt.... spłacę go do cna, co do joty !!! ...
Bo ... to co mam.. to SERCE , KTÓRE JESZCZE NA WSZYSTKO STAĆ !!!!





sobota, 21 lipca 2012

[13] NA ZAWSZE W MOIM SERCU...

Ciężko mi pisać...
Dopadł mnie kryzys... Od wtorku nic mi sie nie chce, straciłam swojego powera. Odeszła moja A. Po niezbyt długiej walce przegrała... Nie udało jej się wygrać... Wszyscy , którzy mnie znają wiedzą o kogo chodzi. Nieznajomym nie będę opowiadać bo A. by tego nie chciała... Spędziłyśmy ostatnio ze sobą bardzo dużo czasu... Ona sama będąc w ciężkim stanie pocieszała mnie.. podtrzymywała na duchu... nie pozwalała się poddawać... jeszcze w piątek była u mnie tu w szpitalu...Teraz już jej nie ma...  Pozostał mi po niej krzyżyk który noszę na szyi... dzięki temu wiem, że czuwa nade mną tam z góry, czuję jej obecność cały czas...
Przez ostatnie dni nic nie robię tylko o niej myślę... nie mogę sobie z tym poradzić...ból rozrywa mi serce... Wiem, że Ona by tego nie chciała... byłaby na mnie zła ,ale jak mam to zrobić ?? Jak przestać myśleć ??? O  Niej ??? O sobie ????
A. wiedziała jaka jestem ... całkiem inna niż Ona... chciała żyć jak każdy... przegrała... pomimo, że była twarda do końca...
Wiem, że teraz muszę walczyć ze zdwojona siłą... dla siebie i dla Niej ale to cholernie trudne...

Już mi Jej brakuje...
Uświadamiam sobie z każdym dniem jak kruche jest nasze życie...
To tylko chwila moment i nie ma człowieka wśród nas...
Tym bardziej jest mi ciężko , że jestem jeszcze tu... w szpitalu z dala od tego wszystkiego. Spanikowana co też dzieje się w tej mojej głowie... To już miesiąc minął od ostatniego badania...
Nie będę się kreować na bohaterkę, twardą , hardą ..... jest mi strasznie ciężko... Nie sposób wyrazić to słowami...

Życie toczy sie dalej, nie poddam się będę walczyć wszelkimi możliwymi sposobami o siebie ale to cholernie trudne... i chwilowo brak mi werwy... mam nadzieję, że to stan przejściowy...
Codziennie rano budzę się z nadzieją, że to tylko zły sen, że ani Ona ani ja nie jesteśmy chore...
Ale za chwilę dociera do mnie rzeczywistość... brutalna i okrutna...

Zastawka działa chyba sprawnie... bóle głowy minęły, wzrok sokoli powrócił.. tylko te bóle w brzuchu spowodowane tym, że dren się buntuje i nie chce się ułożyć tak jak powinien... Chyba pomału zaczynam te kłucia akceptować i uczę się z nimi żyć na nowo... Bo cóż innego mi zostało... Nie mogę wiecznie leżeć i narzekać... Nie mniej jednak dren nie pozwala o sobie zapomnieć...

Co ze mną? Jak to mówią jako tako po japońsku... Dzisiaj trochę lepszy dzień z tych najgorszych.. Żyje nadzieją , że nic przez weekend sie nie wydarzy i w poniedziałek będę mogła wyjść na jakiś czas do domu... Czeka mnie radioterapia... 6 tygodni naświetlań i pobytu w szpitalu... Czy zadziała?? To wie tylko Pan Bóg... Mnie pozostaje wierzyć , że zatrzyma tego " DZIADA". Czas pokaże czy jest skuteczna czy nie...

To taki dzisiejszy skrót myślowy.

niedziela, 15 lipca 2012

[12] MAŁYMI KROCZKAMI DO PRZODU ...

Cóż.... jestem...
Co prawda bardziej leżąca,niż chodząca,  ale jestem. Nie ma co zgrywać super bohatera, jest ciężko... ... pierwsze w tym roku podejście z tym SYFKIEM mam już za sobą.
Poniedziałek i wtorek mam praktycznie wyjęty z życiorysu... Ból, totalna niemoc, totalny nieład w mojej głowie.

Wyjechałam na blok operacyjny ok. 8:00 , wróciłam koło 11:00...
Rano obudziłam się całkiem spokojna, bez żadnego stresu, po prostu wyciszona.... Przerażenie przyszło w momencie kiedy siostra przyszła ogolić głowę :-( ... spojrzenie w lustro i mega histeria. Jestem łysa, łysa jak Kojak, ale co z tego czy to ważne ??? Najgorsze było , że uświadomiłam sobie znowu, że cholerny GUZ siedzi w mojej głowie i zamiast znikać rośnie... Dostałam strzał prosto w serce, myślałam że się w tej łazience z paniki uduszę, udławię... i mamcia moja kochana mamulka i Bączek upłakane i podłamane. Chciałam być silna.. nie dało się... no niestety sie nie dało...
Potem jazda na blok , maska tlenowa i urywa się film..
Powrót do rzeczywistości i znowu widok kochanej mamy i siostry. Pełniły wartę numer jeden ...
Hubi Bubi warta numer dwa, ciocia, Tatko , Mamuś i Bączek ponowna warta nr 3 i zakończenie warty nr 4 Hubi Bubi.
Cóż więcej pisać mało pamiętam...podobno bardzo się trzepałam z zimna, potem przyszły wymioty , kroplówki, ale to wszystko nic najważniejsze, że zabieg się udał. Zastawka zaczęła pracować już na bloku operacyjnym!!! Pierwszy sukces w kolejnej bitwie w tej trochę nierównej wojnie. Opieka w szpitalu BOSKA !!! Istny Szpital w " Leśnej Górze"...naprawdę.... mogłabym wychwalać swojego neurochirurga i siostry pod niebiosa. I to bez żadnej przesady!!

Potem przyszedł ból, rozpacz.  Leżenie jak łazarz z bólem i zależna od innych nie jest moim ulubioną formą relaksu.
 Myślałam , że będzie łatwiej, no ale nie ma co narzekać trzeba się cieszyć , że wszystko się udało. Niestety moja rozpacz sięgnęła zenitu we wtorek , tak chciałam wstać, uciec ze szpitala , być po prostu w domu. Pilot w ręce, moja kanapa i błogi spokój. Bez choroby, bez zmartwień, ale niestety rzeczywistość była i jest dalej inna...
Oko wróciło chyba do normy... nie jest całkiem idealne , ale o niebo lepiej !!!! Prawie wróciło do normy....Tfu...Tfu... nie chcę zapeszyć. Mam nadzieję, że tak już zostanie. Co dalej??? Nie wiem, muszę dojść do siebie a potem pewnie radioterapia, nie wiem czas pokaże...

W czwartek, planowałam już biegać po oddziale, ale jak to zwykle w życiu bywa z moich planów ostatnio nic nie wychodzi. Biegać nie biegałam ale....... przejście kilka razy kilku metrów jest dla mnie mega sukcesem.  Bolało jak cholera.... ale muszę po prostu muszę jak najszybciej dojść do siebie. Nikt nie obiecywał przecież , że będzie łatwo. Wiem , że inni mają gorzej....

Piątek ... przyszedł mega kryzys...ból nie do wytrzymania ....mój dren w brzuchu protestuje i nie chce sie ułożyć....to było straszne... nie chce sie ze mną zaprzyjaźnić. Wiedziałam, że nie będzie lekko  ale nie sądziłam, że aż tak ciężko...

Dzisiaj już lepiej...ale słaba jestem... słaba fizycznie i trochę słabsza psychicznie. Nie poddaje sie bo wiem, że nie mogę !!! Ale jest mi strasznie ciężko... Wojna nadal trwa, a ja nie poddam sie bez walki...

Zaczęłam ... tak zaczęłam i  nie skończyłam czytać wszystkich wiadomości, które dostaję od ludzi...od ludzi z całej Polski i chyba nawet spoza granic, oglądam to wszystko co się dzieje patrzę, słucham i płaczę...nie wiem czy ze strachu czy ze szczęścia......chyba to i to.... tyle się dzieje...nie ogarniam tego.
Mam niesamowite szczęście, mam takich cudownych ludzi wokół siebie... wszystkich bez wyjątku !

 Jak mam wyrazić swoją wdzięczność ???
 No jak ???


Mogę tylko na razie powiedzieć zwykłe DZIĘKUJĘ ...


niedziela, 8 lipca 2012

[11] TYLKO GLUPCY SIĘ NIE BOJĄ....



Ostatnia "spokojna" noc przede mną.
Chciałabym zasnąć i obudzić sie już po wszystkim.
Usłyszeć dziewczyno co Ty tu robisz, nie masz po co tu leżeć- guza już nie ma.!!!
Człowiek zawsze się łudzi, zawsze do ostatniej chwili wierzy przynajmniej ja nigdy nie zwątpię i zawsze będę wierzyć.
Przecież cuda sie zdarzają może Bóg wybierze tym razem mnie??????

Nie będę czarować , że sie nie boję jutrzejszej operacji chociaż to pewnie pikuś w porównaniu z całą wojną, którą muszę jeszcze stoczyć.
 Strach mnie całą paraliżuje.. ale jak to powiedziała  moja ulubiona siostra z oddziału : " Kochana tylko głupcy się nie boją !!! " Piękne słowa i takie prawdziwe.... nie mogłabym tego lepiej ująć.

Pigułka na sen połknięta, czekam cierpliwie aż zacznie działać. Nogi wygolone, ciało nabalsamowane jestem gotowa do akcji :-) akcja sen :-) Żeby tylko przyśniło mi się to co poprzedniej nocy...

Zaczynam marzyć... widzę siebie starą pomarszczoną od tony tapety , którą zawsze nakładałam,włos przerzedzony od rozjaśniacza,  u stóp wnuki i dziadek mój poczciwy siwy pączuś Hubi Bubi z laską i fajką w buzi. Siedzę na bujanym fotelu przykryta ciepłym kocem w kratę i oglądam brazylijska telenowelę. Obok mnie Dorcia i Anula wszystkie stare i brzydkie ale jakie szczęśliwe.....To jest właśnie mój plan na przyszłość, nie wspomnę o ciepłym gniazdku i milionie przyjaciół wokół mnie. Tak...... tak właśnie będzie, marzeń nikt mi nie zabierze, nikt nie ukradnie, nikt nie zabroni.
 A marzenia są po to, żeby je spełniać...
Czyż nie???

Dlaczego ten czas tak zasuwa, pędzi ? W jakim kierunku , dokąd zmierza????? Od roku caly cykl powtarza sie i każdy dzień wygląda tak samo. Budze sie z kluską w gardle i ściskiem w żołądku. Po paru chwilach wracam do rzeczywistości i mówię sobie przecież żyje!! Oddycham, czuję. !!!! Trzeba żyć tu i teraz i nie oglądać się za siebie chociaż to takie trudne.

Więc do zobaczenia moi mili, spotykamy sie już niebawem. To nie może sie tak skończyć tu i teraz. Jak to powiedział Czernyszek muszę wydać światowej sławy bestseller i dać przykład innym.......

dobranoc....






[10] PALENIE SZKODZI...

Wiem...wiem...fajki są straszne, sama tyle lat byłam ich przeciwniczką i mówiłam stanowcze NIE  !a teraz sama siebie nie poznaje. Zasypiam i myślę o papierosie, wstaje i najchętniej miałabym go już w buzi. Zapale od czasu do czasu jednego papierosa z czego Siwa nie jest zadowolona. Ale to pomaga pozwala rozładować napięcie..pozwala na chwilę się wyciszyć... Pamiętam czasy liceum, gówniary chciałyśmy być dorosłe, że niby ważne , żę niby takie cool :-) Paliłyśmy jak głupie, Potem przyszło otrzeźwienie i fajki won !!!! A teraz cały czas mi się chce palić, w żołądku z nerwów ściska i pierwsza myśl to : dajcie mi fajkę... Mam nadzieję, że to minie...

Nagadałam sie jak głupia....

Jestem po konsultacji anestezjologa, wywiad przeprowadzony, uwielbiam jak mówi się do mnie młodzieży. Rzeczywiście patrze w lustro i widzę bledziutkie dzieciątko, takie trochę wychudzone, lekko kościste nawet Pani doktor nie mogła uwierzyć że ważę 59 kg. Określiła mnie mianem chudzinki grubokościstej :-). Przeraża mnie narkoza, zawsze mnie przerażała. Ciągle mam przed oczyma film " Przebudzenie" gdzie główny bohater czuje jak go kroją, niby jest uśpiony, a wszystko wie. Przerażające....... wiem, że to tylko film ale zawsze myśli się ,  a co będzie jeśli i mnie się to przytrafi... Brr , aż strach o tym myśleć...

Dzisiaj niedziela... Przyjadą do mnie placuszki z cukinii z papryką na obiad :-) Odkąd się dowiedziałam że jestem chora przeszłam na specjalną dietę. Książka ANTYRAK była mi bardzo pomocna. I tak juz od roku przestrzegam dietki, czytam skłąd produktów, nie słodzę,, Oj wiele tego, wiele wyrzeczeń, ale wierzę, że warto. Wszystkich pilnuje, zgłupiałam na tym punkcie ale jest tyle możliwości tyle wspaniałych smacznych i zdrowych rzeczy.

Dzisiaj odwiedzin ciąg dalszych. Niedawno pojechała Iwona -  szwagierka, członek mojej Armii. Posiedziałyśmy trochę na kocyku, zdała mi pełny raport no i truskawek nie przywiozła. Już nigdzie nie ma :-( ale były malinki zjadłam całe pudełko , miodzio.
 Hubi Bubi też już był pojechał przed chwilą a ja czekam na przyjazd moich kochanych rodziców i Bączka i znowu będzie kocyk i błogostan w cieniu po drzewkiem... Kiedy te upały sie skończą włos mi właśnie  wiatrak rozwiewa dzięki niemu tylko jakoś tu egzystuje.........

sobota, 7 lipca 2012

[9] ZMĘCZENIE MATERIAŁU....

Totalna obojętność, dosłownie totalna mnie dzisiaj ogarnęła..... Niech sie dzieje wola nieba pomyślałam przy pierwszej pobudce. Tak przy  pierwszej bo było ich dzisiaj kilka...
Miałam piękny sen , taki realny, taki rzeczywisty.... Tylko pobudka i powrót do rzeczywistości mnie otrzeźwił i to było straszne i właśnie wtedy przyszła obojętność i chwilowe pogodzenie sie z tym co mnie spotkało.. ale tylko chwilowe.
Nigdy sie z tym nie pogodzę, nigdy nie zaakceptuje, nigdy!! Nie ma miejsca w moim życiu dla niechcianych PASAŻERÓW NA GAPĘ.!!! Nie zapraszałam go do siebie i nigdy nie będzie mile widziany, więc pora żeby zwijał manatki i wynosił sie gdzie pieprz rośnie  !! IDŹ  , PRECZ !!!

Leżałam dzisiaj z moja rodzinką na kocu pod drzewem w cieniu... Mamcia spoglądała na mnie i ciągle pytała jak ja to robię skąd biorę w sobie tyle siły, a ja nie potrafiłam jej powiedzieć. Tej siły
wcale nie jest tak dużo.... staram się ze wszystkich sił odganiać złe myśli chociaż nie zawsze to wychodzi. Ale najważniejsze jest to , że sie staram...

Śledzę w miarę na bieżąco poczynania wszystkich bez wyjątku wspaniałych ludzi, przyjaciół, znajomych, nieznajomych , którzy wspierają mnie w walce. Walczą razem ze mną i nie poddają sie. Mam nadzieje, że tak już będzie zawsze , gdyby wszyscy ludzie tacy byli o ileż lepiej byłoby na świecie.... Nie mowie tu tylko o sobie bo tyle jest ludzi, którzy potrzebują pomocy. Ja jestem jedną z nich, ale nie jedyną, a jednak tyle osób kombinuje, wymyśla, pociesza mnie i nie pozwala mi zapomnieć po co jestem,dla kogo jestem , co jeszcze mam zrobić. Bo tyle mam jeszcze do zrobienia. Muszę........tzn nie muszę chce wyjść za mąż, wciąż marzy mi się śmietankowa tym razem  skromna suknia bez welonu, no i piękne buty Christiana Louboutina , cholernie niewygodne ale cholernie piękne !!!Chce mieć dzieci co najmniej dwójkę. Cudownych oddanych przyjaciół już nie chce bo ich mam !!!!!! Chociaż zawsze ich może być więcej, trzeba być niesamowitą szczęściara ale jak to mówią głupi ma zawsze szczęście :-)

Dzisiejszy Dzień był dniem intensywnych odwiedzin. Przychodziły pielgrzymki. Moje dziołchy kochane ;* Siwa & Betti zwana tu i ówdzie " Mała" czyli nasza TRÓJCA ŚWIĘTA. Zawsze nierozłączna , zawsze razem i tak już od 24 i 15 lat niezmiennie.
 Kocham Was dziewczyny jak siostry i tak sobie myślę ile to wspólnych lat za nami, a ile jeszcze przed nami!!!!!!!


Jestem trochę dzisiaj zmęczona, ten upał, ta pogoda mnie wykańcza no i ten szpital trochę  przytłacza. Ale przecież nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło bo przecież po nocy przychodzi dzień , a po burzy spokój ............


piątek, 6 lipca 2012

[8] ZASTAWKA.......

Dzisiaj przyszedł w końcu moment prawdy, w poniedziałek mam zabieg...
Oblały mnie zimne poty, ogarnął strach, wiadomo nikt nie lubi zabiegów, operacji. Każda ingerencja niesie za sobą jakieś ryzyko...  No ale mam cichą nadzieję, że w moim przypadku tak nie będzie... Jestem pod opieką znakomitych specjalistów i nie da sie temu zaprzeczyć.. Spotkałam wczoraj młodego chłopaka tu w szpitalu też miał guza III stopnia złośliwości w bardzo ciężkim miejscu wielkości 45 mm !! W takim razie mój przy nim to pikuś :-) Wszyscy mu odmówili pomocy, tylko mój cudowny Profesor się podjął. Operacja się udała, co prawda nie wyszedł z niej całkowicie bez szwanku ale żyje.!!!!!!!!!!! Ma niewielki niedowład prawej strony, zaburzenia wzroku w prawym oku ale żyje!!!!!!!! Teraz przeszedł naświetlania i wyszedł do domu. Czeka go jeszcze rehabilitacja i mam nadzieje , że wróci do pełnej sprawności. Życzę mu z całego serca powrotu do zdrowia i oby guz nigdy nie wrócił... bo niestety ten typ bardzo często powraca..... to jest niesamowicie paskudny nowotwór...
 Od wczoraj biję sie z myślami co ze mną będzie czy jeśli zaproponują operacje to się decydować, jemu sie udało może mnie też........ Ciężkie pytania... Jeszcze trudniejsze decyzje...Bo co jeśli sie nie uda..... skoro wszyscy inni lekarze odmówili.... Właśnie tego najbardziej się boję zostać kaleką przykuta do łóżka , nie chce być dla nikogo ciężarem...
 No ale to nie czas i miejsce zobaczymy co zaproponuje Profesor. On jest niesamowity , od samego początku mu zaufałam On jako jedyny dał mi nadzieję, a zjeździłam prawie całą Polskę w poszukiwaniu ratunku.....

Apetytu nie mam..... Jadłabym tylko TRUSKAWKI !!!! takie duże, soczyste, mam bzika na ich punkcie... I to tylko teraz wcześniej tak nie nigdy nie miałam mogły nie istnieć, a teraz dzień bez truskawek dniem straconym !!!

Była lekarz na wieczornym obchodzie , potem przyszedł i na spokojnie wytłumaczył mi co i jak. Idę pierwsza na blok operacyjny, także Kochani trzymajcie za mnie mocno kciuki i nawet Ci , którzy nie wierzą niech się za mnie pomodlą. To dla mnie ważne....
Może nawet zostawia mi włosy nie wygolą całej głowy ;) ale co mi tam mój tatko i jest łysy i tez piękny. Przecież to tylko głupie włosy :-) Chusteczkę zakupiłam już ładna brzoskwiniową, do twarzy mi ;-) Zobaczymy jak to będzie , w zeszłym roku bardzo przezywałam, żę mnie ogolą do biopsji bo takie było założenie, a w końcu obudziłam sie z włosami tylko wygoloną częścią i pierwsze co zapytałam mamy półprzytomna, czy je mam. Jak człowiek głupi jakby to miało jakieś znaczenie, przecież odrosną :-) Co prawda pół roku chodziłam uczesana na zaczeskę :) ale dało się ukryć
 
Wszystko już wiem , przeprowadziłam dokładny wywiad:-) z mózgu poprowadzą mi dren nie wiem jak to zrobią ale do jamy brzusznej do otrzewnej, jakiż to czasów dożyłam, że takie cuda robią.
 No i niestety to już na całe życie. Mam tylko nadzieje, że oczko wróci do formy, Chociaż dzisiaj bywało lepiej. Czasami widziałam całkiem normalnie, a czasami znowu zonk. Teraz np siedzę i pisze normalnie ;-) Nie wiem od czego to zależy. Niech tylko minie .......
Kurcze pokłuta cała jestem... wenflon za wenflonem, kroplówka 2 razy dziennie cud , miód, malina ;-)

Wiem , że mam 30 lat ale mi tyle nie dają. Teraz w szpitalu wyglądam na 20 kilka jak taka dziewczyneczka. Potwierdzeniem tego, że wyglądam inaczej jest fakt, że Aga moja koleżanka pewnego razu weszła w innym szpitalu do mnie na sale powiedziała:  " O, przepraszam " i wyszła. To był hit. !!!!  Musiałam za nią krzyczeć, a on patrzyła na mnie jak na zjawę;-) to był hit i przeszedł do historii, nie zapomnę tego do końca życia.
A dlaczego to pisze, dlatego że pomimo swoich 30 lat chciałbym, żeby moja mamcia była tu ze mną 24 godziny na dobę ot taka zachcianka starej baby.
MAMUŚ KOCHAM CIĘ...

I znowu mam przed oczyma TRUSKAWKI....


Mniej więcej coś takiego mnie czeka...

czwartek, 5 lipca 2012

[7] ...MAMY KRYZYS.....KRYZYS.....

Cały dzień sie zbierałam, żeby coś napisać...
Łatwo nie było...
Dzisiaj dostałam obuchem w twarz, chwilowe olśnienie, gdzie jestem na co choruje, po co tu przyszłam.....szpital.... oddział neurochirurgii, Do dzisiaj sie trzymałam ale kolejne spotkanie kolejnej chorej młodej osoby mnie dobiło. Wiedziałam, że to nieuniknione no i mnie dopadło. Totalna niemoc.... Kalusia płaczuś to dzisiaj Ja, ale pewnych odruchów nie da się przewidzieć, nie da sie uniknąć, nie da sie powstrzymać. Czasami trzeba sie wyryczeć, wykrzyczeć, żeby ulżyło. Ale dzisiejszy dzień nazywam: DLACZEGO?? Cały dzień zadawałam sobie pytanie dlaczego zachorowałam, dlaczego właśnie ja, dlaczego po świecie chodzą zbiry , pełno pijusów, mordują kradną dlaczego im nic takiego sie nie przytrafia, dlaczego muszę patrzeć jak cierpią moi najbliżsi, no DLACZEGO???????? Gdybym tylko znała odpowiedz.... Ale nie znam , wiec doszłam do wnisoku ze nie ma sensu zadawać takich pytań. Po prostu nikt nie zna na nie odpowiedzi. Szukam tylko celu i morału całej tej historii bo jakiś musi być, nic nie dzieje sie przecież bez przyczyny.
Tak.... dopadł mnie kryzys, każdemu sie może zdarzyć..... Najważniejsze to umieć z niego wybrnąć, mnie dzisiaj słabo wychodzi. Nie mogę zgrywać kozaka i udawać , że wszystko jest w porządku...
Tekst Hubiego mnie dzisiaj powalił: " W SIERPNIU JAK BĘDZIESZ ZDROWA POJEDZIEMY DO MIKOŁAJEK" . No ale że co? ale że jak ??? jestem optymistką ale myślmy realnie mamy 5 lipca !! Nie dzisiaj ewidentnie nie jest mój dzień... Wszystko mnie denerwuje... wszystko wyprowadza z równowagi.  Muszę cierpliwie czekać, aż przyjdą lepsze dla mnie czasy.
Jeszcze ten potworny upał...... dobrze, że dostałam dzisiaj na imieniny wiatrak od rodziców bo bym się tu rozpłynęła...Masakra jakaś.
Dzisiaj mam istne déjà vu. W zeszłym roku o tej porze leżałam na sali obok po biopsji mózgu. Niewiele pamiętam z tamtego dnia oprócz mamy płaczącej nad łóżkiem..To mi cholernie utkwiło w pamięci. Los bywa okrutny chociaż przeżyłam spokojnie trochę nie spokojnie kolejny rok. Czas biegnie nieubłaganie, a ja dzisiaj mam wrażenie jakby wogole w z tego szpitala nie wyszła od roku i stałą w miejscu. Wróciły wspomnienia, wrócił strach.... Wiem nie mogę mu sie poddać ale on jest cholernie silnym przeciwnikiem.
Dalej nie wiem co dalej ???... głowa boli... oko dalej szwankuje... a ja nadal nic nie wiem. Za dużo bym chciała wiedzieć wiem, jestem tu dopiero 1 dzień ale ja jestem niecierpliwa.

Boże co ja bym dała, żeby być teraz nad naszym polskim morzem, zimno, cimno po prostu bajka !!!. Wszystko drętwieje przy wejściu do wody, raj bezmięsny dla mnie RYBY !!!!! Smażone, wędzone... piasek... żółciutki piasek....
A co mam?? Wenflon w żyle i podpięta kroplówkę. Cała pokłuta jestem ale w końcu się udało. Siostra chociaż człowiekowi humor poprawiła przemiła istota i chyba nowa :-) nie pamietam jej z zeszłego roku.

Brak mi tylko zeszłorocznej ekipy, mojej cudownej Dorotki i Bogusi. Jak sobie przypomnę nasze nocne obżarstwa, zagryzanie kabanosów, czekolada z toffi, oj sterydy potrafią namącić w żołądku. Pochłaniałam wszystko:-) To był piękny czas...

Cała akcja z POMOCĄ DLA MNIE mnie przerosła...... stoję gdzieś obok i obserwuje... Tak chciałabym wierzyć ze te pieniądze nie będą mi nigdy potrzebne , że przekaże je na jakieś biedne małe chore dziecko, a mnie  zatrzymają tego "dziada" tu w Polsce i nie będę musiała sie błąkać po świecie... to wszystko jest przerażające, zresztą jak wszystko co nieznane. Czy jest szansa , że dziwne "coś" w mojej głowie już odpuści. Marze o tym......
A jeśli nie???? To ja jemu tez nie odpuszczę, nie dadzą rady tu to muszą dać rade za oceanem..... Muszą.........


środa, 4 lipca 2012

[6] DODATKOWY DZIEŃ...

I co?????????? ... czas miał dzisiaj zwolnic miało być inaczej, a było tak samo. Znowu trzeba sie już poukładać do łóżeczka, a kolejny dzień znowu  minął jak pocisk...
No i to oko.............. tak mnie niepokoi, obraz rozmazany, litery sie zlewają...niedobrze...niedobrze. Mam nadzieję, że coś na to poradzą. Ten świński typ gdzieś chyba uciska, albo wodogłowie daje o sobie znać... Ale nie poddaje się !!!!!!!!!!!!!
Z całą moja Armią i nie tylko poszukujemy wszędzie pomocy , żeby zahamować tego "pasażera na gapę" i wlepić mu mandat !!!! Pewna dziewczyna , którą wczoraj poznałam i sama jest chora dodała i jeszcze więcej wiary w to , że będzie dobrze. Sama choruje na glejaka III stopnia od 5 lat i na razie jest w porządku, przeszła niesamowitą heroiczna walkę ale dalej w tym stanie trwa!!!!! Niezła babka... Powtarza mi , że muszę być bardziej złośliwa niż sam guz i ma rację. Z tym dziadostwem trzeba na ostro.
Codziennie przyjaciele mnie wspierają, ciągle szukają. Teraz jest czas , że stawiam na tu i teraz korzystam z dostępnej pomocy na miejscu,  ale jest szansa na leczenie w Stanach Metodą Genową, trzeba sie zabezpieczyć i działać na wszelkich mozliwych frontach. Inna klinika w USA walczy z tego typu guzami za pomocą wirusów, inna pracuje nad szczepionką ...

http://ciekawe.onet.pl/medycyna/nowa-bron-w-walce-z-glejakiem,1,5173681,artykul.html

http://www.abcleki.pl/aktualnosc/nowa-szczepionka-przeciwko-glejakowi

Pojawiła sie nowa nadzieja dla Nas chorych, trzeba korzystać !!!!

 Szukamy wszędzie i działamy nie można się poddać i siedzieć z załamanymi rekami "on" tylko na to czeka!!!!! Dlatego działamy pełną parą!!!! Tzn ja biernie uczestniczę bo działać za bardzo nie mam siły .  Czas nie jest niestety moim sprzymierzeńcem. Mam tyle wsparcia od wszystkich znajomych, przyjaciół, rodziny i zupełnie obcych ludzi, że nie sposób to opisać. Nie starczy mi już chyba życia , żeby wyrazić swoją wdzięczność dla wszystkich.Dlatego tu z tego miejsca pragnę wszystkich WYCAŁOWAĆ . Bez wyjątków , małych , dużych , chłopczyków, dziewczynki  po prostu wszystkich !!!!

No to sie nagadałam ;-)

 Jutro podejście nr 2. Dzisiejszy falstart był nawet zabawny. Wszyscy w szoku jak mnie zobaczyli no bo jak to o co chodzi, A no tak to :-) zwyczajna pomyłka... Miałam tyle dzisiaj zrobić, a nie zrobiłam nic pożytecznego oprócz odwiedzin u mojej A. Kochana moja;*

Mam nadzieję, że jutro poznam jakiś plan działania co dalej ze mną, jak długo jak intensywnie. Mam nadzieje, że zrobią ze mną porządek jak najszybciej i jak najmniej boleśnie ;-) Bo odporna na ból to ja raczej nie jestem..Ale wszystko zniosę !!! Ze wszystkim dam rade!!!!!



Podobne złego licho nie bierze :-)