PROSZĘ POMÓŻ MI WYGRAĆ BATALIE O ZYCIE ....

Bank Zachodni WBK Odział 1 Kielce: 86 1090 2040 0000 0001 1113 97 44

w tytule wpłaty: KAROLINA DZIENNIAK
Fundacja z Uśmiechem, ul.Mielczarskiego 121/303, Kielce

KONTAKT :

E-MAIL : kalusia22@o2.pl


niedziela, 28 października 2012

[36] CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ...

Czas jakby się zatrzymał w miejscu...
Życie wszędzie wokół toczy się dalej, nie u mnie...
Zbieram się , ale opornie ...bardzo opornie mi to idzie...
Próbuje to wszystko poukładać, zorganizować i nic mi z tego nie wychodzi...
Wiem poddać się jest najłatwiej ale jeszcze ciężej jest mi walczyć.
Każdy dzień wygląda tak samo nie mogę zająć myśli niczym innym, na niczym się skupić..
Najgorsza jest ta bezsilność... tak chciałabym sie cieszyć, nie byc ciężarem dla innych... ale to cholernie trudne.
Zafundowałam moim bliskim półtorej roku niesamowitych atrakcji, których końca nie widać.
Nie chce siedzieć i płakać , ale to jest silniejsze ode mnie...
I jak mam sie podnieść kiedy cały czas dostaję kopa w d... ???
No jak ???
Nie pisałam bo nie miałam na to siły... Nie potrafiłam się zebrać w sobie.
Mało nam jednego problemu to teraz pare tygodni czekamy na kolejne wyniki biopsji.. biopsji piersi mojej kochanej Mamuśki... Pisząc to sama w to nie wierzę...
No bo jak ??
Jak w jednej rodzinie może się pojawić kolejny guz ???
Czy jeden nieoperacyjny gnojek u mnie nie wystarczy ???
Nie pogodziłam sie z tym faktem, że choroba mnie dopadła ale to że wykryto guza w piersi u mojej kochanej Mamuśki dobiło mnie na maxa !!!
Mam żal, czuje gorycz i czuje się taka bezsilna...
Chce być silna nie dla siebie ale teraz dla Niej..
Tłumacze sobie, że przecież los nie może być aż tak okrutny, żeby pokarał Nas aż tak bardzo, żeby i u Mamuśki okazało się coś złego.
To nie będzie nic groźnego !!!
NIE MOŻE !!!!
I znowu to czekanie na wyniki, to już jest chyba wpisane w nasze życie...
Zastanawiam się tylko skąd brać na to wszystko siły ??? Jak stawić czoła temu wszystkiemu ???
Tych sił mi ostatnio brakuje...
Nic mnie nie cieszy dosłownie nic...
Ciężki okres przede mną... w dodatku 1 listopad... Nie cierpię tego święta...
Odkąd zachorowałam wręcz nie znoszę !!!
Tym bardziej teraz... teraz kiedy odeszły dwie bliskie mi osoby...
Dobija mnie to...
Już w zeszłym roku wpadłam w histerię na cmentarzu stojąc nad grobem ciotki,uświadamiając sobie jak kruche jest życie...że kiedyś, może nawet szybciej niż przypuszczam ktoś będzie tak stał nade mną... wiem, że to nieuniknione. Rodząc się wszyscy mamy to wpisane w swój życiorys. Nigdy o tym nie myślałam, a teraz moja czaszka,aż dymi, serce wali jak oszalałe a dusza krzyczy nie !!! Po prostu nie !!! Jeszcze nie teraz !!!
To takie niesprawiedliwe...
Powinnam teraz bawić swoje dziecko, moi rodzice zajmować się swoim wnukiem... cieszyć się życiem...
A ja co ???
A ja czuję się przegrana...
Wiem, wszystko ma swój cel a ja sobie właśnie uświadomiłam że za kilkanaście dni minie półtorej roku odkąd wiem , że to "coś" siedzi w mi w głowie ...
Kiedy sie dowiedziałam,że jestem chora i doszły mnie informacje że ktoś z glejakiem żyje już dwa lata było to dla mnie wielkie szczęście prosiłam o te dwa lata !! A teraz nawet nie wiem kiedy umknęło mi 1,5 roku...
Kiedy ????
I dochodzi do mnie, że czas naprawdę zatrzymał się dla mnie w miejscu, a z drugiej strony tak strasznie pędzi...




czwartek, 18 października 2012

[35] DOBRE ... ZŁE WIADOMOŚCI ???

Wyjazd do Berlina męczący...
Powrót jeszcze gorszy...
Dopiero dochodzę do siebie, zbieram siły ale kiedy zbiorę całkiem ???
Nerwy wzięły górę i już w drodze do Berlina pierwszy przypał. Po ujechanych 160 km zachciało mi się o 5:00 rano herbaty !!! W sumie już w Katowicach mi się zachciało , ale nie nie stajemy bo ulubioną stacja Hubiego jest Orlen i tam niebawem się zatrzymamy i to niebawem było za 140 km...
Wyszłam po kawy i moja herbatę płacę i znieruchomiałam ...
Zero euro w portfelu...nic...pustka same złotówki... a przecież dzień wcześniej byłam jeszcze z Tatkiem wymieniać kasę w kantorze !!!
Oblały mnie zimne poty,serce stanęło w oczach pociemniało...
Jak jak to zrobiłam... tyle razy wszystko sprawdzane przed wyjazdem ... wertowane... a jednak bez niespodzianek nie mogło sie obyć...
Szczęście w nieszczęściu pomyliłam koperty i miałam przy sobie złotówki ale co dalej. Złotówkami raczej
w Niemczech nie zapłacę no i pytanie czy starczy ???
Wpadliśmy na pomysł , że na 99,9 % przy granicy będzie kantor, ale moja pierwsza myśl, a co jak nie będzie ??? W końcu ostatnimi czasy same niespodzianki. Zaczęło być jeszcze bardziej nerwowo ale innego wyjścia nie było, trzeba było zaryzykować bo czasu na powrót już nie było. Gul mi puścił jak po długim czasie zobaczyłam olbrzymią reklamę  "Kantor 24 h " 4 km. Delikatna ulga ale dalej niepokój, czy cholera starczy.
No ale cóż , jakie było wyjście będziemy najwyżej kombinować...
Jedziemy dalej... mój strach był tak olbrzymi, że mnie całkowicie sparaliżował. Nie potrafię opisać stanu w jakim wczoraj byłam, w jakim byłam od kilku dni...
Nie spałam już drugi dzień, w końcu na chwile udało mi sie odpłynąć i powyginana na chwile przysnęłam.
W ogóle ostatnio o niczym innym nie marzę jak tylko o tym, żeby zamknąć oczy i przespać cały ten cholerny koszmar !!! 
Dojechaliśmy na miejsce, w klinice czarno od ludzi dzikie tłumy no i kolejna niespodzianka trzeba czekać jest obsuwa czasowa i to znaczna. Wypuściliśmy się trochę na miasto.. moje nóżęta ledwo mnie niosły, mało do mnie docierało. Ogarnęła mnie taka słabość, że nawet ciężko było mi cokolwiek mówić. Po powrocie do kliniki cierpliwie siedzieliśmy i czekaliśmy na swoja kolej... Nie pamiętam kiedy ostatnio,aż tak koszmarnie się czułam, nie byłam w stanie nawet pić o jedzeniu w ogóle nie mogło być mowy.. Nie jestem super bohaterka ale nie jestem tez mega mięczakiem a wczoraj... wczoraj działo się ze mną coś czego nie jestem w  stanie nawet opisać. Oddychanie sprawiało mi nie lada problem , nie wspominając o innych czynnościach życiowych. Nawet nie wiem jak poniosły mnie nogi kiedy przyszła moja kolej i Profesor zawezwał do gabinetu...
I zaczęło się ... wywiad szereg pytań o moje samopoczucie i w końcu odpalenie płyty z rezonansu... Porównanie badań  obecnego i z ostatniego rezonansu z sierpnia... I tu niespodzianka : wg opisu polskiego radiologa guz jest w jednym miejscu 2 mm większy z czym Profesor w ogóle się nie zgadza !!!  Dokładnie przeglądał przez ponad 30 minut płyty porównywał i pokazywał, że jest lepiej, że jest poprawa !!! Moja Iwonka kochana tłumaczka dokładnie użyła określenia, że guz jest mniej aktywny i mniejszy niż ostatnio !!!  Wiadomo trzeba jeszcze czasu, ale wg Niego jest poprawa i absolutnie nie zgadza sie z tym co napisał radiolog... Więc nie przerywamy leczenia...  kontynuacja przez najbliższe 6 tygodni po czym ponowny rezonans i kontrola...
Więc dobre i złe wiadomości ... Niemiecki Profesor- poprawa, polski radiolog - przeciwnie minimalne pogorszenie ... 1: 1. Któryś z nich na pewno ma rację...
Wierzę , że światowej sławy Profesor Neurochirurgii !! Ale niepokój dalej pozostaje bo zawsze jest jakieś ale...
Wiem, że nie mogłam oczekiwać cudu po miesiącu, a jednak zawsze będę marzyć , że darmowa wycieczka w końcu dobiegnie końca.
To czekanie... cholerne czekanie jest najgorsze... wiem te 6 tygodni minęło nie wiadomo kiedy to i następne strzeli... A wtedy... wtedy kolejny sprawdzian mam nadzieje, że dalej z pozytywną oceną .... Chyba, bo z tym choróbskiem nigdy nic nie wiadomo...
Chce się cieszyć, chce się wyłączyć, zapomnieć ale na razie łatwo mi to nie przychodzi.
Musze się przeprogramować i tak jak wszyscy moi najbliżsi wierzyć w to co powiedzieli w Niemczech. Musze wierzyć... głęboko wierzyć, że się uda...
Ten czas cholerny czas... wiem , że zleci ale to znowu będzie najdłuższe 6 tygodni w moim życiu...
Jestem wyczerpana...
Mam nadzieję, że w końcu i dla mnie zaświeci światło...



wtorek, 16 października 2012

[34] WSZECHOBECNY PARALIŻUJĄCY STRACH...

Nie radzę sobie...
Opadłam z sił...
Od kilku dni całkowicie sparaliżował mnie strach...
Chwile zapomnienia i radości są takie ulotne... już ich nie pamiętam...
Dochodzą mnie wieści , że kolejne osoby przegrały walkę z cholernym rakiem ...
Choroba zbiera swoje owocne żniwa !!!
Nawet TV nie sposób oglądać... właśnie teraz w kolejnym serialu kolejna osoba dowiaduje się, że ma raka trzustki... To jakaś plaga, niedługo chyba otworzę lodówkę a tam wyskoczy raczysko !!!
Pojawia sie milion pytań... Co ze mną dalej będzie ??? Jak mam żyć ???
Tego co sie teraz u mnie dzieje nie można nazwać życiem .. to istna wegetacja...
Nie mogę spać... nie mogę jeść...
Wszyscy wrócili do swoich obowiązków, Mamuśka , Tatko do pracy.. Bączek na uczelnie ... a Ja ...
Ja tkwię w nicości... żyje z dnia na dzień...każdy wygląda tak samo... Snuję się po domu bez celu... O niczym innym nie myślę od kilku dni, tylko o tym, że jestem chora... i to nie grypa , która po witaminie  C przejdzie... tutaj trzeba czasu, a ja jestem już taka zmęczona i niecierpliwa...
Nerwy i strach wzięły górę...
Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że nie jestem w stanie przewidzieć jak będę się czuć dnia następnego...
W czwartek siedziałam z moimi laskami ,byłam naprawdę szczęśliwa... Ryjek mi się cieszył...
Piątek trauma, która ciągnie się do dzisiaj, ścisk w gardle i totalna dezorientacja...


Za kilkanaście godzin wyjeżdżam do Berlina do człowieka , który ostatnio zadziałał na mnie jak balsam łagodzący oparzenia... Przyjechałam po wizycie w klinice pełna nadziei, tym razem tez chciałabym w takim stanie wrócić... Wiem, że to za krótki czas żeby cokolwiek powiedzieć... cokolwiek myśleć o skuteczności terapii ale łudzę się , że może... Wiem, że guz nadal tam jest nie zniknął... ale wystarczyłaby mi tylko myśl ze stoi w miejscu... Chciałabym potwierdzenia moich myśli z ust Profesora...
Tyle rzeczy bym chciała jeszcze zrobić...
Wiszę w próżni ...
Jestem bezsilna ...
Niemoc mnie paraliżuje...
Życie wokół toczy się dalej,  a moje ???
Moje stanęło w miejscu ...



czwartek, 11 października 2012

[33] MARZENIA TE DUŻE I TE MELEŃKIE ...

Bezsenność mnie poraża..
Pochłania do reszty...
Ostatnio zaczynam się zastanawiać czy ja w ogóle kiedyś będę jeszcze normalnie spała ???
Nie wiem co dzieje się z moim organizmem. Nie potrafię go okiełznać. Pełzam po domu do 3:00, 4 :00 w rano ... Im bardziej się zmuszam, żeby zasnąć tym bardziej mój umysł się buntuje...
Chodzę nabuzowana...
W dzień się ukrywam przed słońcem więc chyba nocą muszę nadrabiać... Tyle że kompanów do rozmów niewiele ;-)
To już jutro ... nie wiem czy to cisza przed burzą czy dopiero wybuchnę ale ... cierpliwie czekam na tą cholerną płytę, na wyjazd do Niemiec i opinię profesora... Nosi mnie... nóżkami przebieram, tak chciałabym żeby już była noc z wtorku na środę... Siadać do samochodu z termosem w łapie, podusią i kocykiem...
Wyobrażam sobie drogę powrotną i marzę... marzę , że gęba mi się śmieje bo ten syf zareagował na leczenie , że w końcu jego wycieczka za darmo ma pierwszy przystanek... potem kolejny... i kolejny... aż w końcu wysiada !!!
Marzyć w końcu ludzka rzecz, a dzięki tym marzeniom jakoś egzystuje...
Ostatnio tylko bujam w obłokach...
Marzę o powrocie do pracy ... wszyscy marzą o tym jak przetrwać od poniedziałku do piątku, a ja marzę, żeby zerwać sie rano, biegać w popłochu po mieszkaniu , jedną ręka myć zęby , drugą ręka robić oko, wskoczyć do samochodu, przejeżdżać na  pomarańczowym świetle, słuchać Radia Karoliny  7:22, podjechać pod wejście, zostawić zapalony silnik w samochodzie jak to zawsze miałam w zwyczaju, biegnąć do czytnika żeby odbić kartę...
Tak cholernie za tym wszystkim tęsknie... za taka moją normalnością... Tak bardzo mi tego wszystkiego brakuje !!!
I codziennie ... codziennie marzę o tym dniu kiedy to wszystko wróci... kiedy zasiąde przy swoim biurku... otworze swoją szafę...
Boże kiedy to będzie ??? No kiedy ???
Podobno jeśli się czegoś bardzo pragnie to się to ściąga...
Ściągam więc myślami ...
Wczoraj tak sie wzruszyłam... zaskoczył mnie cholernie jeden telefon... Mój poczciwy Dyrektorek z dawnego liceum dzwonił do mnie... Głos ugrzązł mi w gardle było potem trochę płaczu...Kurcze tyle lat minęło... nie zapomniał, to co powiedział dało mi powera i od wczoraj nic innego nie powtarzam jak Jego słowa, że moje kłopoty to tylko kłopoty przejściowe !!! Uczepiłam sie tej myśli i nie odpuszczam.  Powtarzam to teraz jak mantrę...przejściowe...przejściowe...
Dzisiaj tez się wzruszyłam... Moje laski tak o mnie dbają, tak mnie rozpieszczają... nie pozwalają poddawać się smutkom. Dostać parasolkę przeciwko słońcu to jest coś :-) Moja mina jak ją rozłożyłam była chyba niezapomniana, będę oryginalna i rozpoznawalna.Co tu dużo gadać



Cóż ostatnio byłam w końcu w kręgu zainteresowań przechodniów w Katowicach kiedy czekając na Mamuśkę, aż skończy swoje zabiegi u lekarza spacerowałam z Bączkiem z olbrzymim czarnym parasolem. Nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego gdyby nie fakt, że ludzie chodzili bez kurtek, słońce nieźle prażyło, a na niebie nie było nawet pół chmurki :-) Ale co mi tam , za namową Bączka starałam sie nie zwracać na tych wszystkich ludzi uwagi. A dzisiaj... dzisiaj przemknęłam do lekarza odebrać wyniki badań krwi niczym tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców ;-) Opatulona,  zakapturzona...
Nie mniej jednak w dobrym humorze wróciłam do domu.. Moje nerki pracują iście fantastycznie oby tak dalej !!! Najpierw nerki , potem mózg i życie będzie piękne...
Jutro... a raczej to już dzisiaj 18:20 rezonans... chwile grozy... potem jeszcze większe katusze czekać parę dni na wyniki...
Ta piosenka miała mi kiedyś przynieść szczęście... Kiedyś sie nie udało może teraz nadejdzie ten czas...



Cóż jak zwykle się modlę i proszę o modlitwę wszystkich zainteresowanych...

niedziela, 7 października 2012

[32] DLA TAKICH CHWIL WARTO ŻYĆ...

7 październik jedna z moich ulubionych dat...
To właśnie dzisiaj 21 lat temu przyszedł na świat mój Bączek
To już drugie takie urodziny " w powiększonym gronie". Co prawda jeden "gość' zupełnie nieproszony ale niestety obecny !!!
Mój pasażer na gapę... No ale cóż postanowiłam go dzisiaj ignorować.
Zaparłam się od piątku !!
A co !!!
Nie będzie guzior pluł mi w twarz !!!
Grypsko opanowane ( co by nie zapeszyć ), no ale niestety dopadło teraz tatka. Widze , że grypa zagościła w mojej rodzinie na dłużej. Została tylko mamuśka, ciekawe czy jej faszerowanie się czosnkiem przyniesie zamierzony skutek czy ja tez dopadnie ,oby nie ...
Więc trzeba było sie dzisiaj zmobilizować i tryskać dobrym humorem ;-)
Nie musiałam sie nawet zbytnio wysilać.
To jeden z najpiękniejszych dni ostatnio w moim życiu.
Zawsze uwielbiałam rozpieszczać mojego "malutkiego" Bączka i mam nadzieje, że jeszcze wiele razy będzie mi to dane.
Uśmiech na jej twarzy i ten okrzyk zachwytu kiedy otwiera głupiutki prezent jest bezcenny.
Potrafi się cieszyć z takich prostych i banalnych gadżetów. A mnie to sprawiło tyle przyjemności.
Widzieć ja szczęśliwa to jednocześnie być szczęśliwą.
Obiecałam jej dzisiaj , że Jej 42 urodziny także spędzimy razem.. Łezka popłynęła ale muszę słowa dotrzymać !!! Będę miała wtedy 51 lat ;-)
Kurcze ja dzisiaj nie wychodząc nawet na sekundę z domu byłam naprawdę szczęśliwa !!!
Tak po ludzku, tak prawdziwie. Nawet teraz jak to wszystko piszę serce wali jak oszalałe ale pierwszy raz z radości, nie ze strachu.
Więcej takich dni !!! Więcej !!!
Za oknem ponuro, a ja ten dzień zaliczam do wyjątkowych... każdy dzień jest dla mnie wyjątkowy z prozaicznego powodu bo jest ... bo był.... ale dzisiejszy był jakiś szczególny. I nie potrafię chyba tego zwykłymi słowami opisać...
Kocham moja "malutką " siostrzyczkę i nigdy nie przestanę.. Dla mnie już zawsze będzie moim Bączkiem...






Więc chwilo proszę Cię trwaj....

czwartek, 4 października 2012

[31] ZMIANY... ZMIANY...

Ubaw po pachy !!!
Jakże by mogło być tym razem inaczej ;-)
Termin wizyty w Berlinie przesuniety o całe 5 dni, dlaczego mnie to nie dziwi ??
A no już wcale ;-)
To juz jakaś norma, niedługo stanie się tradycją, że nigdy w okreslonym terminie nie moge trafić do żadnej  kliniki, bo zawsze coś :-)
I tym razem nie mogło być inaczej.
Termin wyjazdu do Niemiec przesunięty z 12 na 17 października. Te 5 dni jakoś " zniese" , byle tylko było warto !!!
I co rezonans tez automatycznie przesuwamy , nie będzie we wtorek będzie za tydzień w piątek.
Minie 2 miesiące od mojego ostatniego skanowania i 6  tygodni od momentu rozpoczęcia terapii.
Ciemno wszędzie... głucho wszędzie... co to będzie ??? !!!! co to będzie ??? !!!
W sumie to najpierw byłam zła a potem śmiałam się jak głupi do sera.
Kolejny raz sie potwierdziło,że ze mna to już nie może byc normalnie ;-)
Życie uwielbia mnie zaskakiwać, ale show must go on !!!!


Grypsko nie odpuszcza, z nochala się leje, ale co tam z grypą !!! Twarda jestem muszę, nie tylko dla siebie...oj nie tylko... niektórzy byli do tej pory dla mnie teraz ja muszę być dla Nich ...

środa, 3 października 2012

[30] NIE CHWALIĆ DNIA PRZED ZACHODEM SŁOŃCA ...

W życiu nie ma lekko...
Dzisiejsza noc doskonale to odzwierciedliła...
Jak to mówią nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońcem...
Nie ma co popadać zbyt szybko w euforię, bo jak to zwykle bywa za chwilę dostaniemy obuchem w twarz...
Dren... zastawka... dała o sobie znać o 3:00 rano !!! Znowu cholerstwo sie gdzieś źle ułożyło, znowu dało mi popalić...
Jak ja "uwielbiam" ten ból, z którym w żaden sposób nie potrafię sobie poradzić. Pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo kiedy sam odchodzi...
Szkoda tylko, że to odchodzenie tak opornie mu idzie...
Już dawno nie było ataku , a ja głupia myslałam , że moje dobre samopoczucie będzie juz trwac wiecznie.
No i się przeliczyłam...
Waga znowu spadła o 2 kg, zero tłuszczu w tym moim brzuszysku. Dren nie ma sie gdzie schować...
Nie rozumiem tylko dlaczego wybiera sobie zawsze nocne godziny...
Najgorsze jest w tym wszystkim to , że żaden lek przeciwbólowy nie działa, jak to mówią ból mechaniczny trzeba czekać, aż sam przejdzie. Tyle, że dzisiaj czekałam do białego rana... Bączek po 8:00 wychodził na praktyki, a ja nadal nie mogłam sie ruszyć...
Coś czuje , że będę odsypiać swoją "miłą" przygodę...
Jeszcze w dodatku dopadło mnie mega przeziębienie.
Od wczoraj wygrzewam sie pod kocykiem.. gorączka , dreszcze, z nosa cieknie... Z odpornością od wielu lat mam na pieńku... Bączek przywlókł wirusa w weekend i długo nie musiałam czekać na efekty...
Wiem, wiem nie ma co narzekać...
Żeby tylko takie choroby mnie dopadały to byłoby dobrze...
Czy coś mnie jeszcze zaskoczy ???






poniedziałek, 1 października 2012

[29] ODBIĆ SIĘ OD DNA...

Odbiłam się na chwilę od dna...
W sumie to trwa już jakby nie patrzeć trzeci dzień...
Byłam w piątek z Mamuśką w cudownym miejscu...
Kolejna msza za uzdrowienie chorych... tym razem Gliwice... 
Co tam się działo !!! Ludzie mdleli po dotknięciu księdza, padali na marmurową posadzkę.
Nikt ich nie podnosił, nikt nie reagował !! Stałam jak słup soli i na początku nie mogłam tego wszystkiego ogarnąć. Pierwszy raz w życiu uczestniczyłam w czymś takim, ale wrażenia bezcenne. Kościół pełen ludzi , zdrowych , chorych...To na pewno nie był mój pierwszy i ostatni raz.
Jeszcze tam wrócę !!
Wrócę podziękować, a jak !!!
Dużo kosztowało mnie wyjście pod ołtarz kiedy ksiądz wywołał wszystkie osoby chore na raka. W pierwszym odruchu mnie sparaliżowało, nogi jak z ołowiu.
Trochę to trwało zanim dotarło do mnie,że cholera to przecież Ja !!!
Że muszę tam podejść, jakiś taki wewnętrzny głos podpowiadał mi idź!
Pobiegłam...
Zdążyłam na błogosławieństwo... Stałam na środku pomiędzy tyloma młodymi osobami... Tylu z Nas choruje... aaaaa szkoda nawet gadać...
Mamuśka się rozkleiła, płakała łzami jak grochy. Obie płakałyśmy...
Ale wróciłyśmy weselsze, spokojniejsze.
Piątek pomimo nie najlepszych wiadomości zakończył się bardzo pozytywnym akcentem..
Wstąpiła we mnie nowa nadzieja i zamierzam ją bezgranicznie pielęgnować !!!
Kurcze blaszka... cały weekend , aż mnie nosiło.
Ze wszystkich możliwszych sił starłam się odgonić czarne myśli...
Idąc za ciosem raz dwa pojechaliśmy wczoraj na wioskę..
Cel... jabłka ...
Tyle jabłonek, niepryskanych to co teraz lubię najbardziej... i gdzieś pomiędzy tym wszystkim ja, ukryta przed słońcem...







No pogoda idealna dla mnie nie była.
Skutek uboczny leku ( 12 tabletek dziennie , o Matko !!!) niestety się utrzymuje. Mega po prostu mega nadwrażliwość na słońce...
Ale co mi tam !!! Jeśli tylko to na mnie zadziała ,mogę łykać nawet 40 dziennie do końca życia, chodzić z parasolem , w rękawiczkach i kominiarce byle tylko skutek był !!!
Jakby nie patrzeć minął już miesiąc terapii...
9 październik godz. 18:00 i chwila prawdy... rezonans i wyjazd z płytą do Niemiec do kliniki w nocy z 11/12 października...
Jak to zleciało... dopiero co tam byłam, trzęsłam się ze strachu kiedy spoglądałam z niecierpliwością to na Profesora świergolącego w zupełnie nieznanym dla mnie niemieckim języku to na moją kochaną tłumaczkę :)
I teraz znowu powtórka z rozrywki...
Co to będzie ???
Chciałabym , żeby było dobrze... Nic więcej do szczęścia mi nie jest potrzebne....
Może w końcu komuś uda sie sprawdzić bilet mojemu pasażerowi na gapę i zmusić do opuszczenia z darmowego autobusu...



czwartek, 27 września 2012

[28] BEZSENNOŚĆ...

Męczy mnie brak snu...
Nie wiem skąd to się we mnie bierze...
Im bardziej usiłuje zasnąć tym bardziej mi się to nie udaje...
Okropność...
Wszyscy śpią.. tylko ja się pętam po domu i nie mam co ze sobą zrobić...
Co ja bym dała żeby normalnie zasnąć...To już n-ta noc z rzędu i zapewne nie ostatnia...
Zgroza !!!

Pogoda dzisiaj mi sprzyjała na maxa , napaliłam sie na spacer... i co ??
Jak zwykle nie wyszło.
Z obstawą Bączka miałyśmy dzisiaj przemierzyć park, no ale deszcz zniweczył mój cały plan.
Za to odważyłam się dzisiaj połazić po sklepie. Cóż po prostu zostałam do tego zmuszona, Hubiego rozwalone buty trzeba było oddać do reklamacji. Nie było zmiłuj się , musiałam z Nim jechać. To takie dziwne jak człowiek sie zmienia.. ja czyli ta , która w sklepie mogła być godzinami, wertować i przebierać wieszaki, spędzać godziny w przymierzalni teraz pomykam pasażem i wejdę może do jednego sklepu, chyba bardziej dla sportu. nawet gdyby mi ktoś dał na zakupy kilka tysięcy nie potrafiłabym ich na dzień dzisiejszy wydać... W ogóle mnie to nie cieszy...

To było już moje kolejne wyjście bez chustki... peruki..
Oswajam się sama ze sobą,  nie przychodzi mi to łatwo...
Czuję się jak chłopczyk !!!
Wiem, że to w tej chwili nie jest najważniejsze, to głupie... Jednak za każdym razem kiedy patrzę
w lustro , odbijam się w witrynie sklepowej moja nowa fryzura przypomina mi,że coś jest nie halo...
że jestem chora...
A zresztą kto by się w takiej chwili włosami przejmował.
Fajnie by było być dawną sobą, taką "starą" Ja, ale trzeba żyć dalej i cieszyć się z każdej chwili i chociaż na moment udawać, że nie ma problemu. No właśnie udawać tyle mi zostało...

Ach te moje kudły , nie tylko ja byłam do nich przywiązana.
Sama się na tym łapie, że po każdym umyciu głowy robię turban z ręcznika na głowie :-)
Szczytem szczytów był jednak fakt, kiedy rodzice zostawili mnie w szpitalu, a Mamuśka wchodząc w domu do łazienki zobaczyła szczotkę i zasmucona do siebie powiedziała : " Cholera zapomniała szczotki, co Ona teraz zrobi ".
Płakałyśmy ze śmiechy jak mi to opowiadała :-)
Aż mi się cieplej zrobiło jak sobie o tym teraz przypomniałam...
To są momenty, które dają mi pewna silę, oby było ich więcej...

niedziela, 23 września 2012

[27] PŁACZUSIOWO...

Dopadła mnie niemoc fizyczna i psychiczna ... płacz... przeraźliwy strach ...
Nic innego dzisiaj nie robię tylko myślę ...
Cały dzień przespałam, a teraz emocje wzięły górę...
Wybuchłam...
Najgorsza w tym wszystkim jest ta cholerna bezradność... Ten porażający strach...
Wczoraj uśmiechnięta... mogę nawet powiedzieć wesoła , a dzisiaj nie wiedzieć czemu zjazd totalny...
Nienawidzę tego stanu...
Zbierałam w sobie dzisiaj wszystkie siły, na przekór temu cholernemu " dziadowi" ale to dzisiaj "On" królował...
Uciekł mi dzień, nawet nie wiem kiedy...

Pomału zaczynam prowadzić wampirzy tryb życia...
Ostatnie poparzenie słoneczne dało mi sie we znaki... ujawniło się po 5 minutach na słońcu...
Cała twarz , dłonie ...
Matko istny szok, uczucie jak za starych dobrych czasów kiedy cały dzień leżałam na słońcu i tylko przez własną głupotę potem cierpiałam...
Tym razem było inaczej...
Cóż nie pozostaje mi nic innego jak spacery w słoneczne dni z parasolem...
Jeśli kogoś takiego zobaczycie w piękny słoneczny dzień , to będę Ja...
Łudzę się, że być może terapia działa, lek skutkuje...
Co ja bym dała żeby tak było...

Rezonans zbliża się wielkimi krokami, może to mnie właśnie dzisiaj sparaliżowało...
Od ponad roku moje życie krąży wokół tego... Przeżyc od rezonansu do rezonansu...
Choćby nie wiem jak człowiek starał się zapomnieć, strach jest wszechobecny
Dwa najbliższe tygodnie przemkną jak wiatr i znowu trzeba sie poddać temu co los przyniesie... temu cholernemu wynikowi, od którego tyle znowu zależy...
Nie jestem przecież wyjątkiem, każdy chory zawsze na to liczy, że właśnie tym razem pojawi sie jakieś światełko w  tunelu..
I ja jestem tego kolejnym żywym dowodem...



piątek, 14 września 2012

[26] BIOENERGOTERAPIA... CZYLI RĘCE , KTÓRE LECZĄ...

Pojechałam....
I podjęłam decyzję , że będę tam jeździć...
Bioenergoterapeuta na pewno nie zaszkodzi, a może akurat wspomoże...
Coś w tym przecież musi być...
Nie czułam ciepła, ale dziwnie przyjemne uczucie niesamowitego spokoju.
Nie wiedzieć czemu głowa przestała mnie boleć... Może sama z siebie, a może dzięki Niemu...
Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Wolę wierzyć , że dzięki Niemu !!!
Na pewno nie zamierzam tego zaprzestać po prostu dobrze to na mnie wpływa i nie wstydzę sie do tego przyznać...
To przecież żaden wstyd...
A 40 minut błogiego relaksu jest dla mnie niesamowicie kojące.
Bo przecież wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń, gdy serce pełne wiary...



Szkoda , że na razie los nie srebrzy się u moich stóp...

Znowu nie wiem jak dziękować wszystkim za okazaną pomoc...
Z jednej strony chciałabym być daleko od tego wszystkiego... wyłączyć się ... nie mysleć o tym.. ale nie sposób ... tyle wokół się dzieje...
Nigdy bym nie przypuszczała, że tyle osób, nawet obcych będzie mi pomagać. Ciężko mi o tym m mówić, bo nawet teraz kiedy o tym pisze ryczę jak bóbr i nie sposób tego powstrzymać.
Dochodzą do mnie cały czas informacje o różnych akacjach.
Wiem , że jutro jest impreza na Pogorii. Tym razem Regaty Kajakarskie...
Mój mózg tego wszystkiego nie ogarnia...
Móc uczestniczyć w tych wszystkich imprezach musi być niesamowitym przeżyciem, ale ja pomimo iż bardzo bym chciała nie potrafię, jest to dla mnie niesamowicie trudne, a moja psychika tego nie wytrzymuje.
I ten filmik na You Tube. Nie wiem kto go zrobił, kto wiedział, że to ostatnio moja ulubiona piosenka, która nieustannie nucę. Oglądam to po parę razy dziennie i się wzruszam...
Nie wiem kto za tym stoi ale naprawdę dziękuję !!!



Za każdym razem kiedy wiem o jakiejś akcji serce podchodzi mi do gardła, brzuch boli, łapy się trzęsą jak przed sprawdzianem w szkole.
Kurcze ciągle myślę jak ja mogę sie Wam wszystkim odwdzięczyć !!!
To niesamowicie ważne wiedzieć, że człowiek nie jest sam...
Czasami wyobrażam sobie wielka imprezę!! Ogromne ognisko ... głośna muzyka.... i cały ten tłum i ja pośród wszystkich zadowolona, że wszystko idzie zgodnie z planem, że pasażer na gapę dostał w końcu mandat i wielkimi krokami odpuszcza...
Żyje nadzieja , że w końcu rolę się odwrócą, że teraz ja mu nareszcie dokopie !!!
Wiem, że strach nigdy nie ustąpi, żyje jak na bombie ale wyobrażam sobie ze to bomba z opóźnionym zapłonem. Ze w końcu uda sie ja rozbroić.
Wiem nie jestem jedyna, takich jak ja są tysiące chorych, bezbronnych ale komuś sie przecież udaje, ktoś wygrywa !!!
A ja ???
Ja nie jestem jeszcze gotowa ,żeby odchodzić... 


wtorek, 11 września 2012

[25] ZAPOMNIJ SIE... I TAŃCZ...



11 dni...
Dzisiaj mija 11-ty dzień terapii...
Nie tracę nadziei, ale tez nawet na moment nie udaje mi się ostatnio zapomnieć...
Rozmyślam...analizuje...
Cały czas się zastanawiam co tez tam dzieje się w tej mojej głowie...
Chce wierzyć w to, że nie jest gorzej i że będzie tylko lepiej...
Ten cholerny czas...
Niby biegnie tak szybko, a jednak z perspektywy brania leku tak wolno.
Z jednej strony chciałabym, żeby był już październik i kontrolny rezonans a z drugiej staram się tą myśl odsuwać od siebie...
Wpadłam już w pewien rytm...
Pobudka 6:30 w pól przytomna sięgam po leki... i tak co 8 godzin... nie narzekam , mogłabym wstawać nawet co godzinę w nocy jeśli to ma pomóc !!!
Nie ma co narzekać... jedynym problemem są promienie słoneczne... Pogoda jak na razie mi nie sprzyja... Niestety przewidywany skutek uboczny wystąpił... Uczulenie na promienie słoneczne !!!
Nie sądziłam, że będzie aż tak odczuwalne, a jednak !!! Chowam się jak mogę.
Cóż nie będę czerpać energii ze słońca... Tyle, że ono ostatnimi czasy jest wszędzie ...
Może to dobry znak...
Może to znaczy tak jak dzisiaj powiedział mi chłopak, który z dobrym skutkiem stosuje tą terapię od  4 lat lek na mnie działa...
O niczym innym nie myślę , nic innego sobie nie wyobrażam i niczego dzisiaj bardziej nie pragnę...
Niczego bardziej nie pragnę od maja zeszłego roku...
Strach jest cały czas obecny w moim życiu...
I tak jak słowa tej piosenki :" Nie bój się bać, gdy chcesz to płacz..." doskonale odzwierciedlają sytuację ,
w której się teraz znajduje.
Nie poddaje się ,ale łatwo nie jest...powiedziałabym, że coraz ciężej...
Słowa, żę będzie dobrze !!! Musi być !!! jakoś do mnie nie docierają !!!
Chociaż sama powtarzam to sobie jak mantrę...
Staram się jak mogę, ale co z tych starań wyjdzie...
Chciałabym popełzać jeszcze na tym świecie długie lata...
Matko jak ja tęsknie za swoim dawnym życiem !!!
Codziennie przeglądam foldery ze zdjęciami z ubiegłych lat.
Moje urodziny...
To był rytuał... Obowiązkowo wyprawiane rok w rok...
Przychodził 19 marzec i wszyscy wiedzieli ze będzie impreza do białego rana...
Dom pękał w szwach od nadmiaru ludzi, Mamuśka szalała w kuchni kilka dni wcześniej, tańce...
Jakie to były piękne czasy... tyle przyjaciół... śmiechu
Co ja bym dała żeby to wszystko wróciło...

A teraz każdego dnia cieszę się że mogłam się obudzić....

poniedziałek, 3 września 2012

[24] NADZIEJA... UMIERA OSTATNIA...

Dużo się wydarzyło...
Niby to tylko tydzień, a wszystko przewróciło się do góry nogami...
Tyle się wydarzyło, że sama nie nadążam z analizą wszystkiego...
Przypadek .. a może zrządzenie losu sprawiło, że w tej całej niemocy  rozpaczy natrafiłam na osobę która poddała się parę late temu eksperymentalnemu leczeniu glejaka III stopnia w Klinice Neurochirurgii w Niemczech.
Niewiele mysląc nawiazałam kontakt, dostalam namiar, a w między czasie całą noc szukalam...
I znalazłam kolejna osobę !! Kolejną , która rownież leczy sie w tamtejszej klinice ... serce waliło mi jak oszalałe, pobudzona nie dałam spac tez mamie.  Oglądałyśmy analizowałyśmy, a ja nie mogłam się opanować !!! Jak tu zasnąć ???  No jak  ??? Nie dało się... Emocje wzięły gorę...
Wytrwałam jakoś do rana... Hubi skontaktował się z naszym " osobistym tłumaczem" i czekamy...
Czekamy i nic...
Nie udało się dodzwonić... Cóż trzeba było zacisnąć zęby i przetrwać jakoś kolejny dzień...
Wychodziłam z siebie, tak chciałam dostać jakaś namiastkę , tak namiastkę nadziei... nic więcej...
Nieprzespana noc dała sie we znaki i kolejnej juz nie przetrwałam... padałam jak kawka... odpłynęłam w błogim stanie...
Rano niczego nieświadoma otworzyłam oko i spoglądając na telefon serce podskoczyło mi do gardła... Cztery nieodebrane połączenia od Hubiego... Drżącymi rekami wykręciłam numer i czekam... nasz Anioł Stróż dodzwonił się do kliniki !!! Po przedstawieniu telefonicznie mojego przypadku, decyzja Profesora... przyjechać na konsultację za trzy dni !!!  Myślałam, że zemdleje, krew zaczęła szybciej krążyć... nie mogłam zapanować nad rekami. W głowie przewracało mi sie tym razem nie od mojego NIECHCIANEGO NIEPRZYJACIELA  ale od natłoku myśli... co przyniesie ta wizyta...
Trzy dni ciągnęły się niemiłosiernie, czas jak na złość stanął w miejscu a mnie tak się spieszyło,żeby już tam być na miejscu i usłyszeć, że jest szansa...
W końcu wybiła godzina "zero".  W silnym składzie wyruszyliśmy po nadzieje... kierunek Niemcy- Berlin...
Najważniejszy człowiek był z nami moja kochana Iwonka - mój osobisty tłumacz, bez której nie byłoby szans... człowiek dopiero w takich sytuacjach uświadamia sobie jaki jest nieporadny, nie zna języka i nie potrafi sam sobie pomóc w takiej chwili. Czułam się z tym strasznie ale wyznaczyłam sobie cel.. Jeśli tylko wszystko zacznie się układać najwyższy czas zabrać się za siebie i zacząć naukę języka obcego !!!
Hubi przewrażliwiony nakazał wyjazd w środku nocy... przezorny zawsze ubezpieczony lepiej być wcześniej na miejscu i poczekać niż się spóźnić i wrócić z kwitkiem. Wykazał się chłopak rozwaga jak nigdy dotąd.
Dojechaliśmy na miejsce...byłam i w dalszym ciągu jestem przerażona... udało nam się szybko i sprawnie znaleźć klinikę... Nie byłam w stanie na nic zwracać uwagi.. strach , który towarzyszy mi już od tak dawna niestety nie ustąpił i poraża mnie od stóp od głów.
Czekaliśmy na swoja kolei, byliśmy sporo przed czasem... po długim czasie w końcu przyszła moja kolej...
Weszliśmy w trójkę do gabinetu... Ja, Hubi i Iwonka mój- nasz tłumacz... szwagierka czekała w poczekalni. Biedna sama pośród Niemców, również nie znająca języka uśmiechała się tylko bo cóż innego mogła zrobić.
Profesor... niesamowicie ciepły człowiek od początku do końca wyłuszczył mi co to za choroba, opisywał zrozumiale dla prostego człowieka co mam w głowie, analizował skany mojego mózgu. Potrafił doskonale wymienić nie pytając mnie o zdanie jakie miałam lub mam objawy. Siedziałam tam i myślałam , że to wszystko nie dzieje się naprawdę , sceny iście jak z dobrego filmu... Siedząc tam czułam, że jestem naprawdę dla Niego ważna...
Niestety Profesor potwierdził, że według niego to nie jest II stopień, obraz radiologiczny sugeruje, że to może być III stopień,ale  nie może tez wykluczyć gorszej ewentualności chociaż raczej wątpiąca sprawa,jednak tego niestety nigdy nie można być pewnym bez rozpoznania histopatologicznego...
Głęboko wierzę, że to jednak ta bardziej optymistyczna wersja...
I muszę się tego trzymać bo inaczej zwariuje !!!
I stał się pewnego rodzaju cud !!!
Profesor zaproponował eksperymentalne leczenie, które stosuje już od dłuższego czasu na swoich pacjentach... Długo się nie zastanawiałam bo i nad czym ???
Jakie mam wyjście ???
Pojawiło się światełko w  tunelu i zamierzam nim iść do momentu, aż światło mnie oślepi !!!
Zdecydowanie zaproponował mi próbę przyjmowanie leku 3 razy dziennie po 4 duże piguły i kontrolny rezonans za miesiąc, który pokaże czy udało się guza utrzymać w ryzach a może nawet coś więcej ... i dalszą kontynuacje leczenia.... Dopiero po tym czasie jeśli nie będzie efektów zdecydować się na radioterapie mózgu... Leczenie kosztowne, ale czuje wewnętrznie że warto. Musze na siebie teraz szczególnie uważać. Coś tam w środku podpowiada mi od samego początku, że los się w końcu do mnie uśmiechnie... Dostałam promyk nadziei, który ostatnio u mnie pomału wygasał... tlił się, a teraz na nowo zaczął płonąć... Może to znak.. te wszystkie ostatnie zawirowania , powroty ze szpitala... może własnie to jest moje przeznaczenie... może to leczenie w Berlinie przyniesie skutek... strach mnie paraliżuje, ale podjęłam to ryzyko...
Czas pokaże czy podjęłam słuszną decyzję.
Tak bardzo chce w to wierzyć i wierzę...
Kolejna wizyta za miesiąc w Berlinie będzie decydująca... Ale już chyba bardziej zwariować nie można...
Nie ma przecież dnia , żebym zapomniała o tym że jestem chora, żebym nie zastanawiała się co będzie dalej, ile jeszcze mi zostało... Milion myśli kłębi się w głowie, ale co począć...
Chce żyć !!!  Będę próbować, aż w końcu osiągnę swój cel...
Muszę....
Nie mogę powiedzieć , że nie ma innego wyjścia bo zawsze jest ... można się poddać....
Jest mi ciężko... cholernie ciężko ale staram się wytrzymać.
Modlę się codziennie do Boga ale od soboty zawierzyłam mu całkowicie...
Zbieram się w sobie, rozpoczęłam terapię i teraz pozostało czekać na efekty...pozytywne efekty.
Patrze na te dzieci z teledysku i pozytywnie się nakręcam.
Skoro one potrafią się uśmiechać może i mnie się to uda...


Bo tak jak słowa tej piosenki:
" co Nas nie zabije to nas wzmocni
co Cie nie zabije zrobi z Ciebie wojownika"

Wojna z niechcianym pasażerem trwa ...
Jeszcze się nie skończyła !!!
Mowią, że nadzieja matką głupich... ale ona umiera ostatnia...





niedziela, 26 sierpnia 2012

[23] CZARNE CHMURY...

Brak sił...
Totalny brak sil i totalna bezradność, lęk strach przed tym co przyniesie przyszłość...
Ostatnio życie zaskakuje mnie coraz częściej.... Niestety nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Dni mijają jak oszalałe, a złych myśli w mojej głowie nieskończona ilość.
Od kilku dni nie potrafię się pozbierać... ogarnąć tego wszystkiego... pojąć...
Strach wziął górę... zawładnął moim życiem ...
Cały czas... cały czas pod górkę !!!
Nadszedł słynny czwartek...
Ze ściśniętym gardłem pojechaliśmy silną ekipą na onkologię.
Tak jak wcześniej zostałam do tego przygotowana zapowiadał się tam długi pobyt... Wszystko poszło dosyć sprawnie i już za chwilę leżałam na łóżku w trzyosobowej sali na piątym piętrze... Nie wytrzymałam napięcia... emocje wzięły górę.  Tak bardzo chciałam być twarda, odważna i silna.
Dla mojej Mamci , Tatka , Hubiego... Nie wytrzymałam, rozpakowując rzeczy wybuchłam... Nie mogłam powstrzymać łez, trzęsłam się ze strachu błagając rodziców żeby mnie stamtąd zabrali ....
Tam z każdego zakamarka wyłania się rak... jest wszechobecny i nie ma jak przed nim uciec... Nie sposób choćby nie wiem jak człowiek się starał...
Sparaliżowana strachem czekałam na dalszy rozwój wydarzeń... Nie mogłam myśleć o niczym innym jak o wyniku rezonansu wykonanego tydzień temu... Czas się niemiłosiernie dłużył , a Pani doktor nie przychodziła... W końcu zostałam sama... Po całym dniu moja eskorta odjechała, wiedziałam, że wiecznie ze mną nie będą... W końcu po paru godzinach poznałam wynik rezonansu... Niby układ komorowy uległ normalizacji , czyli zastawka działa prawidłowo ale wymiary guza.... 30 x 25 mm ,a dwa miesiące temu było 26 x 26 mm. Ale najgorsze miało dopiero nadejść...
Plan sytuacyjny przedstawiał się następująco: piątek rano seria badań krwi, prześwietlenia,
w poniedziałek badanie PET i lekarze z Monachium, wtorek transport na zaprzyjaźnioną neurochirurgię, środa biopsja mózgu... W sumie nic nowego przygotowywałam się do tego już od trzech tygodni, tyle czasu zajęły same procedury, sprowadzenie znacznika do badania PET, ustalenie terminu biopsji itp.
Nawet nie wiem kiedy padłam jak mrówka... Nie wiem jak mi się to udało, ale przespałam jak zabita calutka noc...
Dzień drugi... piątek....
Wczesny ranek i badania krwi, tyle fiolek to ze mnie jeszcze nigdy nie spuścili.... ale równocześnie tak bezboleśnie dawno się  nikt w moje żyły nie wkłuwał, muszę przyznać że pełna perfekcja ze strony siostry. Opieka naprawde na najwyższym poziomie, wszyscy mega mili, przyjaźni uczynni troskliwi...
Po śniadaniu opadłam z sił, dość szybko jak na mnie, ale ostatnio długo podsypiam... sił  brakuje, męczę się, nieprzyzwyczajona jestem do takiego stanu i nie powiem żebym byla z tego faktu zadowolona.
Dziwne uczucie ale czuję, że tam coś w głowie mi siedzi...
Nie ma chwili  żebym ostatnio o tym nie myślała, zaczynam pomału wariować...
I tak pospałam ładnych parę godzin ... to mi ostatnio najlepiej wychodzi ale ciągle odczuwam zmęczenie. Po przebudzeniu moje " współlokatorki" poinformowały mnie , że była u mnie Pani Doktor... Ale że słodko spałam nie chciała mnie budzić... Podreptałam w jej poszukiwaniu bo w głębi duszy czułam, że coś się stało...
Zawsze przecież coś się dzieje , więc dlaczego teraz miało być inaczej ???
 Żeby zbadać sprawność mojego " chorego mózgu" przeszłam testy sprawdzające i o dziwo dostałam 30 punktów na 30 możliwych. Jak dla mnie w jakimś stopniu sukces, pomimo tego guziora jeszcze jestem sprawna intelektualnie...
Kiedy szykuje się już do wyjścia nagle Pani doktor prosi żebym jeszcze siadła bo chce ze mną porozmawiać... To nie zabrzmiało dobrze ... I co ?? I nagle okazuje się, że dalszych badań nie będzie, że neurochirurdzy nie podejmą się już biopsji, zbyt duże ryzyko... ja tego zabiegu nie przeżyje ... Myślałam, że zemdleje, pociemniało mi w oczach, oddech przyspieszony i totalna burza w mózgu... Mam teraz żyć ze świadomością, że guz rośnie, prawdopodobnie zezłosliwiał i nie mogę się dowiedzieć co to za stopień i jak z nim dalej walczyć ???!!! A co jeśli to czwórka ??? Najgorszy z najgorszych !!!
Tego nie dowiem się już nigdy !!! Nikt nawet nie wspomniał trzy tygodnie temu , że biopsja jest niemożliwa... Ja sama nie brałam nawet pod uwagę, że guz może przeszedł transformację...Tak mi zasugerowano , przekonywano , że biopsja jest konieczna,że konsultowano z neurochirurgiem, a  teraz co nagle się nie da ??? Jak mam z tym żyć ??? Odechciało mi sie wszystkiego....Zaczynam zapominać jak to jest być zdrowym, szczęśliwym... Nic ale to nic mnie nie cieszy...  nie potrafię się pozbierać... Pozostają mi tylko na tą chwilę naświetlania i tu w Polsce na tym koniec. Cóż nie mam wyjścia nie pozostało mi na ta chwile nic innego... Ale to nie koniec "dobrych" wiadomości. Powalił mnie z nóg termin radioterapii !!! 20 wrzesień !!!! Przecież to za miesiąc !!! Nie nie mogłam w to uwierzyć, nie dość że czekam już dwa miesiące odkąd ten GAD się ruszył, to mam czekać jeszcze kolejny ???
Tego było już dla mnie za dużo... Piątek 24 sierpnia 2012 przejdzie dla mnie do historii... Miałam wrażenie że wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie i byłam z tym wszystkim sama ... Nie zdążyłam jeszcze poinformować moich bliskich o tym wszystkim, nie wiedziałam jak... jedynym pozytywem był fakt, że udało się wynegocjować termin naświetlań na 5 września... chociaż tyle w tym całym bajzlu... no bo coś trzeba z tym gnojkiem robić... czegoś próbować... jak widać samym dobrym nastawieniem nie udało mi się go powstrzymać... Miałam jeszcze weekend przeleżeć po to żeby w poniedziałek zrobić tomograf i maskę i wyjść znowu na trochę do domu bo procedury przygotowawcze przecież trwają !!!
O nie !!! Nie chciałam zostać w tym miejscu przez weekend ze świadomością, że w poniedziałek mam wyjść. Do Gliwic nie mam tak daleko i mogę dojechać na zrobienie tej cholernej maski. Wszyscy zgodnie przystali na moja propozycję i w piątek dostałam zgodę żeby wrócić do domu  z zaleceniami zgłoszenia się w poniedziałek na TK i maskę... Nie miałam jeszcze pojęcia jak tam dojadę ale skłonna byłam przyjechać nawet sama pociągiem wcześnie rano byle już znaleźć się w domu...
Kolejny motyw... nie odebrałam walizki bo wydaja do 15:00, a ja się zameldowałam 15:03 .
Ale ten fakt to już mnie rozbawił, Pani siedzi ale nie wyda bo czas minął.
Normalnie to wyszłabym z siebie ale wiedząc, że w poniedziałek się tu melduje na chwilę odpuszczam
i śmiejąc się przez łzy wychodzę i czekam na Huberta. Wydawało mi się, że minęła wieczność no ale przecież nikt nie był na to przygotowany, że właśnie dzisiaj wychodzę.
Droga powrotna była straszna, nie potrafiłam się odnaleźć zresztą nie potrafię do dnia dzisiejszego...
Hubi chcąc mnie trochę rozweselić w drodze powrotnej zabrał mnie na lotnisko do Pyrzowic.
On wie jak lubiłam i dalej lubię pic kawkę i oglądać startujące i lądujące samoloty. Pomimo tego, iż tak bardzo się ich boję, tak panicznie boję się latać to uwielbiam patrzeć jak startują i lądują.
Siedziałam tam taka przybita i zadawałam sobie ciągle jedno pytanie... Jak to jest, że takie coś unosi się w powietrzu, że człowiek wymyślił sposób żeby wznieść się w przestworza .. tyle ton... a nie wynaleziono jeszcze cudownej pigułki na raka...
No i oczywiście nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie...
I tak wypluta na maxa dotarłam do domu, wtuliłam się w mamuśkę i poszłam spać...
Kolejny dzień...sobota...
Cały dzień przespałam... nawet oglądanie TV mnie totalnie męczyło. Kolejny stracony dzień...
Niedziela...
Obudził mnie potworny lęk i w dodatku ból, ruszyć się nie mogłam. Dren dawno się nie odzywał i nagle sobie o mnie znowu przypomniał... było parę dni spokoju. Pogoda pod psem... pada... odczulam dziwna potrzebę odwiedzić Jasna Górę. Myślałam, że się nie zwlekę, ale ból po paru godzinach popuścił i jakoś poszło... Z tej niemocy i bezradności chodziłam dzisiaj bez chustki... Było mi już obojętne... a może przełamałam pewien wstyd ??? Nie wiem...W sumie wstydzić się nie ma czego ale... Lewa strona wygląda znośnie ale prawa trochę gorzej... Przebijająca zastawka i nie wiedzieć czemu słabo rosnące włosy po prawej stronie przypominają mi o całym tym koszmarze...


Przekraczając bramę kościoła czułam znowu niesamowity ścisk w żołądku, łzy cisnęły się na polika. Stałam tam wśród tych setek ludzi i czułam się przez chwile szczęśliwa. Nie dotrwałam do końca mszy... pociemniało mi w oczach... serce myślałam, że wyskoczy... słabość....zawroty głowy... trzeba było wyjść na powietrze. Ale udało mi się... udało mi się usłyszeć jedną , najważniejszą rzecz : nie zawsze od razu dostajemy to o co prosimy, na wszystko trzeba czasu...
Muszę więc czekać na swój czas...
Może to dobry znak , że wszystko tak się potoczyło...
Może w końcu los się do mnie uśmiechnie ???
Czy wytrwam ???
Niczego więcej nie pragnę...

niedziela, 19 sierpnia 2012

[22] MAŁE SZCZĘŚCIA...

Krótki, swojski wyjazd..
Świeże powietrze... 30 h na wsi i chwilowy święty spokój...
Takie małe, zwykłe rzeczy,  a tak mnie cieszą... Korzystam z tych ostatnich chwil wolności jak tylko mogę.
Wieś mi chyba służy, tylko malusieńki delikatny prawie niezauważalny " atak " drenu, czyli mogę powiedzieć ze prawie cały weekend był błogi.
Więcej !!! więcej takich dni...
Co prawda bez małego kryzysu sie nie obyło, mała rozpacz...
Spacerując po Jędrzejowskim zalewie , patrząc na wszystkich szczęśliwych beztroskich ludzi ogarnął mnie niesamowity smutek, dopadł lęk i strach i przy okazji złość ... To znajome mi uczucie już chyba zawsze będzie moim towarzyszem niedoli.
Ale płacz pomaga... Byle tylko nie trwał za długo ... to naprawdę pomaga...
Ale kiedy wsiedliśmy do samochodu i usłyszałam w radiu piosenkę Roberta Jansona uśmiech zagościł na mojej twarzy:

"  Póki radość jest w nas
Słońca dłoń gładzi twarz
Warto żyć, warto śnić, warto być
Póki wciąż śpiewa ptak
Rzeka ma źródła smak
Warto śmiać, cieszyć się
Warto kochać ... "

 

Słowa banalne ale jakie prawdziwe...

Odkryliśmy dzisiaj pewny piękny zakątek... 
Człowiek jeździ na ta wioskę od tylu lat, a tak mało tam widział....
Ja jak ja.... ale Hubi Bubi powinien znać całą okolicę od podszewki, a nie tylko zapiekanki w Jędrzejowie :-)
Za namową kuzynki nachodziłam się , naoglądałam i to nawet bez zadyszki !!! 
To takie głupie... Nigdy nie zwracałam uwagi na roślinki...  Śmiać mi się chce jak sobie przypomnę jak moja Gusia mój kwiatowy ekspert w pracy rzucała jakimiś nazwami, a ja patrzyłam jak wryta  z wywalonymi oczami ...
A teraz... życie wszystko zweryfikowało... zachwycałam sie nad każdym kwiatuszkiem, każdą lilią wodną, każdym krzaczkiem... Nie zabłysnęłam tylko gdy na widok czarnego łabędzia powiedziałam: "Patrz !!! Jaka duża kaczka !!! ". Aż sama się teraz z siebie śmieje ale Hubi Bubi, aż zamarł na chwilę i popłakał się ze śmiechu ;-) No cóż w końcu jestem " miastowa". Obie babcie z okolicy nie wyjeżdżałam wcześniej na wioski ;-) Nadrabiam zaległości...
Szkoda tylko , że ten czas tak nieubłaganie pędzi... 
Nawet się człowiek nie obróci,a już mijają kolejne minuty, godziny , dni...
Zaraz pójdę spać, wstanę jutro i znowu z kluską w gardle zacznę odliczać dni do czwartku...
Gdyby tak dało się zatrzymać czas... ten cholerny czas...


Patrzę na te zdjęcia i sama nie mogę uwierzyć , że w mojej głowie noszę codziennie ze sobą dodatkowy bagaż...
Że to dziadostwo tam jest !!!
Żyje !!!
Zagarnęło cześć mojego mózgu !!!
No dlaczego  ???
Jakim prawem się pytam!!!
Czasami naprawdę udaje mi sie na chwilę, chwilunię zapomnieć, ale to tylko ulotne momenty jak te...
Zaraz przychodzi milion pytań... Co tam się dzieje ??? Czy urósł ??? Czy stoi w  miejscu ??? A może zmalał ??? Ciekawe czy ta ostatnia ewentualność jest w ogóle możliwa ...
Potem przychodzi szara i brutalna rzeczywistość...
Warto jednak żyć nawet dla tych chwil...
Żyje nadzieją , że będą trwać wiecznie...

czwartek, 16 sierpnia 2012

[21] ... DEJA VU... CZYLI POWTÓRKA Z ROZRYWKI ...

Jak to mówią smiech to zdrowie, dlatego dzisiaj nie zamierzam już nic innego robić.
Bo cóż mi pozostało tylko śmiać się z tego co chyba niedługo stanie sie tradycją ;-))
No ewidentnie szpital mnie nie chce !!!! Wypychają drzwiami i oknami ;-)
No jak to inaczej zinterpretować, nie da sie inaczej !!!
Jestemw domu !!!
I nie powiem żebym z tego powodu nie była szczęśliwa !!!
Wszystko zaczęło sie niewinnie... pobudka, szybka toaleta, szybkie śniadanie i 7.30 wyjazd co by po 8:00 zdążyć do przyjęcia...
Już sama kolejka do rejestracji mnie przeraziła... matko człowiek nie zdaje sobie sprawy z ogromu nieszczęść dopóki sam tego nie dozna... To straszne ilu ludzi choruje... młodych... starszych.. nie ma wyjątków.
No i doczekałam sie swojej kolejki, nie powiem nawet zgrabnie to wszytko poszło. Oprócz moich rodziców musiałam upoważnić Hubcia do udzielania mu wszelkich informacji o mnie co by chłopaczyna nie płakał jak
w zeszłym roku, że nic się nie może dowiedzieć ;-) Niech sie wykazuje !!!
I tak grzecznie czekałam pod gabinetem na swoja kolei... ale się nie doczekałam ... Godz. 09.30 zostaje wezwana na badanie krwi na cito... już mi się lampka zaświeciła, że jak to ???  ... po co ??? .... jeszcze mnie nie przyjęli i już męczą... Dalej boję się igieł i chyba już nigdy nie przestanę. Pobieranie krwi nie należy do moich ulubionych... Po pobraniu poczłapałam na oddział i tam w uroczej świetlicy oczekiwałam , aż ktoś mnie zawezwie. Wszystko trochę się przeciągnęło w czasie, ale w końcu po jakiejś godzince udało sie i zostałam poproszona do środka ...  Kiedy tylko usłyszałam od mojej Pani Doktor , że ma dla mnie dobre wiadomości odrazu wiedziałam o co chodzi i poczułam deja vu z zeszłego miesiąca: " przesuwamy Pani termin przyjęcia
o tydzień ". Śmiałam sie jak głupi do sera bo przecież , ze mną nie może być normalnie... zawsze coś ;-) No i żeby tradycji stało się zadość tym razem nie mogło być inaczej... Ale kurcze nie mogę powiedzieć , żebym nie była szczęśliwa... Dodatkowe tym razem 7 dni to dla mnie naprawdę ogrom czasu !!! Nawet teraz jak to pisze to mordka mi się cieszy ;-)) To takie banalne, a dla mnie takie niezwykłe ... jak to powiedział mój Anioł Stróż Nr 1 - szefowa to dobry znak, szpital mnie ewidentnie nie chce !! I całkowicie się z tym zaczynam zgadzać ;-) Ktoś tam z góry wysyła mi sygnały... Moje kruszyny czuwają nade mną... dziwne uczucie, ale takie prawdziwe.
W drodze do Gliwic znowu leciała piosenka Depeche Mode i odrazu pomyślałam o Dorci, to widocznie był znak od Niej :-) Znowu moja A. nie pozwoliła, żebym jutro nie była na mszy miesięcznicy za Nią !!! Wiedziała jak bardzo chciałam tam być ;-)) Przebiegłe są obie i czuwają cały czas blisko mnie !!!

Za tydzień zacznie się jazda... ale to dopiero za tydzień... przecież bezsensem byłoby żebym tam leżała
i patrzyła na to wszystko bezczynnie skoro lekarze z Monachium przylecą do mnie dopiero za tydzień !!!
Dzisiaj " tylko" rezonans i tydzień odpoczynku w ciepłym zaciszu ogniska domowego :-)
Jak to dziwnie brzmi " tylko" rezonans . Półtorej godziny leżenia w bezruchu z dwukrotnym podaniem kontrastu to naprawdę słaba przyjemność, tym bardziej, że wyniki będą również za tydzień.
Leżałam tam... modliłam się.. i odczuwałam jakiś dziwny spokój... próbowałam sobie wyobrażać, że tego " śmiecia" tam nie ma, że się pomału rozpada ,
a w jego miejscu powstaje nowa zdrowa tkanka...
Nie wiem czy zaczynam już z tego wszystkiego wariować, czy staje się to pomału moją obsesją ... Mam nadzieje, że te wszystkie zawiłości poprowadzą mnie do lepszego jutra...
Także po całym dniu , wymęczona, śnięta wróciłam z Baczkiem i Hubciem do domku. Co prawda nie obyło się bez rewelacji żołądkowych i nudności w drodze powrotnej, ale do tego już zdążyłam przywyknąć...
Panikarz jestem boję się ciasnych pomieszczeń, nie znoszę tam leżeć w bezruchu, jeszcze teraz kiedy to cholerstwo mi dokucza w brzuchu... kłuje ... ściska.... no i dodatkowo ten nieszczęsny kontrast, którego po prostu nie znoszę... Krwiak po wenflonie został i jeszcze przez kilka dni będzie mi o tym przypominać. Ale nie ma co narzekać !!!
Było minęło, a jeszcze wiele przede mną ...
Tak czy siak jestem przez chwilę szczęśliwa...


środa, 15 sierpnia 2012

[20] OBIECAŁ MI PORANEK SZCZĘŚCIE DZIŚ...

Zleciało...
Nawet nie wiem kiedy przeleciały te trzy tygodnie "odpoczynku".
Rach ciach i znowu jutro się zacznie...
Było dzisiaj trochę płaczu...
Przebudzenie rano, kluska w gardle i ten strach... spanikowałam.... Ja nie chce !!! Chce być w domu !! Z Mamunią, z Tatuniem, z Baczkiem i moimi bliskimi.... Nie chce tam znowu iść... Nie... bo nie !!!!! Łzy same popłynęły, nie tylko u mnie... Wpadłam z Mamuśką w małą, krótką histerię...
Nie ma co czarować.... lekko nie jest i nikt mi nie powiedział, że lekko będzie, trzeba to uczucie zdusić w zarodku...
Ale obiecał mi poranek szczęście dziś... Nie ma  nikt takiej nadziei jak ja... Bo życie jest piękne !!!!


Nie czekając na rozwój sytuacji wyruszyliśmy na cały dzień do Krakowa.... Matko jak ja kocham to miasto !!! Ten klimat , jego urok... Cudo....
Mówiąc brzydko nogi mi do d.... wlazły, ale musiałam na maxa wykorzystać ten ostatni dzień, ta namiastkę normalności... No nie wspomnę że wypad udany bo w doborowym towarzystwie ;-) co widać w załączeniu... komentować nie trzeba ;-)



Co tu dużo mówić potrzeba mi takich wyjazdów, takich małych odskoczni ... zapominajek...
No ale to co dobre szybko się kończy...
Ale przecież to tylko chwilowo, tylko na moment... Nie może być inaczej !!!
Przyszło mi znowu pakować walizkę... znowu to uczucie jakbym jechała na kolonie... Ta bieganina, sprawdzanie, sceny niczym sprzed 20 lat kiedy z utęsknieniem szykowałam się na kolonijny wyjazd do Łeby... To były czasy...
Wiem... wiem... nie ma co wspominać, roztkliwiać, trzeba przeć do przodu !!!
Długa droga przede mną , byle tylko zbyt kręta nie była  !!!
Zasypiam z nadzieja na lepsze jutro...


wtorek, 14 sierpnia 2012

[19] SZCZĘŚCIE...TO PO PROSTU ZDROWIE I ZŁA PAMIĘĆ

Tak...
Na krótką chwilę udało mi się zapomnieć, zapomnień o chorobie nawet w chwili kiedy ten cholerny dren nie daje za wygraną i dalej manifestuje swoja obecność...
Cały czas poszukuje sposobów , żeby oszukać samą siebie i nie myśleć o chorobie... czasami nawet mi to wychodzi... z mniejszym albo większym skutkiem ale ostatnio wychodzi... Ale dzisiejsza noc dała mi się we znaki... To był jakiś horror !!! Obudził mnie niesamowity ból oczywiście za sprawą mojego niewinnego przyjaciela w brzuchu. Codziennie daje o sobie znać, ale dzisiaj przeszedł już samego siebie. 4.00 rano i wyrwało mnie ze snu... z błogiego i słodkiego snu... Masakra !!! Ból nie ustępował dobrych parę godzin... parę ale jakże konkretnych. Wiedziałam jednak, że muszę sie zebrać i podążyć do moich ludków do pracy i tak o 12 jak na życzenie ból zaczął pomału ustępować. Cóż sprzedałam swój samochód, żal serce ścisnął ale jak mus to mus. Co innego sprzedawać samochód z myślą, że kupi się zaraz nowy lepszy a co innego teraz kiedy każdy grosz się liczy ... Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło , kiedyś jak wszystko sie ułoży kupie sobie lepszy !!!! A teraz niewiele, ale zawsze coś powiększył się budżet niezbędny na moje leczenie :-))
Kurcze, to chore ale stęskniłam się za swoją pracą !!! Za moją brygada i nie tylko... Wypiłam kawusie, pozałatwiałam resztę i trzeba było wracać... Ale przecież jeszcze tam wrócę ;-)) Na pewno !!!
Odliczam pomału dni, które mi zostały do 16 sierpnia. Znowu skończy się tymczasowa "sielanka"
 i zacznie cały ten koszmar... Ale przecież jest jeszcze połowa wtorku , cała środa to tak niewiele, a zarazem kawał czasu ;-) Zaczynam sama sobie już wmawiać i tego będę się trzymać, że to tylko powtórka z rozrywki i nie będzie gorzej niż w zeszłym roku !!!! Przeraża mnie tylko to, że wiem czym pachnie ten pobyt w szpitalu... nie jestem już taka wystraszoną , nieświadomą Kalusią z zeszłego roku tylko obeznaną, oczytana i trochę pocięta Karoliną... Nie , ja chyba nigdy nie będę Karoliną !!! Zawsze będę pokręconą Kalą !!! :-)))
I nie może być inaczej !! Bo niby co się zmieniło ?? Tylko jeden mały , nieistotny szczegół. Jeden nieproszony gość- intruz, którego mam zamiar się pozbyć. I to jak najszybciej, żeby nie tracić czasu.
Dzięki podpowiedzi pewnej istotki , dobrego duszka zamierzam zagłębić się w metodę wizualizacji.
Tak dokładnie wizualizacji, bo niby dlaczego nie ???
Zaczęłam od książki.... "Sekret"... niby banał... a jednak coś w tym jest. Czytam, czytam i włos czasami mi się jeży na głowie... A ma się już co jeżyć, z 1 cm już tego jest ;-) Szkoda , że nie na długo ale są !!! I znowu kolejna zagadka. Ja zawsze blondyna.... teraz czarna ;-)) odrastają i patrze w lustro nie wierząc , że to moje ...
a jednak... natura lubi zaskakiwać ...
Byle tylko tak zaskakiwała to będzie dobrze i będę szczęśliwa !!
Bo jak to mówią : SZCZĘŚCIE TO PO PROSTU ZDROWIE I ZŁA PAMIĘĆ !!!





poniedziałek, 6 sierpnia 2012

[18] ODROBINA NORMALNOŚCI...

Piątek, sobota, niedziela...odrobina normalności, namiastka zwyczajnej codzienności.
Dlaczego tak nie może być zawsze ??? ...
Wyłączyłam się na chwile z tego wszystkiego... Na chwilę udało mi się zapomnieć... Szkoda, że tylko na chwilę... Ale dobre i tyle, zawsze jakiś krok do przodu.
Zaczynam odliczać czas... 16 sierpień... zacznie sie gorący okres...przyjęcie na onkologię, badania, kolejna diagnostyka no i kolejne grzebanie w głowie w kolejnym szpitalu .... to już postanowione... Czy sie boję ???
Cholernie !!! Może dlatego, że wiem już czym to wszystko pachnie...
Myślałam, że już nigdy tego nie doświadczę ale jednak...
Byle tylko wyniki były dla mnie krzepiące, a nie w drugą stronę... nie nasiedziałam sie długo w domu, ale...
Wiem ,że mogę jeszcze wiele, sił mi przybywa i moc też będzie ze mną !!!! Byle do przodu !!!
Wyleżę się ile trzeba, wycierpię ale oczekuje pozytywnych skutków całej tej zabawy.

Sobota południowy wyjazd do Wisły dał sie trochę we znaki. Dren sie trochę zbuntował i zaalarmował, że był, jest i będzie obecny w moim życiu. To już zostało wpisane w mój życiorys. Ale co tam dałam radę. Zmęczenie mnie dopadło i te parę godzin na nogach dało o sobie znać. Ale trening czyni mistrza więc się nie poddałam.
Patrze na zdjęcie i nie mogę sie napatrzeć jaka  "zjarana" jestem ;-)
Przypominam sobie chwile kiedy byłam młoda i głupia ;-)  Jak biegałam po całym dniu na Pogorii doprawić sie jeszcze w solarium.
I zastanawiam sie po co ??
Nie znam niestety teraz odpowiedzi na to pytanie. Ale w końcu młodość swoje prawa ma...
Gdyby tak można było cofnąć czas...


Niedziela ...  gdyby sie dało kliknęłabym "lubię to".  Zdecydowanie jeden z nielicznych ostatnio mega fajnych dni. Było wycieczkowo...
Gidle... hmm... dla jednych zwykłe miejsce,a dla mnie co miesięczny mały cud. Msza za uzdrowienie chorych... Wczoraj minęła pierwsza moja rocznica wyjazdów do tego cudownego miejsca. Pierwsza ale nie ostatnia !!! Będę tam jeździć i prosić dopóki mi tchu nie braknie..
I te nasze rodzinne rytuały ;-) Wyjazd 10.30, w drodze postój na mała kawkę, dojazd na miejsce, msza, obiad w zaprzyjaźnionym zajeździe i wieczne niezadowolenie Hubcia , że cos jest nie tak :-) a to kotlet za mały a to za suchy ;-)  Dobrze, że do mojego gotowania nic nie ma ... a może ma.. ale o tym głośno nie mówi...  A kuchara ze mnie niezła tyle , że leniwa ...
I droga powrotna postój w Częstochowie... , kawusia, ciacho ( nie dla mnie oczywiście) ale nawet Papa ze swoja cukrzycą dostał ode mnie dyspensę...
I tak strzelił kolejny dzień nie wiadomo kiedy, ale wiadomo jak.
Więcej... więcej takich chwil jak te!!!!



Niby takie banalne, a sprawia mi tyle radości..
Nie dostrzegał człowiek wcześniej takich ulotnych chwil, a teraz...
Sama się sobie czasami nie mogę nadziwić jakie rzeczy sprawiają mi przyjemność.
To prawda , że w obliczu tragedii,w chorobie człowiek pokornieje, doszukuje sie i dostrzega różne znaki... Chyba nie odkryłam nic nowego... ale to prawda...
Tęskni mi się za moim dawnym życiem...







wtorek, 31 lipca 2012

[17] WCIĄŻ CZEKAM NA LEPSZE WIEŚCI...

Trzymam się jeszcze w pionie
Wiem, że muszę , nie tylko dla siebie ale dla moich bliskich...
Dzisiejszy dzień nie przyniósł niestety dobrych wiadomości.
W sumie czekałam na telefon z onkologii, a kiedy tylko zadzwonił drżałam z przerażenia...
Cóż, mój mózg nie odpocznie za długo... Już chyba mam to wpisane w swój życiorys.
Dzisiejszy " kominek radiologiczny" zaniepokoił obraz mojego ostatniego rezonansu... W sumie dowiem się w czwartek wszystkiego , ale wstępnie wiem, że konieczne jest powtórzenie zeszłorocznej biopsji, żeby potwierdzić albo wykluczyć czy ten piekielny SYF nie zezłosliwiał jeszcze bardziej. Są pewne niepokojące przesłanki w obrazie radiologicznym...
Wszystko się we mnie kłębi w środku, na moment straciłam kontakt z rzeczywistością.
Dostałam kolejnego strzała prosto w twarz !!!
W sumie nastawiłam się już psychicznie , na te naświetlania ale opcji że może to być już glejak IV stopnia nie brałam w ogóle pod uwagę.
Wiem, że nie powinnam na razie sobie tego przybierać do głowy. To na razie niepotwierdzone przypuszczenia, ale co zrobię jeśli okażą sie prawdziwe???
No co ???
Sama myśl o kolejnym grzebaniu w głowie mnie przeraża... Dopiero co zaczełam dochodzić do siebie... i co ??? ...
I znowu ten czas... który mnie goni nieustannie, a wszystko takie pomieszane i nieuporządkowane. Niby coś się dzieje, a z leczeniem ciągle stoję w miejscu. 19 sierpnia minie przecież dwa miesiące od ostatniego rezonansu , który wykazał progresję... 
Skąd brać na to wszystko siły ???
Wszyscy naokoło mi powtarzają będzie dobrze, musi być, nie ma innej opcji ale co innego człowiek może powiedzieć choremu... no nic...
Przetrwam wszystko, każdy ból ale proszę tylko o malutki cień nadziei ... wypatruje maleńkiego światełka w tym ciemnym tunelu.
A co widzę ??
Na razie tylko czarną wielką otchłań.
Czekam co przyniesie sądny czwartek...
Dziewczyny !!!  Nie czekajcie na mnie na górze, ja jeszcze muszę tu zostać...


poniedziałek, 30 lipca 2012

[16] PRZETRWAĆ KRYZYS... ZNALEŹĆ ZŁOTY ŚRODEK...

Spać nie mogę...
To już , któryś dzień z kolei i jest mi z tym coraz ciężej...




Z każdym dniem uświadamiam sobie jak kruche jest życie i jak mało w  nim osiągnęłam... jak niewiele zrobiłam... Przykre, ale prawdziwe... i te ciągłe pytania czy jeszcze zdążę ??? ...
Jak mam sie nie poddawać ??? Jak walczyć kiedy los tak mnie ostatnio doświadcza...
Tak bardzo pragnę przerwać to pasmo ostatnich nieszczęść tylko nie wiem jak...
Co ja bym dała, żeby móc się jutro obudzić i znaleźć złoty środek... Tylko jak to zrobić ???
Czuje dzisiaj ogromną pustkę, ogromny żal, pretensje do całego świata... Buntuje sie już nie tylko moje ciało, w którym zagnieździł się pasożyt, ale buntuje się przede wszystkim moja dusza.
Wszyscy chcą widzieć we mnie bohaterkę,  która idzie do przodu z podniesioną głowa i się nie daje. A to tylko zwykła , zatrwożona ja... Żadna ze mnie wojowniczka, a zwyczajny tchórz... Strasznie się boję ... nienormalnym byłoby gdybym się nie bała.
Najgorsze jest poczucie, że życie toczy się dalej. Ktoś obok się raduje, weseli, planuje a ja żyje od roku a teraz tym bardziej z dnia na dzień.
Stałam dzisiaj nad grobem Dorci , patrzyłam , słuchałam i czułam , że odeszła razem z nią  pewna cząstka mnie.
I dzisiejsza data 30 lipiec... to byłyby 31 urodziny mojej Ani. Wiem, że tam ktoś na górze wiedział co robi, ale trudno pogodzić się z tym faktem , kiedy w jednym dniu po raz kolejny człowiek uświadamia sobie, że dwóch jakże ważnych i bliskich dla niego osób już nie ma. Za chwilę przychodzi paniczny lęk o siebie. 
Stojąc dzisiaj nad grobem Dorci i zapalając świeczkę nad grobem Ani przez chwilę przemknęła mi myśl , że po coś tu jednak jeszcze zostałam. Mam do spełnienia ważną misję i one dwie liczą i czuwają nade mną. Bo jakże to inaczej wytłumaczyć, że dwie osóbki które pocieszały mnie w mojej chorobie, krzepiły i zapędzały do walki odeszły, a ja nadal jestem...
Nic nie dzieje się bez przyczyny...
Próbuje się cieszyć tym co mam, ale coś opornie mi to ostatnio wychodzi. Czas się jakoś dziwnie zatrzymał. Czuje , że stoję w miejscu... a czas mnie tylko goni.
Najgorsza jest  świadomość, że jest jakiś plan , któremu muszę sprostać , który muszę wykonać !!! Gdzieś tam daleko czeka na mnie być może jakiś ratunek... szansa na normalne życie, bez choroby bez tego całego cyrku. Dostrzegam w tym całym zamieszaniu światełko w tunelu i wielką szanse dla siebie. Jednak to wszystko chociaż robi się coraz bardziej realne na ta chwilę jest jeszcze nieosiągalne.
Dopadł mnie mega kryzys i słowa " będzie dobrze" już do mnie na tą chwilę nie docierają. Nie poddałam się, ale opadłam już dzisiaj z sił.
Wiem, że po nocy przychodzi dzień ale u mnie te noce nie chcą ostatnio mijać.
Mam nadzieję, że w końcu wyjdzie i zaświeci dla mnie słońce..

piątek, 27 lipca 2012

[15] KRZYCZĘ...WIĘC JESTEM...

Kolejny zwykły dzień, a przyniósł kolejne złe wiadomości...
To już chyba jest wpisane w moje życie, że nie mogę za długo być szczęśliwa, radosna, uśmiechnięta...
Tak było i dzisiaj...
Szybka poranna mobilizacja... raz , dwa i hasło: " Jak dobrze byłoby mieć włosy !!! " Cóż nie jest to marzenie, którego w dzisiejszych czasach nie dałoby się spełnić. Pełna mobilizacja Bączka i wyruszyłyśmy w poszukiwaniu mojej upragnionej  fryzury. Chciałam dzisiaj ładnie wyglądać w końcu to 27 lipiec i 33 urodziny Hubiego. Planowałam, że ten dzień będzie inny niż ostatnie, niestety jak zwykle nie wyszło. W drodze powrotnej już w pełnym owłosieniu w kolorze blond poczułam  niemoc. Chwilę przed wydawało mi się , że mogę góry przenosić. Nic bardziej mylnego, to było chyba złudzenie optyczne... Brak sił dał o sobie znać i tyle było z mojej wyprawy. Nie mniej jednak szczęśliwa wróciłam do domu. Ciągle wydaje mi się, że wszyscy ludzie na mnie patrzą i wiedzą, że to co mam na głowie to nie moje !!! Ale patrząc na siebie w lustro, szybę w samochodzie czułam się sobą , taka prawdziwa JA sprzed roku, sprzed choroby. I co ?? niech ludzie wiedzą i patrzą wiem , że to peruka .Gdyby nie fakt, że czacha mi prawie dymiła z gorąca to byłam Ja taka stara dawna Kala...


Zapomniałam... znowu zapomniałam, że naprawdę jestem chora... to była tylko chwila, ale jaka beztroska i taka prawdziwa... Było i szybko minęło...
Czar prysnął jak bańka mydlana, kiedy tylko przekroczyłam próg domu i zobaczyłam mine mamuśki. Ostatnio wystarczy , że tylko na nią spojrzę i bez zbędnych słów wiem , że chce mi przekazać coś złego... Tym razem nie było inaczej...
Mój Niuniul... Dorcia... odeszła na zawsze... dzisiaj , kiedy ja niczego nieświadoma i pełna dobrego humoru jechałam w poszukiwaniu swojego nowego - starego Ja...
Piszę i krzyczę i tylko dlatego wiem, że ciągle jestem...
Już nawet zapomniałam o tym , że niezbyt dobrze się czuję.
Ciągle o Niej myślę , o naszych zeszłorocznych nocnych, szpitalnych rozmowach, o naszym podjadaniu kabanosów i czekolady w środku nocy. Nigdy nie zapomnę tego widoku i naszego śmiechu, kiedy o 2:00 w nocy obudził mnie sterydowy głód  i nie pozwolił juz zasnąć... Dreptałam wtedy do szpitalnej lodówki na korytarzu i wyciagałam wszystko co miałam. To wtedy Dorcia solidarnie albo zwęszyła swoim noskiem zapach jedzonka wyrwała sie ze snu i wręcz zażądała podziału zdobytym jedzeniem . Wyjadłyśmy wtedy wszystko co było.. Smak kabanosa przegryzanego goją w czekoladzie i czekoladą z toffi... bezcenne...
Słysze jej głos w telefonie... wspominam nasze plany... wspólny wyjazd do Kazimierza Wielkiego...
I ta piosenka , która zawsze będzie mi sie juz z Nią kojarzyć...


Ból rozrywa mi znowu serce... Szukam w tym Bożym Planie jakiegoś sensu...
Nie znajduje odpowiedzi...
Śpijcie i czuwajcie nade mną moje dwa Aniołki...
Wiem, że muszę teraz walczyć ze zdwojoną siłą... dla Dorci i dla mojej A.
Ktoś musi przecież przerwać tą falę nieszczęść , te niezbyt udane żniwa ...
Może to będę Ja ...