Potworny strach wkradł się w moje życie , a czas tak galopuje , że ledwo rano otwieram oczy, a już zamykam je wieczorem...
2 luty 2013 godz. 7:45 start z Okęcia ... start po lepsze jutro ... start po życie ... przystanek w Houston...
Rozpoczęło sie odliczanie ...
Wczoraj dopadł mnie mega kryzys. Oczy odmówiły mi posłuszeństwa i wylałam morze łez ...
Strach, bezsilność, niemoc ...
Nie lecę tam na wycieczkę, ale po to by żyć !!!
Tak bardzo wierzę w to, że się uda ...
A jak to powiedziała moja kuzynka WIARA GÓRY PRZENOSI !!!!
Nadzieja mnie nie opuszcza, ale strach paraliżuje do reszty ...
Szale goryczy przelała wizyta u Dziadzia w szpitalu :-(
Udało Nam sie wśliznąć na chwilę na oddział chociaż panuje zakaz odwiedzin ze względu na szalejącą grypę...
Leżał taki biedny, wymęczony... bez nogi ... :-(
Wszystko tak szybko się posypało ... choroba, szpital , amputacja ... Dopiero co przezywaliśmy małe zwycięstwo- wyniki Mamuśki, to kolejny cios ... za dużo tego wszystkiego, stanowczo za dużo !!!
Cały czas mam w pamięci obraz z wesela mojego kochanego Kuzyna prawie Brata, kiedy to wywijałam z Dziadziem na parkiecie... Ja jeszcze niczego nieświadoma okaz zdrowia i mój kochany. Dziadziuś ...
Rok później mieliśmy zatańczyć u mnie, nie zatańczyliśmy ... 9 miesięcy później rach, ciach i dowiaduje się że mam "OBCEGO" w głowie.
A teraz "OBCY" sie rozprzestrzeniania i na dobre rozgościł sie nieproszony w moim mózgu, a Dziadziuś ... Dziadziuś stracił nogę ...
Jakoś na tańce się w najbliższej przyszłości nie zanosi i ciężko będzie to jakoś zorganizować ...
To wszystko nie tak miało wyglądać, nie taki był scenariusz ...
Nie zgadzam sie !!! Nie chcę !!!
Tak bardzo sie tego wszystkiego boję ... tak bardzo boje sie co przyniesie przyszłość ...
Całą wczorajszą noc oka nie zmrużyłam ... Zmogło mnie po 5:00 gdzie po 6:00 trzeba było się zwlec z łóżka...
Ale bez przygód jak zwykle sie nie obyło ...
Droga była koszmarna ... marznąca mżawka spowodowała, że droga do Krakowa, która zwykle zabiera 50 minut wydłużyła się do 1, 30 h !!!
Dzisiejsza wizyta w Konsulacie mnie po prostu wykończyła ...
Zdążyłyśmy rzutem na taśmę ...
W sumie to nie wiem jak Nam sie udało. Byłyśmy na miejscu 8:33 ... Stres, nerwy wywołały u mnie fale wymiotów. Nie omieszkałam zaznaczyć swojej obecności pod samym konsulatem pozostawiając tam część swoich wnętrzności ...
Świat wirował mi wokół, byłam zielona na twarzy, wchodząc tam ledwo ciągnęłam nogi za sobą ...
Rozmowa z konsulem... mega ciepły człowiek, taki ludzki, troskliwy ...
Cóż... nie ma co zgrywać bohatera... Emocje wzięły górę... człowiek nie wytrzymał i się rozkleił... w sumie ostatnimi czasy dość często mi się to zdarza...
Dzisiaj do mnie to wszystko dobitnie dotarło ...
Wycieńczona padłam po południu w domu jak kawka ... przespałam całe po południe i dużą cześć wieczoru ...
Ze snu wybudził mnie ksiądz !!!
Myślałam, że śnie !! Ale spokojnie nie przyszedł jeszcze do mnie z ostatnim namaszczeniem i wierze, że jeszcze długo nie będzie musiał...
Przyszedł z kolędą ...
Kurcze dawno nie usłyszałam tyle mądrych i ciepłych słów co dzisiaj ... To dało mi dodatkową moc...
Teraz muszę magazynować w sobie nowe pokłady sił... będą mi teraz cholernie potrzebne ...
Nie zawsze możesz mieć co chcesz
Choć gonisz tak że brak ci tchu
Gdy wszystko nagle traci sens
Wciąż może być dobrze dobrze dobrze!
W sumie wiem już od wczoraj... Na nic się zdało moje odwołanie w ZUS-ie. Komisja ponownie stwierdziła, że jestem całkowicie niezdolna do pracy i mogę złożyć wniosek o rentę ...
Cóż było robić... Odebrałam ta cholerną decyzję ... zwlekłam sie dzisiaj
i poczłapałam do "mojej" pracy... No cóż trzeba jakoś dalej pchać ten wózek ...
Przekroczyłam dzisiaj próg "mojego" urzędu i nie wytrzymałam napięcia...
Łzy same płynęły mi po polikach, serce waliło jak oszalałe, napięcie sięgnęło zenitu ...
Kiedy zobaczyłam swoich ludków , swoje krzesło, swoje biurko...ciężko to wszystko ubrać w słowa i opisać... I moja niezastąpiona dobra Szefowa, jeden z moich Aniołów Stróżów, która jest ze mną od samego początku tej pieprzonej wojny... Siedziałam dzisiaj patrzyłam na Nią i uświadomiłam sobie, że była pierwszą osoba która dowiedziała sie, że jestem chora... I wiem jedno, to że znalazłam sie w tym miejscu otoczona tymi ludźmi to nie był przypadek, to była i jest dla mnie niesamowita nagroda... Spędziłam tam 5 naprawdę cudownych lat swojego życia ...
Dzisiaj uzmysłowiłam sobie jak to wszystko się pochrzaniło... Jeszcze dwa lata temu o tej porze żyłam przygotowaniami do swojego ślubu... czekałam co też wymyśli moja słynna brygada RR ... czym mnie zaskoczą, bo na pewno by tak było... A dzisiaj... dzisiaj pakowałam swoje rzeczy i nie byłam w stanie praktycznie o niczym myśleć... emocje dopiero całkiem opadły kiedy wróciłam do domu. Wtuliłam się w Mamuśkę i jak za czasów z dzieciństwa płakałam głaskana przez Nią po głowie ...
Wizyta w Bydgoszczy na wariackich papierach. Centrum Onkologii pokaźne ale tak jak Onkologia w Gliwicach zadziałało na mnie paraliżująco...
Ktoś, gdzieś, kiedyś mi powiedział, że Bydgoszcz jest tyci tyci od Dąbrowy :-) No cholera nie mogę się z tym zgodzić. Podróż dłużyła się niesłychanie. Badanie zresztą też, a samopoczucie po do najmilszych nie należało... Wyniki przyjdą w przyszłym tygodniu ... Juz nawet nie zastanawiam się co w nich będzie ...
O Matko !!!
Jaka ja jestem tym wszystkim już zmęczona ... naprawdę cholernie zmęczona ...
I wiadomość z ostatniej chwili 4 lutego o godz 09:30 czasu amerykańskiego jak dobrze pójdzie mam się zameldować w klinice w Houston. Mam nadzieje, że wszystko pójdzie z planem. A zaplanowana na najbliższy piątek wizyta w konsulacie amerykańskim w Krakowie nie przysporzy kolejnych niemiłych niespodzianek !!!
Bo tych zdecydowanie mam już dość ...
Gdzie jest ta siła ???
I skąd Ją brać ???
Skąd tyle wiary ???
By mocno stać ...
Czas znowu przyspieszył ... I ciężko to wszystko ogarnąć... tyle się dzieje ... Niech sie dzieje, byleby prowadziło w odpowiednim kierunku... A jak będzie ??? Czas pokaże ...
Jeszcze się dobrze nie zaczęło, a ja jestem już tym wszystkim okrutnie
zmęczona ...
Dokumenty z kliniki już wyszły, papiery w konsulacie złożone czekamy na termin rozmowy w Konsulacie w Krakowie. Mamy nadzieję , że na początku tygodnia uda się już coś ustalić...
Najbliższy poniedziałek.... kierunek Bydgoszcz... badanie PET mózgu...
Matko ile czasu mi to zajęło, żebym mogła to badanie w trybie pilnym wykonać tu w Polsce. Lekarze z USA żeby ciąć moje koszty sami zaproponowali żebym wykonała to badanie w Polsce bo jest ponad 4 razy tańsze niż u nich. Jestem im za to wdzięczna ale nikt nie sądził, że będzie tyle problemu żeby prywatnie to badanie u nas załatwić. Obdzwoniliśmy pracownie PET w całej Polsce i znacznik tyrozyna, który wykorzystywany jest w badaniu PET mózgu jest tylko w tej chwili w Bydgoszczy. Cudem udało mi się ustalić termin badania na najbliższy poniedziałek bo następny termin dopiero za miesiąc !!! Koszt badania bagatela marne 5 tyś. złotych ... no ale na pewno mniej niż 6 tyś dolarów. Na tym etapie to dla mnie bardzo dużo zaoszczędzonych pieniędzy...
Telefon do ZUS-u w czwartek niczego nie rozjaśnił w mojej głowie. Dalej nic nie wiem, moja sprawa nie została jeszcze rozpatrzona. Mam dzwonić w najbliższym tygodniu... No na pewno nie omieszkam... Ale to czekanie...
to czekanie mnie już po prostu wykańcza ...
Niby wszystko zmierza we właściwym kierunku i mamy taka nadzieję , że w pierwszym tygodniu lutego uda się wylecieć ale to wszystko bardzo ciężkie jest dla mnie i moich bliskich do ogarnięcia ...
To takie moje pobożne życzenia ... i miejmy nadzieję , że tak będzie...
Co tu dużo mówić , czas dla Nas chorych nie jest niestety sprzymierzeńcem...
Wszystko wydaje sie takie proste, a w rzeczywistości tak niestety nie jest.
Mam tylko nadzieję, że chociaż w konsulacie nie czeka na mnie jakaś niemiła niespodzianka i wszystko pójdzie sprawnie. No ale cholera w moim przypadku to się już można wszystkiego spodziewać.
Ale cicho sza !!!
Nie wiem naprawdę nie wiem jak to wszystko będzie ;-( ...
Strach mnie paraliżuje ale jest tyle życzliwych osób wokół mnie.
To przecież nie może się nie UDAĆ !!!
A ja ... ja tak bardzo chce żyć... a życie jest tak proste a zarazem takie trudne ...
Chociaż to dopiero pierwsza pozytywna wiadomość, to wywołała niemały uśmiech na mojej twarzy.
Ileż było łez...ale łez szczęścia !!!
Jest wynik Mamuśki. Wycięte paskudztwo było łagodnym włókniakiem... Wykonane USG potwierdziło, że jest czysto i teraz tylko kontrola za pół roku...
Tak strasznie sie bałam, ciągle zadawałam sobie pytanie ile jeszcze zdołam znieść...
I te słowa wypowiedziane kiedyś przez Nią, że chciałaby przejąc moje choróbsko żebym mogła być zdrowa...
A ja ... ja nikomu nawet najgorszemu wrogowi nie chciałabym podarować mojego pasażera...
Musze się go sama pozbyć, nie obciążając nikogo wokół...
Trzymam sie jakoś w pionie choć ostatnio bywa ciężko...
Czy to jakiś dobry znak ???
Czy teraz będzie już tylko lepiej ???
Czekam z niecierpliwością na wieści ze Stanów, na sygnał do startu z kliniki... Przebieram nóżętami i z olbrzymia nadzieją czekam co przyniesie przyszłość ...
Hucznie w Sylwestra to u mnie w tym roku nie było...
Pierwszy raz od czasów podstawówki spędzałam Sylwestra w domu przed telewizorem, ale nie krzywduje sobie... Cisza, spokój, łóżeczko, kocyk ... no niestety tłoczno trochę było, biorąc pod uwagę mojego " niechcianego dziada " w głowie ... czekałam do północy i od tego momentu cały czas marzę... marzę , że ten rok będzie lepszy ... Nie żądam zbyt wiele, oby tylko nie było gorzej, a jeśli ktoś tam na górze sprawi , że będzie ciut lepiej to będzie dla mnie największe szczęście... szczęście o jakim się nie marzy !!!
Dzisiaj znowu stresujący dzionek... ponowna Komisja Lekarska zawezwała mnie " na dywanik" do Chorzowa. Byłam w mega szoku, że tak sprawnie i szybko ustosunkowali sie do mojego odwołania i już dzisiaj miałam powtórne wezwanie.
Próbowałam być spokojna no ale niestety moje próby poszły na marne...
Stres znowu wziął górę !!!
W silnym składzie wyruszyliśmy w kierunku Chorzowa.
Komisja w trzyosobowym składzie... Muszę przyznać, że dość miłe towarzystwo no ale co z tego mojego odwołania wyniknie to zobaczymy. Nie uchylili rąbka tajemnicy, mam czekać cierpliwie na decyzje w domu.
Przyjdzie pocztą...
No to czekam !! Bo cóż innego mogę zrobić... nic tylko czekać ...
Teraz było zupełnie inaczej... pełny wywiad... pełne badanie.. Wszystko tak jak być powinno
Co będzie ... zobaczymy... czekam... czekam... może się doczekam...
Może wiadomości będą pomyślne i to zapoczątkuje falę mojej dobrej passy w tym roku ???
Czegóż więcej mi trzeba ....
Z jednej strony marzyłam,żeby już się skończyły najlepiej byłoby je przespać,
a z drugiej prosiłam w duchu żeby trwały wiecznie ...
Nie tak to wszystko miało być... zupełnie nie tak ...
Ale było minęło i czasu już nie cofnę...
Brnę do przodu póki jeszcze mogę ,bo cóż innego mi pozostało ...
Zbliża się Nowy Rok, a z nim nowe nadzieje .... nadzieje na lepsze jutro ...
Ruszyła machina w USA ... ruszyła pełną parą...wszystkie dokumenty wysłane , wszystkie papiery przygotowane ...
Pozostało czekać, jedyna pewna rzecz ostatnio w moim życiu to właśnie ciągłe czekanie...
Czekam na termin w konsulacie odnośnie wizy, przebieram nogami i próbuje sobie to wszystko poukładać w mojej głowie... Jakoś to na pewno będzie ... a jak , to już czas pokaże...
W moim serduchu tli się na nowo nadzieja przyćmiona strachem ale nie przestaje wierzyć, że szczęśliwej drogi już czas ...
**************************************************************
Obecnie czekam na informację z Fundacji o stanie konta. Ostatnia informacja mówiła , że na moim subkoncie udało się uzbierać 191 953, 88 zł.
W tym 1% za 2011 rok = 98 815,14 zł a reszta to darowizny od Was Kochani.
Dokładna kwota mojego leczenia zostanie oszacowana dopiero po przylocie do Stanów, po zrobieniu wszelkich specjalistycznych badań w Klinice i doborze odpowiedniego leczenia.
Wiadomo, że na pierwszy miesiąc potrzeba około 100 tyś PLN. Kolejne etapy wahają sie od 7 - 15 tyś. dolarów a będzie ich sporo, co dopiero okaże sie na miejscu. Wstępnie szacowano kosztorys na kwotę około 300 tyś PLN. Obecnie ten koszt może być dużo wyższy.
Podane koszty to tylko koszty samego leczenia, bez utrzymania, kwaterunku i innych ...
To wszystko co do tej pory osiągnęłam zawdzięczam WAM !!!
Jeszcze parę miesięcy temu nawet nie marzyłam o tym, że może sie udać.
Dzisiaj na pewno jestem bliżej niż dalej. Cały czas potrzebuje Waszego wsparcia i nie ukrywam tego ,ale wstąpiła we mnie na nowo nadzieja , że w końcu mi się uda !!!!
Nie miałam siły żeby tu wejść i się zebrać w sobie.
Trochę to trwało i jeszcze potrwa , ale muszę się wziąć w garść ...
Ale chwilowo brak mi sił...
Poniedziałek zapoczątkował czarną serię ...
Wizyta w ZUS- ie podcięła mi po raz pierwszy w tym tygodniu skrzydła...
Już na wejściu " szanowna " Pani Doktor skwitowała moje przybycie, że tutaj jest konflikt interesów, gdyż staram się o zasiłek rehabilitacyjnym, a z moją chorobą powinna odrazu o rentę !!!
Zatkało mnie !!!
Po prostu mnie zatkało !!! Co ??? !!!
Co ta kobieta do mnie mówi ???!!! Walczę, leczę się, chodzę , egzystuje a ona odbiera mi całą nadzieje. Sama sobie zaprzeczała patrząc na mnie i mówiąc , " to niesamowite jak Pani wygląda , jak Pani się czuje na to na co Pani choruje ".
No właśnie !!! No to hallo !!! Czegoś tutaj nie rozumiem . Skreśliła mnie na wejściu, a sama była w szoku w jakim jestem dobrym stanie ... Więc chyba jestem za głupia i czegoś tutaj nie rozumiem. Wręczając mi orzeczenie lekarskie o całkowitej niezdolności do pracy na 2 lata raczyła mnie poinformować , że mogę się od tego orzeczenia odwołać.
No chyba nie uważała, że tego nie zrobię !!! A już tekst : że na podstawie przeprowadzonych badań stwierdzono stopień naruszenia organizmu ... ale jaki stopień ??? i jakich badań ??? Pani Doktor raczyła mi raptem zmierzyć ciśnienie i na tym TE BADANIA się skończyły...
Ze stali nie jestem , wyszłam stamtąd i patrząc na Tatka czekającego na mnie wybuchłam płaczem ...
Co tu więcej pisać ... Dla Tamtej Pani ja po prostu nie rokuje i jestem chyba chodzącym trupem. Tylko kto jej dał do tego prawo ??? Nikt nie wie co ze mną będzie ... Nikt nie wie co z Nim będzie ... czy wychodząc z domu do niego wróci ...
W ułamku sekundy jedna kobieta odebrała mi całe moje życie... coś co trzymało mnie ostatnio w pionie. Nie zamierzam się w tej kwestii poddać to zrozumiałe. Ale mam ogromny żal w sercu ... niesmak i całkowity brak zrozumienia zaistniałej sytuacji... Żeby nie dać człowiekowi szansy ???
Bo co bo mam nowotwór mózgu ??? To niech mi ktoś odpowie dlaczego z tym samym rozpoznaniem inna dziewczyna w innym mieście dostała świadczenie rehabilitacyjne ???
Gdzie tu sens ??? Gdzie jakakolwiek logika ???
Moi kochani rodzice powiedzieli że damy radę, że najważniejsze jest to żebym wyzdrowiała a zresztą sobie jakoś poradzimy...
No tak ale do tego potrzebne mi są właśnie pieniądze... Zrozumiałabym gdyby po świadczeniu rehabilitacyjnym nie dopuściliby mnie do pracy bo mój stan by się diametralnie pogorszył, wtedy zgodzę się mogę iść na rentę. Ale wykorzystałam szanse !!!
Walka z ZUS-em właśnie się rozpoczęła...
To był dopiero początek złych wieści.
Cały poniedziałek przebuczałam i czułam , że to jeszcze nie koniec...
Nie myliłam się ...
Już sama podróż do Berlina była straszna...
Zamiast 6 godzin jechaliśmy ponad 9... Śnieżyca, na drodze szklanka dojechaliśmy spóźnieni...
Ale poślizg pacjentów zachowany jak zwykle i znowu trzeba było ponad 2 godziny czekać.
W końcu przyszła moja kolej...
Ciężko wstałam z krzesła w poczekalni, nogi ugięły sie pode mną kiedy zasiadłam w gabinecie i czekałam co powie Profesor po odpaleniu płyty...
Co tu więcej mówić... gadzisko nieznacznie, ale jednak trochę sie powiększyło. Progresja jest malutka no ale jednak jest ... Mówiąc prostym językiem zmienił trochę kształt i się nieznacznie wypełnił ...
Byłam tak wyczerpana tymi tymi ostatnimi dniami, że chyba to do mnie jakoś nie dotarło...
Decyzja... Leki przyjmujemy dalej , nie przestajemy, ale chwilowo zabrakło mi tchu...
Za dużo się ostatnio dzieje, nie jestem w stanie tego ogarnąć...
Nie ... nie poddałam się tyle że na chwilę zabrakło mi mocy...
Musze się zebrać, ale potrzebuje do tego czasu.
Czekam na wieści z Houston...
Czekam na wieści z Indii ... to kolejna alternatywa...
Będę wiedzieć więcej , dam znać...
Cholera nie tak miały wyglądać te nadchodzące święta...
To na razie tyle...
Cóż jakby nie było dzisiejszy dzień od samego rana stresujący ...
Tak wiem... ze nic nie wiem , że dowiem sie dopiero we wtorek w Berlinie kiedy Profesor odpali płytę i zanurzy się w głąb mojego mózgu, ale sama świadomość , że dzisiaj znowu jedno z moich "ulubionych" badań spędzała mi sen z powiek.
Rezonans ...
Dzisiaj było jakoś nad wyraz dziwnie. Niesamowicie szybko, ale bardzo wyczerpująco. Leżałam tam w bezruchu, serce waliło jak oszalałe, a po policzku w zwolnionym tempie spływała łza... jedna jedyna łza...
Głośno, strasznie zimno, cholernie nieprzyjemnie ... teraz jestem tak wyczerpana jakbym co najmniej cały dzień harowała w pocie czoła...
Cały czas w myślach przeplatały mi sie obrazy z pierwszego rezonansu... z maja 2011 roku kiedy jeszcze niczego nieświadoma leżałam i w podobnych warunkach miałam badanie. Może to technik radiolog tak na mnie dzisiaj wpłynął, że znowu facet... jakoś mi się to źle skojarzyło. Podczas pierwszego badania tez był mężczyzna. Chociaż ten był przemiłym człowiekiem, pełnym ciepła i zrozumienia.... czysta perfekcja ... ale jakoś tak zakuło w serduchu ... odżyły wspomnienia...
Chyba przezywam ...
Kurcze , któryż to już raz leżałam w tej tubie ??? Ile razy jeszcze przyjdzie mi w niej leżeć ???
Wiem jedno, mogę tam leżeć nawet codziennie byle było warto !!!
Wszystko sie jakoś ostatnio kumulowało, piętrzyło.
Przysłowiową wisienką na torcie okazał sie "tajemniczy" list.
Hmmm...
Jak tylko zobaczyłam nadawcę to serce zaczęło mi walić jak szalone... ZUS... wezwanie na Komisję Lekarską !!! W sumie byłam na to przygotowana, niedługo kończy mi sie okres półrocznego L-4, ale jakoś mnie zmroziło. No bo kiedy to minęło ??? Dni pędzą jak oszalałe...
W przyszły poniedziałek godz 8:50 mam się stawić z dokumentacją medyczną w celu kwalifikacji na świadczenie rehabilitacyjne ...
Dostałam jakiegoś powera, jakiegoś mega kopa !!! Strach jest !!! A i owszem bo nie ma dla mnie nic gorszego niż jakaś tam renta !!! Ja nie to, że muszę ja okropnie chcę wrócić do mojej pracy !!!
I cholera !! Nie po to sie leczę , nie po to walczę, nie po to szukam, żeby to wszystko miało pójść na marne !!! Ta myśl mnie trzyma w pionie , że jeszcze wszystko wróci do normy... Będę z moimi dobrymi ludkami , za którymi tęsknie niemiłosiernie... Będę tonąć w papierach... Wisieć na telefonie... Biegać po całym gmachu w szpilkach, których tyle czasu nie miałam na nogach !!! A leżą w pudłach w moim pokoju nie zabrane i mam nadzieje że na mnie tam czekają !!! No pewnie, że czekają !!!
Mam poczucie , że ten stan który trwa od kilku dni jest chwilowy, ale właśnie z takich chwil najbardziej się cieszę !!! Kiedy mam siłę, kiedy chce mi sie po prostu żyć !!! Chłonę to wszystko !!! Chłonę i podążam w stronę światła !!! Ale nie tego, które przeprowadza na drugą stronę tego ziemskiego, cudownego , ciepłego światła !!!
Boję się , cholernie się boję i ten strach już zawsze będzie obecny w moim życiu, ale spadł śnieg, temperatura za oknem poniżej zera, a ja patrze i mam banana na twarzy... czekałam na to jak dziecko ...
Ida święta... odliczam dni i żądam po prostu żądam, żeby były to najpiękniejsze święta w moim życiu !!! Żeby były to najpiękniejsze święta wszystkich wokoło...
Przyszły tydzień będzie mega nerwowy... Już od samego poniedziałku nie zabraknie emocji... ZUS...
Wtorek 11 grudzień moja wizyta w Berlinie w klinice i bardzo chce wierzyć w to, że to ponowne przełożenie terminu ma jakiś ukryty sens !!!
I w końcu koniec przyszłego tygodnia mam nadzieje, że nadejdą również wyniki Mamuśki. Leży bidna od piątku już po biopsji mammotomicznej... Nie powiem żebym nie była z tego powodu szczęśliwa. Mam ja przez cały dzień dla siebie ... Wiem to egoistyczne ale nic nie poradzę, że sprawia mi to teraz tyle radości...
Najważniejsze, że chociaż u niej mogliśmy pozbyć się tego całego syfu, czymkolwiek nie był... Najważniejsze, że już go nie ma !!!
Dziadziuś jutro wychodzi do domu i to najważniejsze... nie ma to jak w domu,a nie w szpitalu.
A Ja ???
Ja przytyłąm 1,2 kg !!! Nigdy nie sądziłam, że przyrost wagi będzie mnie tak cieszył !!! Więc jak to powiedziała niedawno moja Paulinka nie poddaję sie bo trzeba jakoś pchać ten wózek !!!
Wierzę w cuda !!!
Wierzę w anioły , które usilnie zbieram...
Wierzę w talizmany a z tymi dwoma sie nie rozstaje. Jeden Św. Peregrine przyleciał do mnie, aż z Los Angeles z Miasta Aniołów .. .drugi to moja osobista podkowa .... one przyniosą mi szczęście !!!
Od samego rana odkąd otworzyłam oczy powtarzałam to sobie jak mantrę... Musisz być dzisiaj wesoła !!! ... Musisz być dzisiaj szczęśliwa !!!
Dzisiaj 27 listopad... urodziny Papy... 55 urodziny mojego Tatuśka...
Wiem co chciałby dostać... no ale nie mogę Mu "tego" dać w tym roku...
w zeszłym też nie mogłam ... ale może w przyszłym ??? ...
Myślę, że nie tylko On by się ucieszył, no ale tak musiał się zadowolić ciepłymi kapciami i koszulką ...
Uwielbiam te chwile kiedy jesteśmy wszyscy razem ... kiedy nie myślę o tym , że jestem chora ,a właśnie dzisiaj mi sie to udało, co prawda czar już prysnął ,ale cieszę się z tych chwil, które były, są i mam nadzieje, że będą ...
Ktoś chyba jednak nade mną czuwa i daje mi potrzebna siłę w chwilach kiedy tego naprawdę potrzebuje ...
Niestety wszystko co piękne szybko sie kończy i tym razem nie mogło być inaczej...
Jeden telefon i miny wszystkim odrazu zrzedły...
Cóż szpital nas po prostu uwielbia i nie potrafi sie bez Nas obejść...
Tym razem ponownie zawitał tam mój jedyny Dziadziuś ... Ten sam , który wylądował ze mną w szpitalu równocześnie w lipcu
To wszystko było zbyt piękne więc nie mogło trwać wiecznie .
Weekend dzięki jednej osobie był cudowny, pierwszy raz od niepamiętnych czasów naprawdę się całkowicie wyłączyłam i nie myślałam o tym cholernym GADZISKU !!! Nie spodziewałam sie tego zupełnie ...
Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe, ale udało sie !!! ... Co prawda trwało to krótko, bo łzy pojawiły sie wczoraj, ale dla mnie nawet jeden dzień pozbawiony myśli na temat tego co się dzieje jest bezcenny... Żeby takich chwil było więcej ...
No ale wszystko co dobre szybko się kończy...
A ja chyba sama sobie to wykrakałam....
Dzisiejsy telefon mnie poraził tak jak miesiąc temu...
Wizyta w Berlinie przełożona....
O Matko to znowu się dzieje !!! ... Drugi raz z rzędu ten sam scenariusz...
Niby człowiek powinien sie już do tego przyzwyczaić, ale jak przez 6 tygodni nastawiam się psychicznie , że coś ma nastąpić w konkretnym dniu to później ciężko mi przejść do porządku dziennego i sie nie podłamać...
Teraz czekam na potwierdzenie kiedy mam przybyć z moim GOŚCIEM do naszego sąsiada zza granicy :-)
W sumie jak to powiedział mój Tatko to znak i to przesunięcie terminu wyjdzie na dobre !!!
A ja jako usłuchana córunia tatunia nie mam innego wyjścia jak trzymać sie tego co mówi...
No cóż tydzień nie zaczął się jakoś optymistycznie, a ja nie od dzisiaj twierdzę, że nie lubię poniedziałku !!!
W zeszłym tygodniu odwiedziłam mojego Doktorka, który mnie operował... Żartowniś, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu... I jego stwierdzenie na dzień dobry : " O !!! zmieniła Pani fryzurę " :-) No kto mi zmienił to zmienił :)
Z racji powtarzających się ataków mojego cudownego drenu miałam badania przeglądowe mojego wnętrza...
I...
Jak zwykle bez zawirowań sie nie obyło... To byłoby wręcz nienormalne gdyby wszystko było ok.
W sumie to pisząc to już sama sie do siebie śmieję...
Stoję na tym rentgenowskim aparacie i obserwuję.... Obserwuje jak krzątają się za szybą technicy radiolodzy... Porobili zdjęcia i kazali czekać na korytarzu... No więc czekam z Tatkiem i już mruczę pod nosem, że coś jest nie tak ... Nie pomyliłam się wołaja mnie spowrotem bo trzeba badania powtórzyć !!!
I co słysze ???
Że jestem dziwnym przypadkiem, że dren w jednym miejscu ma widoczna pętlę ale najgorszy jest fakt, że nie widać końcówki !!! Matko !!!
Nogi sie pode mną ugięły... No bo jak to ??? Nie widać końcówki ??? To cholera gdzie jest ???
No i weekend miałam z głowy.. Wyniki we wtorek..
Jechałam tam wyobrażając sobie, że ten cholerny przyjaciel w mojej otrzewnej sie wysunął i już widzę jak mnie znowu kroją ...
Ale niespodzianka !!!
Znaleźli :)
W okolicy miednicy małej jest słynna końcówka drenu... tylko ta cholerna pętla ... Miejmy nadzieje, że sam się rozwinie i przestanie mnie już gnębić bo zauważyłam, że tydzień bez bólu tygodniem straconym !!!
Mamuśka ...
Cóż jak to już kiedyś pisałam normalnie być nie może. To wszystko byłoby zbyt proste...
Wynik biopsji nijaki... czyli żaden !!!
Po konsultacji z lekarzem już wiemy, materiał z guza nie został po prostu pobrany...
I ...
Konieczna jest biopsja mammotomiczna ...
I znowu ten cholerny czas ... termin wyznaczą dopiero po Nowym Roku !!!
Koszmar !!! Ale polska szara rzeczywistość. Trzeba mieć KOŃSKIE zdrowie żeby u nas chorować...
Brutalne, ale niestety w naszej krainie prawdziwe ...
To już za tydzień ...
Za tydzień o tej porze będę siedzieć w klinice w Berlinie !!!
Dopiero co tam byłam, a juz minęło 1,5 miesiąca !!!
Pytam się kiedy ???
Jak to możliwe ???
No ale jednak ...
Nie powiem, że zaczynam wariować bo już zwariowałam dawno temu, ale postawiłam sobie za cel trzymać w pionie !!!
Więc....
MOCY PRZYBYWAJ !!!!
Kochani poniżej zamieszczam Apel mojej znajomej. Sama mnie wspierała, baaaaa nadal wspiera ale teraz Ona potrzebuje pomocy. Wiec gdziekolwiek jesteście i kimkolwiek jesteście możecie pomóc.
Oddając krew należy wskazać odbiorcę, a mianowicie PAULINA WDOWCZYK KLINIKA HEMATOLOGII W KATOWICACH. To tak niewiele , a wiem że może pomóc...
Nieubłaganie pędzi i nijak nie mogę go zatrzymać...
Poniedziałek... żal ścisnął mi serce i nie chce puścić...
Jadąc z Mamuśką do lekarza nie przeczuwałam, że znowu dopadnie mnie niemoc...
A jednak widok siedzących młodych matek z brzuszkiem... z mężem... partnerem... z matką ... przeolbrzymi ból rozrywał mi serce ... Tak chciałam być twarda, ale to było silniejsze od mnie. Uczucie przerażenia wzięło górę. Nie chciałam Mamuśce przysparzać kolejnych zmartwień, sama sie domyśliła co się dzieje... Rozumie mnie bez słów...
Rozryczałam się...
Wyszłyśmy przed gabinet a Ja zadawałam sobie znowu pytanie DLACZEGO ??? Co zrobiłam ???
Wiem , to bezsensu bo nikt mi na te pytania nigdy nie odpowie ...
Ale ja nie daje już z tym wszystkim rady ...
Był przeokropny płacz, złość, rozgoryczenie... i zazdrość... zwyczajna zazdrość, że Ja nie mogę, a inne kobiety siedzą sobie beztrosko, głaszczą sie po brzuszku, a Ja ??? Ja tylko mogę popatrzeć ...
I nie mogę na to nic poradzić, kompletnie nic...
Wtorek ...
Wizyta w mojej pracy...
Matko jak Ja za tymi moimi "ludkami" tęsknie... Od samego rana miałam stres, bo wiedziałam, że sie tam wybieram ... łapy mi się trzęsły, tchu brakowało, tylko nie wiem czemu ...
Z planowanej godzinki zrobiły się trzy , które minęły nie wiadomo kiedy...
Ja naprawdę czułam, że jestem dla Nich wszystkich ważna, jak bardzo się martwią. Było trochę uśmiechu na mojej twarzy wczoraj i cieszę się z tego przeogromnie.
To wszystko było takie szczere ... I wiem, wiem , że Oni tam na mnie czekają ...
Nie mogliśmy sie nagadać ...
Najśmieszniejsze były momenty kiedy wszyscy bez wyjątku przechodzili koło mnie mówili Dzień Dobry bo nikt mnie nie poznawał !!! Dopiero po chwili orientowali sie, że to Ja !!!
No cóż troche się człowiek zmienił ;-)
To był dzień pełen wrażeń. Wczoraj naprawdę do mnie dotarło, że miałam niesamowite szczęście w tym całym nieszczęściu, że 6 lat temu właśnie się tam znalazłam. Teraz żyje tylko nadzieją, że będę mogła tam wrócić, że kolejne wyniki na to pozwolą i spełni sie jedno z moich marzeń o powrocie do tego miejsca ...
Wieczór nie był juz taki miły ... z wielu powodów ...
Jeden z nich to taki, że pojechałyśmy z Mamuśka po Jej wyniki biopsji... No i jak to na mnie przystało po prostu wszystkim wokoło przynoszę pecha. Nic nie wiemy z tego wyniku. Zupełnie nic , niejasny ... znowu pozostało czekać na kosnultacje lekarza w piątek wieczorem..
Ech... dziwne to wszystko
A reszta powodów... Nie ma się z czego cieszyć ...
Może w końcu zaświeci dla mnie to przysłowiowe słońce i coś w tym moim marnym zyciu się zmieni... tak jak słowa tej piosenki ...
Właśnie dzisiaj mija dokładnie półtorej roku , 18 miesięcy, 550 dni strachu i walki ... nieustającej walki o lepsze jutro ...
Kiedy to minęło ???
Dokładnie pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj, pierwszy rezonans i ten cholerny niepokój i strach, że jednak COŚ tam jest. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, ale czułam , czułam że coś jest nie tak.
Zawsze byłam jak czarownica...
Pamiętam jak podczas badania leżałam nieruchomo, a łzy same ciurkiem płynęły mi po policzkach...
Mamuśka czekała w poczekalni na mnie, wyniki były dwa tygodnie później a ja wyszłam i buczałam jak dziecko nie mogąc sie uspokoić. Pamiętam jak dziś jak powiedziałam do Mamci, że czuję wewnętrznie czuję , że nie jest dobrze, że tam COŚ jest... Ona patrzyła na mnie przerażona , ale nie chciała wierzyć w to co do Niej mówiłam...
Nikt nie chciał ...
I ten technik, który robił badanie... Jego mina mówiła sama za siebie kiedy widziałam Jego odbicie
w lusterku w rezonansie ...a potem... potem najzwyczajniej w świecie mnie oszukał , kiedy spanikowana dopytywałam, czy coś tam jest ... powiedział, że się nie tym nie zna !!! A w końcu kiedy Go męczyłam powiedziała dosłownie, że nic tam nie ma !!! ...
Nie uspokoiło mnie to...
Przeczucie mnie jednak nie myliło ...
Teraz tez czuję jakieś dziwne lęki ...
Jeszcze 19 dni ...
Codziennie odliczam pozostały czas do kolejnej wizyty w Berlinie...kolejnego rezonansu ...
Zaczynam wariować ...
A zarazem sie pomału do tego badania przyzwyczajać i oswajać..
To chyba zmęczenie materiału ...
Niby każdy dostaje tyle ile sam jest w stanie znieść , ale mnie to chyba nie dotyczy ...
Właśnie usłyszałam w TV, że nigdy nie jest za późno żeby spełnić swoje marzenia ...
Ja mam już tylko jedno, a reszta ??? ... reszta sie sama ułoży ...
Codziennie ... naprawdę codziennie myślę o tym ile zawdzięczam Wam.. i wszystkim , którzy mi pomagali i cały czas pomagają...
Boję
się... cholernie się boję tego co przyniesie przyszłość ... ale staram
się chociaż nie wracać do przeszłości ... Staram się ... ale ... jedna
myśl nie daje mi spokoju ... że może gdybym wcześniej ... nawet na
początku roku trafiła na ten namiar , z którego teraz korzystam w
Berlinie to moja sytuacja wyglądałaby teraz inaczej ... Może guz by sie
nie rozrósł, może nie doszłoby do wodogłowia, może nie byłaby konieczna
operacja, którą przeszłam... może...
Wiem,że to jest tylko gdybanie i nikt mi nie odpowie na to pytanie , ale ta myśl nie daje mi spokoju ...
Minęły
już 3 tygodnie od ostatniej wizyty w Niemczech. jeszcze kolejne trzy i
ponowna powtórka z rozrywki. Kolejny rezonans ... kolejna wizyta ...
Człowiek stara sie wyłączyć, nastawiać pozytywnie ale za cholerę
mi to nie wychodzi... Tak sie po prostu nie da...
Piszecie, wspieracie
.... Bardzo to doceniam ... bardzo ... ale strach jest silniejszy... I
nie ma po prostu nie ma dnia, żeby go nie było... z mniejszą lub większa
siłą ale jest ....
A żadne słowa nie są w stanie mi pomóc ...
Nie mniej jednak dziękuje Wam za każdą ale to każdą okazaną mi pomoc i naprawdę to dla mnie wiele znaczy ...
Jeszcze jakby mi mało było nie daje mi ostatnio spokoju mój cholerny kręgosłup... Jeszcze rok temu spanikowana, że to przerzuty na kręgosłup zrobiłam na cito rezonans... Wiem to bardzo rzadka sytuacja nie mniej jednak przerzuty tych guzów w obrębie centralnego układu nerwowego nieraz występują... No na szczęście nic tam takiego nie było ale protruzja krążka międzykręgowego daje o sobie znać ... Trzeba coś z tym zrobić może chociaż trochę jutrzejszy masaż kręgosłupa pomoże... Nie wiem nigdy nie byłam, ale od kilku dni tak mi dało popalić ,że nie sposób już wytrzymać...
Cieszyłby się człowiek jakby miał tylko taki problem...
Ale i tak się cieszę... miniona niedziela minęła błyskawicznie ale z moimi kochanymi rodzicami z moim kochanym Bączkiem...Gidle, Częstochowa... to przynosi mi pewnego rodzaju ukojenie, chwilowy wewnętrzny spokój...
Nie obyło sie bez delikatnego płaczu, ale uścisk Mamuśki łagodzi każdy ból...
Wiem...smęcę jedno i to samo... jak to mi źle ... Ale co mam poradzić ... Ostatnio to czysta prawda ...
Zbieram się ... zbieram pomalutku ... ale dzisiaj dopadła mnie słabość... w dosłownym tego słowa znaczeniu ... przez chwilę myślałam ,że fiknę... na szczęście jakoś udało się dotrzeć do samochodu i szczęśliwie z Baczkiem dotarłam do domu. Ale wyprawa dzisiaj na zwykłą pocztę była dla mnie nie lada wyzwaniem... jedyny pozytyw tego dzisiejszego kiepskiego dnia jest taki, że oczy mi się zamykają i chyba ( ale nie jestem pewna) uda mi sie zasnąć o ludzkiej porze...
A wtedy mam nadzieje, że przyśni mi się moja cudowna rodzinka... Ktoś mądry kiedyś napisał, że Oni są dla mnie a ja jestem dla Nich i tego sie będę trzymać...
Bez Was byłoby naprawdę ciężko ...
Ten poniższy filmik mówi sam za siebie...
Taka mała życia garść nie więcej...
Zamurowało mnie kompletnie, ale przełączyć nie przełączyłam... Obejrzałam do końca...
Buczałam, a jakże by inaczej , łapy trzęsą mi się do dzisiaj
Ale dopiero dzisiaj kiedy obejrzałam ten reportaż na spokojnie dotarło do mnie jak ja temu księdzu zazdroszczę... Tak po ludzku zazdroszczę, tej siły , tej odwagi ... której ja w sobie ostatnio nie znajduję..
Muszę się jeszcze wiele nauczyć...
Obudziłam się wczoraj z myślą,że nic mnie nie zaskoczy... nic bardziej mylnego !!!
Zaskoczyło i to jak !!
Chociaż raz w pozytywnym tego słowa znaczeniu... w negatywnym niestety też...
Niespodzianek ciąg dalszy...
Niespodzianki :
1 . W życiu nie byłam u tak miłej Pani Doktor jak wczoraj - okulista... prawdopodobnie dopadł mnie nerwoból oczu, zobaczymy czy dobrane krople pomogą i zadziałają czy może to jednak nie to :-( Trzymam się optymistycznej wersji !!!Bo raczej wykluczone, alby było to spowodowane moim PRZEŚLADOWCA... i kładę tu szczególny nacisk na wykluczone, a nie na słowo raczej ;-)
2. Nikt nigdy nie zajął się tak perfekcyjnie i dokładnie moimi oczami ...
3. Czeka mnie najprawdopodobniej chodzenie w okularach ale ale !!! dno oka idealne !!! Ciśnienie śródczaszkowe podobno bomba !!! Granice wyraźne, naczynia o przebiegu prawidłowym. Czyli reasumując w tej całej tragedii chyba są małe powody do radości bo mówiąc po ludzku nie widać śladu ucisku guza. Więc to chyba na plus !!! Kolejna kontrola za 3 miesiące...
4. Mam rewelacyjne wyniki badań krwi i wszyscy wokoło nadziwić sie nie mogą jak to możliwe...
Cóż po utracie kolejnych kilogramów Profesorek zalecił kontrolne badania co tez moja Pani Doktor uczyniła i zleciła. Znowu człowieka pomęczyli, krwi spuścili ale... dla takich wyników mogą mnie kłuć codziennie... Co prawda jeszcze ich moja Doktorowa nie widziała ale mój osobisty lekarz ( czyt. Mamuśka ) jest zachwycona a mnie nie pozostało nic innego jak jej zaufać !!!
Gdyby nie ten gagatek w mojej głowie można by rzec , że jestem okazem zdrowia... W życiu nie miałam tak idealnych wyników !!!
No więc co jest powodem tego spadku masy ciała ??? ... Ubyło mi już od zeszłego roku 18 kg i końca nie widać... Hmmm... rozmiar 34, w porywach 36 nie jest szczytem moich marzeń , może kiedyś był , ale teraz ... teraz najzwyczajniej w świecie mnie przeraża. Mówią na mnie w rodzinie kurczątko, pisklątko no i patrząc w lustro zaczynam dostrzegać to podobieństwo...
Chodzę w ciuchach Bączka, a i te niektóre robią sie już za duże
Fakt jedzenie opornie mi idzie, ale codziennie włażę jak opętana na wagę i wypatruje czy coś przybyło.. tyle , że nie przybywa...
Może w innych okolicznościach byłby to powód do radości ale teraz... no teraz średnio mi się to podoba...
Wczorajszy dzień nie mógł jednak być , aż tak kolorowy jakbym tego chciała...
Odeszła kolejna osoba, z którą razem w zeszłym roku zaczynałam swoją walkę... Przegrał... pamiętam jak spotkałam go przypadkiem w gabinecie katowickiego Profesorka był pełen werwy i nie dopuszczał do siebie myśli, że jest chory. Jak to powiedział... trzeba wyciąć ( bo miał to szczęście wtedy , że guz był operacyjny) i zapomnieć... Pomimo, iż mało wtedy do mnie docierało to zdanie wybitnie utkwiło mi w pamięci... zazdrościłam mu ... tak bardzo mu zazdrościłam, że będzie miał operacje, że pozbędzie sie tego gówna !! Ale to gówno wróciło !!! Pomimo tego, że Jemu udało sie wyrzucić ten syf z głowy Jego już dzisiaj nie ma... Mamuśka ... wiem chciała mnie chronić, dlatego powiedziała mi o tym dość późno...Wiedziała ,że to przeżyje bo ciągle o Niego dopytywałam... Nie wiem co będzie... nikt z Nas nie zna przyszłości ale pisze to teraz i mam na chwilę obecną olbrzymią nadzieję... Tyle się wokół mnie dzieje, ale cieszę się tak bardzo się cieszę, że nadal tu jestem ...
Kładłam sie wczoraj z nastawieniem, że nie wyjdę dzisiaj z domu... Nie obyło się bez płaczu, lamentu, że nienawidzę tego święta !!!... Dzisiaj rano dotarło do mnie co Mamuśka tłukła mi do głowy wieczorem, że przecież żyje !!! A to jest największe szczęście dla nich wszystkich... ostatnio mało do mnie dociera ale ktoś mądry kiedyś powiedział : " dopóki walczysz - jesteś zwycięzcą ". Chwilowo zabrakło mi mocy, ale nie złożyłam jeszcze broni... tylko tak bardzo brakuje mi tej normalności...
Ale pozytyw tygodnia jest taki, że nawiązałam kontakt z kolejną osobą która leczy sie w tej samej klinice w Berlinie co ja od grudnia zeszłego roku.... i co ??? I ma się całkiem dobrze ... Chłopak walczy dzielnie i pomimo innych przeciwności losu sie nie poddaje... Kurcze dopada mnie teraz cały czas myśl, że skoro komuś pomaga to czemu na mnie ma nie zadziałać... no dlaczego nie ??? !!! Powiedział mi , że muszę się ze swoją chorobą zaprzyjaźnić ... Cholera to niemożliwe... nie może być moim przyjacielem ktoś kogo tak bardzo nienawidzę !!! To coś zniszczyło mi całkowicie życie i nie ma w nim dla takiego syfu miejsca !!!
Dzisiaj Wszystkich Świętych ... Bałam się jak cholera... był wczoraj bunt, złość, bezsilność... ale poszłam... Było zupełnie inaczej niż w zeszłym roku... Całkowita obojętność, byłam na cmentarzu ciałem ale nie duszą... W zeszłym roku stałam nad grobami płakałam wyobrażałam sobie jak będą stali nad moi grobem a dzisiaj nic... kompletnie nic... Bałam się tylko spotkać ludzi... bałam się spojrzeń, pytań... Cały czas się tego boję... Ale nie bałam sie stojąc na cmentarzu, stojąc u Dziadzia , stojąc u mojej A. Czułam dziwny spokój....
A ten jest mi teraz najbardziej potrzebny....
Tylko męczyło mnie cały czas jedno pytanie, na które nikt nie zna
odpowiedzi... Dlaczego człowiek rodzi się tylko po to, żeby umrzeć ???
Życie wszędzie wokół toczy się dalej, nie u mnie...
Zbieram się , ale opornie ...bardzo opornie mi to idzie...
Próbuje to wszystko poukładać, zorganizować i nic mi z tego nie wychodzi...
Wiem poddać się jest najłatwiej ale jeszcze ciężej jest mi walczyć.
Każdy dzień wygląda tak samo nie mogę zająć myśli niczym innym, na niczym się skupić..
Najgorsza jest ta bezsilność... tak chciałabym sie cieszyć, nie byc ciężarem dla innych... ale to cholernie trudne.
Zafundowałam moim bliskim półtorej roku niesamowitych atrakcji, których końca nie widać.
Nie chce siedzieć i płakać , ale to jest silniejsze ode mnie...
I jak mam sie podnieść kiedy cały czas dostaję kopa w d... ???
No jak ???
Nie pisałam bo nie miałam na to siły... Nie potrafiłam się zebrać w sobie.
Mało nam jednego problemu to teraz pare tygodni czekamy na kolejne wyniki biopsji.. biopsji piersi mojej kochanej Mamuśki... Pisząc to sama w to nie wierzę...
No bo jak ??
Jak w jednej rodzinie może się pojawić kolejny guz ???
Czy jeden nieoperacyjny gnojek u mnie nie wystarczy ???
Nie pogodziłam sie z tym faktem, że choroba mnie dopadła ale to że wykryto guza w piersi u mojej kochanej Mamuśki dobiło mnie na maxa !!!
Mam żal, czuje gorycz i czuje się taka bezsilna...
Chce być silna nie dla siebie ale teraz dla Niej..
Tłumacze sobie, że przecież los nie może być aż tak okrutny, żeby pokarał Nas aż tak bardzo, żeby i u Mamuśki okazało się coś złego.
To nie będzie nic groźnego !!!
NIE MOŻE !!!!
I znowu to czekanie na wyniki, to już jest chyba wpisane w nasze życie...
Zastanawiam się tylko skąd brać na to wszystko siły ??? Jak stawić czoła temu wszystkiemu ???
Tych sił mi ostatnio brakuje...
Nic mnie nie cieszy dosłownie nic...
Ciężki okres przede mną... w dodatku 1 listopad... Nie cierpię tego święta...
Odkąd zachorowałam wręcz nie znoszę !!!
Tym bardziej teraz... teraz kiedy odeszły dwie bliskie mi osoby...
Dobija mnie to...
Już w zeszłym roku wpadłam w histerię na cmentarzu stojąc nad grobem ciotki,uświadamiając sobie jak kruche jest życie...że kiedyś, może nawet szybciej niż przypuszczam ktoś będzie tak stał nade mną... wiem, że to nieuniknione. Rodząc się wszyscy mamy to wpisane w swój życiorys. Nigdy o tym nie myślałam, a teraz moja czaszka,aż dymi, serce wali jak oszalałe a dusza krzyczy nie !!! Po prostu nie !!! Jeszcze nie teraz !!!
To takie niesprawiedliwe...
Powinnam teraz bawić swoje dziecko, moi rodzice zajmować się swoim wnukiem... cieszyć się życiem...
A ja co ???
A ja czuję się przegrana...
Wiem, wszystko ma swój cel a ja sobie właśnie uświadomiłam że za kilkanaście dni minie półtorej roku odkąd wiem , że to "coś" siedzi w mi w głowie ...
Kiedy sie dowiedziałam,że jestem chora i doszły mnie informacje że ktoś z glejakiem żyje już dwa lata było to dla mnie wielkie szczęście prosiłam o te dwa lata !! A teraz nawet nie wiem kiedy umknęło mi 1,5 roku...
Kiedy ????
I dochodzi do mnie, że czas naprawdę zatrzymał się dla mnie w miejscu, a z drugiej strony tak strasznie pędzi...
Dopiero dochodzę do siebie, zbieram siły ale kiedy zbiorę całkiem ???
Nerwy wzięły górę i już w drodze do Berlina pierwszy przypał. Po ujechanych 160 km zachciało mi się o 5:00 rano herbaty !!! W sumie już w Katowicach mi się zachciało , ale nie nie stajemy bo ulubioną stacja Hubiego jest Orlen i tam niebawem się zatrzymamy i to niebawem było za 140 km...
Wyszłam po kawy i moja herbatę płacę i znieruchomiałam ...
Zero euro w portfelu...nic...pustka same złotówki... a przecież dzień wcześniej byłam jeszcze z Tatkiem wymieniać kasę w kantorze !!!
Oblały mnie zimne poty,serce stanęło w oczach pociemniało...
Jak jak to zrobiłam... tyle razy wszystko sprawdzane przed wyjazdem ... wertowane... a jednak bez niespodzianek nie mogło sie obyć...
Szczęście w nieszczęściu pomyliłam koperty i miałam przy sobie złotówki ale co dalej. Złotówkami raczej
w Niemczech nie zapłacę no i pytanie czy starczy ???
Wpadliśmy na pomysł , że na 99,9 % przy granicy będzie kantor, ale moja pierwsza myśl, a co jak nie będzie ??? W końcu ostatnimi czasy same niespodzianki. Zaczęło być jeszcze bardziej nerwowo ale innego wyjścia nie było, trzeba było zaryzykować bo czasu na powrót już nie było. Gul mi puścił jak po długim czasie zobaczyłam olbrzymią reklamę "Kantor 24 h " 4 km. Delikatna ulga ale dalej niepokój, czy cholera starczy.
No ale cóż , jakie było wyjście będziemy najwyżej kombinować...
Jedziemy dalej... mój strach był tak olbrzymi, że mnie całkowicie sparaliżował. Nie potrafię opisać stanu w jakim wczoraj byłam, w jakim byłam od kilku dni...
Nie spałam już drugi dzień, w końcu na chwile udało mi sie odpłynąć i powyginana na chwile przysnęłam.
W ogóle ostatnio o niczym innym nie marzę jak tylko o tym, żeby zamknąć oczy i przespać cały ten cholerny koszmar !!!
Dojechaliśmy na miejsce, w klinice czarno od ludzi dzikie tłumy no i kolejna niespodzianka trzeba czekać jest obsuwa czasowa i to znaczna. Wypuściliśmy się trochę na miasto.. moje nóżęta ledwo mnie niosły, mało do mnie docierało. Ogarnęła mnie taka słabość, że nawet ciężko było mi cokolwiek mówić. Po powrocie do kliniki cierpliwie siedzieliśmy i czekaliśmy na swoja kolej... Nie pamiętam kiedy ostatnio,aż tak koszmarnie się czułam, nie byłam w stanie nawet pić o jedzeniu w ogóle nie mogło być mowy.. Nie jestem super bohaterka ale nie jestem tez mega mięczakiem a wczoraj... wczoraj działo się ze mną coś czego nie jestem w stanie nawet opisać. Oddychanie sprawiało mi nie lada problem , nie wspominając o innych czynnościach życiowych. Nawet nie wiem jak poniosły mnie nogi kiedy przyszła moja kolej i Profesor zawezwał do gabinetu...
I zaczęło się ... wywiad szereg pytań o moje samopoczucie i w końcu odpalenie płyty z rezonansu... Porównanie badań obecnego i z ostatniego rezonansu z sierpnia... I tu niespodzianka : wg opisu polskiego radiologa guz jest w jednym miejscu 2 mm większy z czym Profesor w ogóle się nie zgadza !!! Dokładnie przeglądał przez ponad 30 minut płyty porównywał i pokazywał, że jest lepiej, że jest poprawa !!! Moja Iwonka kochana tłumaczka dokładnie użyła określenia, że guz jest mniej aktywny i mniejszy niż ostatnio !!! Wiadomo trzeba jeszcze czasu, ale wg Niego jest poprawa i absolutnie nie zgadza sie z tym co napisał radiolog... Więc nie przerywamy leczenia... kontynuacja przez najbliższe 6 tygodni po czym ponowny rezonans i kontrola...
Więc dobre i złe wiadomości ... Niemiecki Profesor- poprawa, polski radiolog - przeciwnie minimalne pogorszenie ... 1: 1. Któryś z nich na pewno ma rację...
Wierzę , że światowej sławy Profesor Neurochirurgii !! Ale niepokój dalej pozostaje bo zawsze jest jakieś ale...
Wiem, że nie mogłam oczekiwać cudu po miesiącu, a jednak zawsze będę marzyć , że darmowa wycieczka w końcu dobiegnie końca.
To czekanie... cholerne czekanie jest najgorsze... wiem te 6 tygodni minęło nie wiadomo kiedy to i następne strzeli... A wtedy... wtedy kolejny sprawdzian mam nadzieje, że dalej z pozytywną oceną .... Chyba, bo z tym choróbskiem nigdy nic nie wiadomo...
Chce się cieszyć, chce się wyłączyć, zapomnieć ale na razie łatwo mi to nie przychodzi.
Musze się przeprogramować i tak jak wszyscy moi najbliżsi wierzyć w to co powiedzieli w Niemczech. Musze wierzyć... głęboko wierzyć, że się uda...
Ten czas cholerny czas... wiem , że zleci ale to znowu będzie najdłuższe 6 tygodni w moim życiu...
Jestem wyczerpana...
Mam nadzieję, że w końcu i dla mnie zaświeci światło...
Nie radzę sobie...
Opadłam z sił...
Od kilku dni całkowicie sparaliżował mnie strach...
Chwile zapomnienia i radości są takie ulotne... już ich nie pamiętam...
Dochodzą mnie wieści , że kolejne osoby przegrały walkę z cholernym rakiem ...
Choroba zbiera swoje owocne żniwa !!!
Nawet TV nie sposób oglądać... właśnie teraz w kolejnym serialu kolejna osoba dowiaduje się, że ma raka trzustki... To jakaś plaga, niedługo chyba otworzę lodówkę a tam wyskoczy raczysko !!!
Pojawia sie milion pytań... Co ze mną dalej będzie ??? Jak mam żyć ???
Tego co sie teraz u mnie dzieje nie można nazwać życiem .. to istna wegetacja...
Nie mogę spać... nie mogę jeść...
Wszyscy wrócili do swoich obowiązków, Mamuśka , Tatko do pracy.. Bączek na uczelnie ... a Ja ...
Ja tkwię w nicości... żyje z dnia na dzień...każdy wygląda tak samo... Snuję się po domu bez celu... O niczym innym nie myślę od kilku dni, tylko o tym, że jestem chora... i to nie grypa , która po witaminie C przejdzie... tutaj trzeba czasu, a ja jestem już taka zmęczona i niecierpliwa...
Nerwy i strach wzięły górę...
Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że nie jestem w stanie przewidzieć jak będę się czuć dnia następnego...
W czwartek siedziałam z moimi laskami ,byłam naprawdę szczęśliwa... Ryjek mi się cieszył...
Piątek trauma, która ciągnie się do dzisiaj, ścisk w gardle i totalna dezorientacja...
Za kilkanaście godzin wyjeżdżam do Berlina do człowieka , który ostatnio zadziałał na mnie jak balsam łagodzący oparzenia... Przyjechałam po wizycie w klinice pełna nadziei, tym razem tez chciałabym w takim stanie wrócić... Wiem, że to za krótki czas żeby cokolwiek powiedzieć... cokolwiek myśleć o skuteczności terapii ale łudzę się , że może... Wiem, że guz nadal tam jest nie zniknął... ale wystarczyłaby mi tylko myśl ze stoi w miejscu... Chciałabym potwierdzenia moich myśli z ust Profesora...
Tyle rzeczy bym chciała jeszcze zrobić...
Wiszę w próżni ...
Jestem bezsilna ...
Niemoc mnie paraliżuje...
Życie wokół toczy się dalej, a moje ???
Moje stanęło w miejscu ...
Bezsenność mnie poraża..
Pochłania do reszty...
Ostatnio zaczynam się zastanawiać czy ja w ogóle kiedyś będę jeszcze normalnie spała ???
Nie wiem co dzieje się z moim organizmem. Nie potrafię go okiełznać. Pełzam po domu do 3:00, 4 :00 w rano ... Im bardziej się zmuszam, żeby zasnąć tym bardziej mój umysł się buntuje...
Chodzę nabuzowana...
W dzień się ukrywam przed słońcem więc chyba nocą muszę nadrabiać... Tyle że kompanów do rozmów niewiele ;-)
To już jutro ... nie wiem czy to cisza przed burzą czy dopiero wybuchnę ale ... cierpliwie czekam na tą cholerną płytę, na wyjazd do Niemiec i opinię profesora... Nosi mnie... nóżkami przebieram, tak chciałabym żeby już była noc z wtorku na środę... Siadać do samochodu z termosem w łapie, podusią i kocykiem...
Wyobrażam sobie drogę powrotną i marzę... marzę , że gęba mi się śmieje bo ten syf zareagował na leczenie , że w końcu jego wycieczka za darmo ma pierwszy przystanek... potem kolejny... i kolejny... aż w końcu wysiada !!!
Marzyć w końcu ludzka rzecz, a dzięki tym marzeniom jakoś egzystuje...
Ostatnio tylko bujam w obłokach...
Marzę o powrocie do pracy ... wszyscy marzą o tym jak przetrwać od poniedziałku do piątku, a ja marzę, żeby zerwać sie rano, biegać w popłochu po mieszkaniu , jedną ręka myć zęby , drugą ręka robić oko, wskoczyć do samochodu, przejeżdżać na pomarańczowym świetle, słuchać Radia Karoliny 7:22, podjechać pod wejście, zostawić zapalony silnik w samochodzie jak to zawsze miałam w zwyczaju, biegnąć do czytnika żeby odbić kartę...
Tak cholernie za tym wszystkim tęsknie... za taka moją normalnością... Tak bardzo mi tego wszystkiego brakuje !!!
I codziennie ... codziennie marzę o tym dniu kiedy to wszystko wróci... kiedy zasiąde przy swoim biurku... otworze swoją szafę...
Boże kiedy to będzie ??? No kiedy ???
Podobno jeśli się czegoś bardzo pragnie to się to ściąga...
Ściągam więc myślami ...
Wczoraj tak sie wzruszyłam... zaskoczył mnie cholernie jeden telefon... Mój poczciwy Dyrektorek z dawnego liceum dzwonił do mnie... Głos ugrzązł mi w gardle było potem trochę płaczu...Kurcze tyle lat minęło... nie zapomniał, to co powiedział dało mi powera i od wczoraj nic innego nie powtarzam jak Jego słowa, że moje kłopoty to tylko kłopoty przejściowe !!! Uczepiłam sie tej myśli i nie odpuszczam. Powtarzam to teraz jak mantrę...przejściowe...przejściowe...
Dzisiaj tez się wzruszyłam... Moje laski tak o mnie dbają, tak mnie rozpieszczają... nie pozwalają poddawać się smutkom. Dostać parasolkę przeciwko słońcu to jest coś :-) Moja mina jak ją rozłożyłam była chyba niezapomniana, będę oryginalna i rozpoznawalna.Co tu dużo gadać
Cóż ostatnio byłam w końcu w kręgu zainteresowań przechodniów w Katowicach kiedy czekając na Mamuśkę, aż skończy swoje zabiegi u lekarza spacerowałam z Bączkiem z olbrzymim czarnym parasolem. Nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego gdyby nie fakt, że ludzie chodzili bez kurtek, słońce nieźle prażyło, a na niebie nie było nawet pół chmurki :-) Ale co mi tam , za namową Bączka starałam sie nie zwracać na tych wszystkich ludzi uwagi. A dzisiaj... dzisiaj przemknęłam do lekarza odebrać wyniki badań krwi niczym tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców ;-) Opatulona, zakapturzona...
Nie mniej jednak w dobrym humorze wróciłam do domu.. Moje nerki pracują iście fantastycznie oby tak dalej !!! Najpierw nerki , potem mózg i życie będzie piękne...
Jutro... a raczej to już dzisiaj 18:20 rezonans... chwile grozy... potem jeszcze większe katusze czekać parę dni na wyniki...
Ta piosenka miała mi kiedyś przynieść szczęście... Kiedyś sie nie udało może teraz nadejdzie ten czas...
Cóż jak zwykle się modlę i proszę o modlitwę wszystkich zainteresowanych...
7 październik jedna z moich ulubionych dat...
To właśnie dzisiaj 21 lat temu przyszedł na świat mój Bączek
To już drugie takie urodziny " w powiększonym gronie". Co prawda jeden "gość' zupełnie nieproszony ale niestety obecny !!!
Mój pasażer na gapę... No ale cóż postanowiłam go dzisiaj ignorować.
Zaparłam się od piątku !!
A co !!!
Nie będzie guzior pluł mi w twarz !!!
Grypsko opanowane ( co by nie zapeszyć ), no ale niestety dopadło teraz tatka. Widze , że grypa zagościła w mojej rodzinie na dłużej. Została tylko mamuśka, ciekawe czy jej faszerowanie się czosnkiem przyniesie zamierzony skutek czy ja tez dopadnie ,oby nie ...
Więc trzeba było sie dzisiaj zmobilizować i tryskać dobrym humorem ;-)
Nie musiałam sie nawet zbytnio wysilać.
To jeden z najpiękniejszych dni ostatnio w moim życiu.
Zawsze uwielbiałam rozpieszczać mojego "malutkiego" Bączka i mam nadzieje, że jeszcze wiele razy będzie mi to dane.
Uśmiech na jej twarzy i ten okrzyk zachwytu kiedy otwiera głupiutki prezent jest bezcenny.
Potrafi się cieszyć z takich prostych i banalnych gadżetów. A mnie to sprawiło tyle przyjemności.
Widzieć ja szczęśliwa to jednocześnie być szczęśliwą.
Obiecałam jej dzisiaj , że Jej 42 urodziny także spędzimy razem.. Łezka popłynęła ale muszę słowa dotrzymać !!! Będę miała wtedy 51 lat ;-)
Kurcze ja dzisiaj nie wychodząc nawet na sekundę z domu byłam naprawdę szczęśliwa !!!
Tak po ludzku, tak prawdziwie. Nawet teraz jak to wszystko piszę serce wali jak oszalałe ale pierwszy raz z radości, nie ze strachu.
Więcej takich dni !!! Więcej !!!
Za oknem ponuro, a ja ten dzień zaliczam do wyjątkowych... każdy dzień jest dla mnie wyjątkowy z prozaicznego powodu bo jest ... bo był.... ale dzisiejszy był jakiś szczególny. I nie potrafię chyba tego zwykłymi słowami opisać...
Kocham moja "malutką " siostrzyczkę i nigdy nie przestanę.. Dla mnie już zawsze będzie moim Bączkiem...
Ubaw po pachy !!!
Jakże by mogło być tym razem inaczej ;-)
Termin wizyty w Berlinie przesuniety o całe 5 dni, dlaczego mnie to nie dziwi ??
A no już wcale ;-)
To juz jakaś norma, niedługo stanie się tradycją, że nigdy w okreslonym terminie nie moge trafić do żadnej kliniki, bo zawsze coś :-)
I tym razem nie mogło być inaczej.
Termin wyjazdu do Niemiec przesunięty z 12 na 17 października. Te 5 dni jakoś " zniese" , byle tylko było warto !!!
I co rezonans tez automatycznie przesuwamy , nie będzie we wtorek będzie za tydzień w piątek.
Minie 2 miesiące od mojego ostatniego skanowania i 6 tygodni od momentu rozpoczęcia terapii.
Ciemno wszędzie... głucho wszędzie... co to będzie ??? !!!! co to będzie ??? !!!
W sumie to najpierw byłam zła a potem śmiałam się jak głupi do sera.
Kolejny raz sie potwierdziło,że ze mna to już nie może byc normalnie ;-)
Życie uwielbia mnie zaskakiwać, ale show must go on !!!!
Grypsko nie odpuszcza, z nochala się leje, ale co tam z grypą !!! Twarda jestem muszę, nie tylko dla siebie...oj nie tylko... niektórzy byli do tej pory dla mnie teraz ja muszę być dla Nich ...
W życiu nie ma lekko...
Dzisiejsza noc doskonale to odzwierciedliła...
Jak to mówią nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońcem...
Nie ma co popadać zbyt szybko w euforię, bo jak to zwykle bywa za chwilę dostaniemy obuchem w twarz...
Dren... zastawka... dała o sobie znać o 3:00 rano !!! Znowu cholerstwo sie gdzieś źle ułożyło, znowu dało mi popalić...
Jak ja "uwielbiam" ten ból, z którym w żaden sposób nie potrafię sobie poradzić. Pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo kiedy sam odchodzi...
Szkoda tylko, że to odchodzenie tak opornie mu idzie...
Już dawno nie było ataku , a ja głupia myslałam , że moje dobre samopoczucie będzie juz trwac wiecznie.
No i się przeliczyłam...
Waga znowu spadła o 2 kg, zero tłuszczu w tym moim brzuszysku. Dren nie ma sie gdzie schować...
Nie rozumiem tylko dlaczego wybiera sobie zawsze nocne godziny...
Najgorsze jest w tym wszystkim to , że żaden lek przeciwbólowy nie działa, jak to mówią ból mechaniczny trzeba czekać, aż sam przejdzie. Tyle, że dzisiaj czekałam do białego rana... Bączek po 8:00 wychodził na praktyki, a ja nadal nie mogłam sie ruszyć...
Coś czuje , że będę odsypiać swoją "miłą" przygodę...
Jeszcze w dodatku dopadło mnie mega przeziębienie.
Od wczoraj wygrzewam sie pod kocykiem.. gorączka , dreszcze, z nosa cieknie... Z odpornością od wielu lat mam na pieńku... Bączek przywlókł wirusa w weekend i długo nie musiałam czekać na efekty...
Wiem, wiem nie ma co narzekać...
Żeby tylko takie choroby mnie dopadały to byłoby dobrze...
Czy coś mnie jeszcze zaskoczy ???