Brak sił...
Totalny brak sil i totalna bezradność, lęk strach przed tym co przyniesie przyszłość...
Ostatnio życie zaskakuje mnie coraz częściej.... Niestety nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Dni mijają jak oszalałe, a złych myśli w mojej głowie nieskończona ilość.
Od kilku dni nie potrafię się pozbierać... ogarnąć tego wszystkiego... pojąć...
Strach wziął górę... zawładnął moim życiem ...
Cały czas... cały czas pod górkę !!!
Nadszedł słynny czwartek...
Ze ściśniętym gardłem pojechaliśmy silną ekipą na onkologię.
Tak jak wcześniej zostałam do tego przygotowana zapowiadał się tam długi pobyt... Wszystko poszło dosyć sprawnie i już za chwilę leżałam na łóżku w trzyosobowej sali na piątym piętrze... Nie wytrzymałam napięcia... emocje wzięły górę. Tak bardzo chciałam być twarda, odważna i silna.
Dla mojej Mamci , Tatka , Hubiego... Nie wytrzymałam, rozpakowując rzeczy wybuchłam... Nie mogłam powstrzymać łez, trzęsłam się ze strachu błagając rodziców żeby mnie stamtąd zabrali ....
Tam z każdego zakamarka wyłania się rak... jest wszechobecny i nie ma jak przed nim uciec... Nie sposób choćby nie wiem jak człowiek się starał...
Sparaliżowana strachem czekałam na dalszy rozwój wydarzeń... Nie mogłam myśleć o niczym innym jak o wyniku rezonansu wykonanego tydzień temu... Czas się niemiłosiernie dłużył , a Pani doktor nie przychodziła... W końcu zostałam sama... Po całym dniu moja eskorta odjechała, wiedziałam, że wiecznie ze mną nie będą... W końcu po paru godzinach poznałam wynik rezonansu... Niby układ komorowy uległ normalizacji , czyli zastawka działa prawidłowo ale wymiary guza.... 30 x 25 mm ,a dwa miesiące temu było 26 x 26 mm. Ale najgorsze miało dopiero nadejść...
Plan sytuacyjny przedstawiał się następująco: piątek rano seria badań krwi, prześwietlenia,
w poniedziałek badanie PET i lekarze z Monachium, wtorek transport na zaprzyjaźnioną neurochirurgię, środa biopsja mózgu... W sumie nic nowego przygotowywałam się do tego już od trzech tygodni, tyle czasu zajęły same procedury, sprowadzenie znacznika do badania PET, ustalenie terminu biopsji itp.
Nawet nie wiem kiedy padłam jak mrówka... Nie wiem jak mi się to udało, ale przespałam jak zabita calutka noc...
Dzień drugi... piątek....
Wczesny ranek i badania krwi, tyle fiolek to ze mnie jeszcze nigdy nie spuścili.... ale równocześnie tak bezboleśnie dawno się nikt w moje żyły nie wkłuwał, muszę przyznać że pełna perfekcja ze strony siostry. Opieka naprawde na najwyższym poziomie, wszyscy mega mili, przyjaźni uczynni troskliwi...
Po śniadaniu opadłam z sił, dość szybko jak na mnie, ale ostatnio długo podsypiam... sił brakuje, męczę się, nieprzyzwyczajona jestem do takiego stanu i nie powiem żebym byla z tego faktu zadowolona.
Dziwne uczucie ale czuję, że tam coś w głowie mi siedzi...
Nie ma chwili żebym ostatnio o tym nie myślała, zaczynam pomału wariować...
I tak pospałam ładnych parę godzin ... to mi ostatnio najlepiej wychodzi ale ciągle odczuwam zmęczenie. Po przebudzeniu moje " współlokatorki" poinformowały mnie , że była u mnie Pani Doktor... Ale że słodko spałam nie chciała mnie budzić... Podreptałam w jej poszukiwaniu bo w głębi duszy czułam, że coś się stało...
Zawsze przecież coś się dzieje , więc dlaczego teraz miało być inaczej ???
Żeby zbadać sprawność mojego " chorego mózgu" przeszłam testy sprawdzające i o dziwo dostałam 30 punktów na 30 możliwych. Jak dla mnie w jakimś stopniu sukces, pomimo tego guziora jeszcze jestem sprawna intelektualnie...
Kiedy szykuje się już do wyjścia nagle Pani doktor prosi żebym jeszcze siadła bo chce ze mną porozmawiać... To nie zabrzmiało dobrze ... I co ?? I nagle okazuje się, że dalszych badań nie będzie, że neurochirurdzy nie podejmą się już biopsji, zbyt duże ryzyko... ja tego zabiegu nie przeżyje ... Myślałam, że zemdleje, pociemniało mi w oczach, oddech przyspieszony i totalna burza w mózgu... Mam teraz żyć ze świadomością, że guz rośnie, prawdopodobnie zezłosliwiał i nie mogę się dowiedzieć co to za stopień i jak z nim dalej walczyć ???!!! A co jeśli to czwórka ??? Najgorszy z najgorszych !!!
Tego nie dowiem się już nigdy !!! Nikt nawet nie wspomniał trzy tygodnie temu , że biopsja jest niemożliwa... Ja sama nie brałam nawet pod uwagę, że guz może przeszedł transformację...Tak mi zasugerowano , przekonywano , że biopsja jest konieczna,że konsultowano z neurochirurgiem, a teraz co nagle się nie da ??? Jak mam z tym żyć ??? Odechciało mi sie wszystkiego....Zaczynam zapominać jak to jest być zdrowym, szczęśliwym... Nic ale to nic mnie nie cieszy... nie potrafię się pozbierać... Pozostają mi tylko na tą chwilę naświetlania i tu w Polsce na tym koniec. Cóż nie mam wyjścia nie pozostało mi na ta chwile nic innego... Ale to nie koniec "dobrych" wiadomości. Powalił mnie z nóg termin radioterapii !!! 20 wrzesień !!!! Przecież to za miesiąc !!! Nie nie mogłam w to uwierzyć, nie dość że czekam już dwa miesiące odkąd ten GAD się ruszył, to mam czekać jeszcze kolejny ???
Tego było już dla mnie za dużo... Piątek 24 sierpnia 2012 przejdzie dla mnie do historii... Miałam wrażenie że wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie i byłam z tym wszystkim sama ... Nie zdążyłam jeszcze poinformować moich bliskich o tym wszystkim, nie wiedziałam jak... jedynym pozytywem był fakt, że udało się wynegocjować termin naświetlań na 5 września... chociaż tyle w tym całym bajzlu... no bo coś trzeba z tym gnojkiem robić... czegoś próbować... jak widać samym dobrym nastawieniem nie udało mi się go powstrzymać... Miałam jeszcze weekend przeleżeć po to żeby w poniedziałek zrobić tomograf i maskę i wyjść znowu na trochę do domu bo procedury przygotowawcze przecież trwają !!!
O nie !!! Nie chciałam zostać w tym miejscu przez weekend ze świadomością, że w poniedziałek mam wyjść. Do Gliwic nie mam tak daleko i mogę dojechać na zrobienie tej cholernej maski. Wszyscy zgodnie przystali na moja propozycję i w piątek dostałam zgodę żeby wrócić do domu z zaleceniami zgłoszenia się w poniedziałek na TK i maskę... Nie miałam jeszcze pojęcia jak tam dojadę ale skłonna byłam przyjechać nawet sama pociągiem wcześnie rano byle już znaleźć się w domu...
Kolejny motyw... nie odebrałam walizki bo wydaja do 15:00, a ja się zameldowałam 15:03 .
Ale ten fakt to już mnie rozbawił, Pani siedzi ale nie wyda bo czas minął.
Normalnie to wyszłabym z siebie ale wiedząc, że w poniedziałek się tu melduje na chwilę odpuszczam
i śmiejąc się przez łzy wychodzę i czekam na Huberta. Wydawało mi się, że minęła wieczność no ale przecież nikt nie był na to przygotowany, że właśnie dzisiaj wychodzę.
Droga powrotna była straszna, nie potrafiłam się odnaleźć zresztą nie potrafię do dnia dzisiejszego...
Hubi chcąc mnie trochę rozweselić w drodze powrotnej zabrał mnie na lotnisko do Pyrzowic.
On wie jak lubiłam i dalej lubię pic kawkę i oglądać startujące i lądujące samoloty. Pomimo tego, iż tak bardzo się ich boję, tak panicznie boję się latać to uwielbiam patrzeć jak startują i lądują.
Siedziałam tam taka przybita i zadawałam sobie ciągle jedno pytanie... Jak to jest, że takie coś unosi się w powietrzu, że człowiek wymyślił sposób żeby wznieść się w przestworza .. tyle ton... a nie wynaleziono jeszcze cudownej pigułki na raka...
No i oczywiście nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie...
I tak wypluta na maxa dotarłam do domu, wtuliłam się w mamuśkę i poszłam spać...
Kolejny dzień...sobota...
Cały dzień przespałam... nawet oglądanie TV mnie totalnie męczyło. Kolejny stracony dzień...
Niedziela...
Obudził mnie potworny lęk i w dodatku ból, ruszyć się nie mogłam. Dren dawno się nie odzywał i nagle sobie o mnie znowu przypomniał... było parę dni spokoju. Pogoda pod psem... pada... odczulam dziwna potrzebę odwiedzić Jasna Górę. Myślałam, że się nie zwlekę, ale ból po paru godzinach popuścił i jakoś poszło... Z tej niemocy i bezradności chodziłam dzisiaj bez chustki... Było mi już obojętne... a może przełamałam pewien wstyd ??? Nie wiem...W sumie wstydzić się nie ma czego ale... Lewa strona wygląda znośnie ale prawa trochę gorzej... Przebijająca zastawka i nie wiedzieć czemu słabo rosnące włosy po prawej stronie przypominają mi o całym tym koszmarze...


Przekraczając bramę kościoła czułam znowu niesamowity ścisk w żołądku, łzy cisnęły się na polika. Stałam tam wśród tych setek ludzi i czułam się przez chwile szczęśliwa. Nie dotrwałam do końca mszy... pociemniało mi w oczach... serce myślałam, że wyskoczy... słabość....zawroty głowy... trzeba było wyjść na powietrze. Ale udało mi się... udało mi się usłyszeć jedną , najważniejszą rzecz : nie zawsze od razu dostajemy to o co prosimy, na wszystko trzeba czasu...
Muszę więc czekać na swój czas...
Może to dobry znak , że wszystko tak się potoczyło...
Może w końcu los się do mnie uśmiechnie ???
Czy wytrwam ???
Niczego więcej nie pragnę...