PROSZĘ POMÓŻ MI WYGRAĆ BATALIE O ZYCIE ....

Bank Zachodni WBK Odział 1 Kielce: 86 1090 2040 0000 0001 1113 97 44

w tytule wpłaty: KAROLINA DZIENNIAK
Fundacja z Uśmiechem, ul.Mielczarskiego 121/303, Kielce

KONTAKT :

E-MAIL : kalusia22@o2.pl


środa, 27 lutego 2013

[ 61 ] ZATRZYMAĆ CZAS ...

Cofnąć już czasu nie mogę ...
Ale gdybym chociaż mogła go zatrzymać...
A ten galopuje w zastraszającym tempie ...
Jeszcze kilka dni i w sobotę minie miesiąc jak tutaj jestem ...
I jak ???
Kiedy ???
Przeraża mnie to coraz bardziej ...
Miniony poniedziałek ...
Nastawiłyśmy z Mamuśką budzik na 6:00 tutejszego czasu... w Polsce była 13:00... Ostatnie pożegnanie Dziadzia ... 
Chyba to do mnie nie dociera i jeszcze długo nie dotrze ...
Próbuję sie jakoś pozbierać do kupy, ale to cholernie trudne ...
Wiem jak do dzisiaj tęsknie za pierwszym Dziadziem, który odszedł ponad 12 lat temu ...
Teraz będę tęsknić ze zdwojoną siłą ...
A ból... ból jest przeogromny ...

Wiem, że daleka droga jeszcze przede mną, ale to już prawie półmetek pierwszego starcia tutaj za oceanem. Jeszcze trochę ponad miesiąc i rezonans ... 
Na samą myśl włosy, które usilnie trzymają się na głowie stają mi dęba ...
Co to będzie ...
Wiem jedno nie znalazłam sie tutaj przypadkiem, jestem tutaj po coś !!! 
I to wszystko nie może pójść na marne
Żegnając się na lotnisku z moim Papą, z moim Bączkiem , Hubciem i Angeliką, której chciało się zerwać z łóżka przed piata rano, zastanawiałam się ile jeszcze mogę unieść, strach był przeogromny ... Jak to wszystko dalej będzie ... Same na drugim końcu świata, ze znienawidzonym potworem w mojej głowie ...
I w życiu bym nie przypuszczała, że podołam ... myślałam, że upadnę już na starcie ... i pomimo, iż nie ma dnia żebym nie zapłakała w poduszkę zauważyłam, że coraz więcej razy uśmiech gości na mojej twarzy... że mam coraz więcej sił fizycznych ...
Odbieram to jako dobry znak...
Dobry znak tego co przyniesie przyszłość ...
Tam na górze czuwa przecież zwarta armia, a tu na Ziemi czuwa jeszcze większa rzesza ludzi ...
Cos przeciez musi być na rzeczy, że naprawdę znoszę jak na razie leczenie całkiem nieźle...
Już niebawem przede mną kolejny cykl chemioterapii
Kolejny wlew dożylny poszedł gładko
Naprawdę obyło się bez żadnych ekscesów...
Pomału przyzwyczajam sie do codziennego łykania tej ilości tabletek...
Cholender boję się głośno o tym mówić, żebym nie wypowiedziała tego w złą godzinę, ale w końcu raz się żyje !!!
Niedługo chyba nawet otwarcie przyznam, że polubiłam wbijanie igieł, portów i wszelkiego rodzajów wenflonów w moje żyły, a te podobno są piękne :-)
Nie lubię tylko teraz mojej twarzy ... cóż niestety pojawiła się na niej okropna wysypka od leków, ale to podobno dobry znak ...
A niech sobie będzie na tej buzi co chce... modelka nigdy nie byłam i nie będę... tyle tylko, że to dokucza, pęka i boli ...
Ale jak to powiedziała dzisiaj moja cioteczka wszystko co złe w moim organizmie i niepotrzebne wychodzi , więc może to to GADZISKO w końcu zaczyna kapitulować ...
Patrzę na to zdjęcie i sama nie mogę sie sobie nadziwić jak zmieniły sie priorytety w moim życiu, jak wszystko uległo przewartościowaniu

Kiedyś na samą myśl o pryszczu na twarzy wpadałam w histerie !!! A teraz moja twarz pokryta jest paskudną wysypką i nie rusza mnie to !!!
Bo co to jest za problem ...
Gdyby ktoś jeszcze rok temu powiedział mi, że będę w tym miejscu o tej porze nie uwierzyłabym...
Jednak od samego początku wierzyłam, że to dla mnie olbrzymia szansa i jestem skłonna znieść wszystko i zrobić wszystko byle sie GO pozbyć, byle wrócić do domciu, a tutaj wpadać do Houston na kontrole ... i w odwiedziny do moich anielskich duszyczek !!!
Mogę leżeć pod tymi wlewami, kroplówkami i Bóg wie czym jeszcze bezustannie byle tylko trafić do celu !!!


I choć z tą siłą różnie bywa, nadzieja jeszcze we mnie nie umarła i będzie do końca ....
Mam nadzieję długiego końca ...
Gdyby tak dało się zatrzymać czas ...




piątek, 22 lutego 2013

[ 60 ] OGROMNY BÓL [ * ]

Ból rozrywa mi serce ...
Od kilku dni zbieram się w sobie, staram się to jakoś wytłumaczyć...
Jeszcze nie potrafię ...
Mój Kochany Dziadziuś odszedł... powiększył grono Aniołów ... 
Bo gdzie indziej mógł trafić ??? ...
W poniedziałek pogrzeb... 
A Ja ??? Ja na drugim końcu świata borykam się z tym z Mamcią ...
Nie jesteśmy same, jest tyle osób z Nami ...
Ale to boli... tak strasznie boli ...
To jakiś sen ... zły sen... Czekam , żeby się z niego obudzić ...
Tak chciałabym, żeby wszystko było inaczej...
Być na miejscu , móc go przytulić, móc z nim pożartować...
Już nigdy tego nie zrobię, nie będę miała tu na Ziemi okazji ...
Muszę czekać na spotkanie po drugiej stronie ...
Odszedł mój drugi kochany Dziadziuś ...
Od wczoraj nie śpię, błąkam się jak cień i zadręczam się ciągle pytaniem DLACZEGO TERAZ ???
Dlaczego musiał tak strasznie cierpieć ???
Gdzie tu sens ???
Przed moim wyjazdem tak strasznie się tego bałam, tak Go prosiłam żeby na mnie poczekał... 
Nie miał już siły ...
I ta myśl, że dzień przed śmiercią pomimo, iż nie było z Nim prawie kontaktu, pytał właśnie o mnie ... Ciągle mam w głowie Jego słowa, kiedy dowiedział, że jestem chora : " Karolinka, zobaczysz Dziadek Ci to mówi będziesz zdrowa, wyleczysz się "...
Nie doczekał tej chwili ...
Nie ogarniam tego wszystkiego co się dzieje w moim życiu ...

Dziadziusiu to dla Ciebie ...


wtorek, 19 lutego 2013

[ 59 ] PROMYK SŁOŃCA W MOIM ŻYCIU ...


To były naprawdę DOBRE DNI !!!!
Nie tyle, że słoneczne, nie tyle że ciepłe tylko moje super dobre dni. Już nie pamiętam kiedy miałam tak dobre samopoczucie psychiczne !!!
Ostatnio pokonałyśmy z Mamuśką spory dystans pieszo, spacer był nieziemski, a dyskusjom nie było końca ...
Analizowałyśmy to co dzieje sie wokół mnie odkąd wylądowałam w Houston.
To jakiś sen... piękny sen ...
Od samego początku tej "podróży" spotykam na swojej drodze samych dobrych, pomocnych ludzi ...
Najpierw tylu ludzi w Polsce, którzy cały czas stają na rzęsach żeby pomóc mi w zebraniu środków na moje leczenie !!!
Tutaj same dobre duszki, które zewsząd niosą pomoc ...
Ewa , Radziu moi pierwsi" gospodarze ", którzy przygarnęli mnie i Mamuśkę pod swój dach. Dzięki Nim potrafiłyśmy się odnaleźć w tej amerykańskiej rzeczywistości. Stworzyli Nam namiastkę domu dzięki czemu czułyśmy się bezpieczniej.

 
Od niedzieli przeniosłyśmy się do kolejnej dobrej duszyczki Ani i Jej rodzinki. Jej rozgadany synuś nawet na chwilę nie pozwala mi sobie przypomnieć, że jestem chora ... A sama Andzia serwuje mi iście antynowotworowe potrawy. Trzeba GADA atakować z każdej strony !!!
To niesamowite bo chociaż na chwilę udaje mi się o tym paskudztwie zapomnieć...
I od jutra kolejny cud  tez życiodajnej podróży !!!
Kolejny Anioł stanął na mojej drodze ... Barbara Burzyńska żona samego
dr Burzyńskiego. Tej kobitce dosłownie urosną anielskie skrzydła.
Dzięki Niej na chwilę obecną nie martwimy się jak dotrzeć do kliniki, a tu bez samochodu nie ma niestety szans. Nawet gdybyśmy go miały to biedna Mamuśka byłaby bez szans, a ja no cóż pomocna za bardzo w tej kwestii nie jestem. Gadzisko tak się rozrosło, że uciska na nerw wzrokowy i mam znowu problem z prawym okiem ... Ale najważniejsze, że chodzę !!! Że normalnie rozumuje !!! A oko ??? Przecież musi wrócić do normalnego stanu !!!
Ale przyleciałam tu w jednym celu...POZBYĆ SIĘ GO !!! Oczywiście nie oka !!! Tylko TEGO co zagnieździło sie w moim mózgu ...
Więc do kliniki wozi nas szofer z kliniki !!!

A od jutra nasz kliniczny Anioł Pani Barbara załatwiła nam mieszkanie na pewien okres czasu blisko kliniki






I jak tu nie wierzyć w ludzi !!!
Małgosia z Kliniki , która dba o mnie troszczy się martwi co jem , jak jem jak się czuję ...
To wszystko wydaje mi się takie nieprawdopodobne...
Tylu dobrych ludzi w Klinice i poza nią jest wokół mnie, którzy sie troszczą i dbają o to, żebym skupiała się tylko na leczeniu, a nie zaprzątała sobie głowy niczym innym.
Nie chce zapeszać i boję sie tego mówiąc na głos , ale ze względu na to, że jak na razie znoszę terapię całkiem dobrze wizyty w klinice zostały zredukowane do jednego razu w tygodniu... Juz nie muszę się tam stawiać codziennie i mam nadzieję, że tak do rezonansu już zostanie. A ten zbliża się coraz szybciej. Zaczął się 3 tydzień terapii a pierwsze skany mam mieć robione po 8 tygodniach. Więc za około 5 tygodni pierwsza chwila prawdy. Mam nadzieję, że nie wypowiedziałam tego w zła godzinę ...
Kolejna wizyta w piątek i kolejny wlew ... Mam nadzieję , że i ten zniosę tak jak pierwszy czyli rewelacyjnie.
Ale tfu ... tfu ...
Pomimo wszystko , że tylu wspaniałych ludzi wokół mnie się troszczy dzisiaj łezka strachu poleciała ...
Staram się jak mogę odganiać złe myśli, ale czasami jest to naprawdę bardzo trudne.
Jeszcze ta tęsknota ... Kiedy rozmawiam z Tatuśkiem , z Hubciem, z Bączkiem czy z kimkolwiek z moejj rodziny jest niesamowita radość ale potem za chwilę ściska w gardle ...
No ale trzeba być silnym, nie mam innego wyjścia ...
Najważniejsze , że kryzys minął
Więc ponawiam CHWILO TRWAJ !!!!

wtorek, 12 lutego 2013

[ 58 ] POD GÓRKĘ ...

Cóż sprawdza się stare przysłowie " Nie chwalmy dnia przed zachodem słońca "
Wszystko szło ładnie pięknie , aż wczoraj po południu prysnęła bańka mydlana ...
Przyszedł kryzys...
Słabość, niemoc mnie dopadła, nudności, które wyłączyły z życia na jeden dzień. 
Przespałam cały wczorajsze południe, całą noc i cały dzisiejszy dzień ...
Za bardzo się cieszyłam, że wszystko idzie zbyt gładko, bo naprawdę szło ...
Nawet wczorajsze wyniki krwi to potwierdziły , bo jak rzekła moja Pani Doktor są super !!!
No i proszę po przyjeździe do " naszego przyszywanego " domku nagły zwrot akcji.
Teraz jest o niebo lepiej, ale co dało popalić to dało ...
No ale i tak się trzymałam, na tą ilość leków, którą przyjmuje było dobrze... bo przyjąć dziennie 35 szt. tabletek, wziąć jedną serię chemii i jeden wlew dożylni kolejnego leku to i tak było super !!!
Teraz jest już lepiej, a mam nadzieje, że jutro będzie jeszcze lepiej...
Musi być ...
Zresztą tyle dobrych houstońskich duszyczek nade mną czuwa... że po prostu nie ma innej opcji ...
Zbieram się pomału do kupy...
No bo jakie inne wyjście ???

sobota, 9 lutego 2013

[ 57 ] I PO WLEWIE ...

No to poszło !!!
Kolejny etap terapii i podanie wlewu dożylnego...
Trwało to ponad dwie godziny i jak na razie oczekiwanych skutków ubocznych brak !!!
Ale jak miło przyjmuje się lek kiedy nad głową wiszą zdjęcia osób , które zostały w klinice wyleczone !!!


Ja to chyba jakaś potyrpana jestem :-)
Ale mam swoją teorię na ten temat !!! To NIECHCIANY GOŚĆ wszystko pochłania i małe resztki zostają tylko w organizmie :)
No wiem , wiem ... sił nie mam za dużo, ale wszyscy włącznie z lekarzami i ze mną na czele byli przekonani, że będzie gorzej.
No ale cóż Jego wycieczka za totalną darmochę właśnie tutaj za oceanem się skończy i jak powiedziała moja Gusia wysadzę go tu na przystanku i do domu wrócę juz sama i tego się trzymam ...
Dzisiaj mija 5 pełny dzień terapii ...
Nawet nie wiem kiedy ... Minął dokładnie tydzień odkąd przyleciałam !!!
Ale jak ??? 
Kiedy to minęło ??? 
Tyle się dzieje, że nie nadążam ... 
Ale nie ma co narzekać tyle na to czekałam !!!
Dzisiaj trochę ścisnęło mnie za serce ...
Tęskno mi potwornie ...
W dodatku dzisiaj Aga musiała wracać do domu ...
Ale trzeba walczyć dalej ...

czwartek, 7 lutego 2013

[ 56 ] Z LINII FRONTU ...

I zaczęło się !!!
Krótko, treściwie i na temat !!!
Atakujemy GADZISKO dość agresywnie !!!
Ostra walka właśnie się rozpoczęła, ja jestem już w czwartej rundzie i nadal się trzymam w pionie...
Tfu ... tfu ... co by nie zapeszyć !!!
Ilość przyjmowanych leków mnie powala, a będzie ich z każdym dniem więcej ale co tam !!! 
Przecież warto !!!
Nie narzekam !!!
I do cholery niech tak zostanie !!!
Nie tryskam co prawda nieziemską energią, ale co najważniejsze powłóczę jeszcze nożyskami :-) 
A to jest teraz najważniejsze !!!
Byle do przodu !!!
Pierwszy dzień w klinice...przedstawienie planu leczenie i atak z grubej rury, agresywna terapia !!! Nie ma na co czekać bo niestety LUCYPER znowu sie powiększył ... 
Niestety wynik ostatniego rezonansu znowu nie był dla mnie pomyślny , ale następny już będzie !!!
Giń !!! Przepadnij siło nieczysta !!!
Ale z taką ekipą to już bym się na miejscu GADA bała !!!

 
Przecież nie po to przeleciałam przez pół świata, żeby to wszystko poszło na marne !!!
Dzisiaj był chwilowy kryzys, płacz, ogromny strach jak to wszystko dalej będzie ... dziś dopiero 4 dzień, a kasa topnieje w mgnieniu oka ... To trochę mnie i Mamuśkę przerosło ...
W ogóle dzień do pewnego momentu był bardzo smutny, płacz, lament...potem przyszedł długo oczekiwany spokój.
Nie chcę !!! Już nigdy nie chcę widzieć niczyich łez 
Dzisiaj drugi dzień chemioterapii ... Tak to jeden z elementów terapii. Ilość leków , które przyjmuje zwala z nóg ale nie na tyle żebym nie mogła się podnieść !!! A codziennie dochodzą nowe.
Dzisiaj było koło 28 szt., a jutro będzie jeszcze więcej i pierwszy wlew dożylni !!!
Ale oczywiście, że dam radę !!!
To na razie tyle z linii frontu...
Trochę słaba jestem więc kładę się spać. Jutro kolejny dzień ...
Więc do boju !!!





wtorek, 5 lutego 2013

[ 55 ] NADZIEJA W TEXASIE CZ.I ...

Dotarłyśmy ...
W sobotę o 18:35 houstońskiego czasu samolot uderzył o taflę lotniska i szczęśliwie wylądował ...
Podróż no cóż cholernie męcząca, ale dałyśmy z Mamuśką radę.
Nie straszne już Nam lotnisko Heathrow w Londynie,  a o lotnisku w Houston już nie wspomnę :)
W sumie to rzeknę nieskromnie : jestem z Nas dumna !!!
Dałyśmy radę !!!
Przesiadka w Londynie odcisnęła piętno w mojej (naszej) psychice, ale jak to mówią co nas nie zabije to nas wzmocni !!!
Był szał, 4 godziny oczekiwania na samolot do USA to było zdecydowanie za mało ... Jazda autobusami, kolejkami po lotnisku to było wielkie coś !!! Ale co najważniejsze wszystko z Mamuśką odnalazłyśmy i trafiłyśmy ... a prosto nie było ...
Tak jak panicznie zawsze bałam się latać ...tak ten lot był zupełnie inny. Pomimo turbulencji nawet na sekundkę nie ogarnął mnie strach... kompletnie nic... Wiedziałam, że nic nie może sie stać... czułam że Bóg nade mną czuwa ...  czułam, że czuwa nade mną moja A. i moja Dorcia !!!
Leciałam tu w wiadomym celu i tego sie kurczowo trzymałam ... że nic nie może mi się stać
Już od samego początku spotkałam się z niesamowitymi uczynnymi Amerykanami :-) Celnik ... no brak mi słów żeby wyrazić co czuję na samo wspomnienie o Nim... Dusza człowiek... Pomógł w wypełnieniu wszelkich dokumentów, przeprowadził bez kolejki przez następny etap !!! No normalnie szok...
Oczywiście pomyliłyśmy wyjścia i władowałyśmy się z się z Mamuśką do odlotów z Houston :) Ale czujna obsługa lotniska Nas poprowadziła dalej.
Zanim otworzyły się drzwi , widziałam już mordeczkę mojej Agi... Osoby , która nad całą ta wyprawa czuwa od samego początku !!! Mózg całej operacji pt. " Moje dalsze życie ".
Kiedy tylko ją zobaczyłam ... nogi mi się ugięły, a nasze oczy zalały łzami. W normalnej sytuacji ryczałybyśmy jak bobry, no ale teraz to już w ogóle szkoda gadać ...
Istna histeria :-)
W pozytywnym tego słowa znaczeniu ...
Byłam... baaaaa nadal jestem taka szczęśliwa , że się tu znalazłam.
Odkąd wysiadłam z samolotu mam same dobre przeczucia !!!
I proszę chwilo trwaj i mnie nie opuszczaj !!!
Kolejny punkt " życiodajnej wycieczki" to miejsce naszego obecnego zamieszkania...
I tu kolejny cud !!!
Zatrzymaliśmy się u cudownej rodziny, a powitanie jakie mi zgotowali zapamiętam do końca swojego jeszcze długiego życia !!!
Wiara w ludzi to coś co mnie od kilku miesięcy nie opuszcza !!!
Ale teraz to przerosło moje wszelkie oczekiwania ...
Spotykam na swojej drodze nie ludzi... spotykam Aniołów !!!
A Ewa , Radziu, dwoje cudownych blondwłosych dzieciaczków Zoe i  Nadia oraz Pani Jola ( babcia) są ich żywym przykładem !!!
Zresztą to zdjęcie mówi samo za siebie...
Wzruszyłam się ... i jak patrzę na to zdjęcie serce mi kołacze do dzisiaj z wrażenia ...


Podróż niesamowicie mnie wymęczyła i kiedy prawie wpółprzytomna zorientowałam się , że w mojej walizce brakuje paru rzeczy trochę mną potrzepało !!!
Nie nie brakowało ich z tego powodu, że zapomniałam ale po prostu... okradli mnie na lotnisku prawdopodobnie w Londynie !!!
No ale cóż można teraz począć...
Cieszę się, że udało mi się tu dotrzeć...
Rozpoczęłam leczenie...
Ale o tym następnym razem ...
Trzymajcie kciuki mocno zaciśnięte !!!

niedziela, 3 lutego 2013

[ 54 ] NA MIEJSCU ...

Szczęśliwie dotarłyśmy...
Dopadła mnie niesamowita słabość...
Większość czasu przesypiam ...
Jutro napiszę resztę...
A teraz zbieram siły witalne przed jutrzejszą wizytą w klinice...
Wy już wstajecie...ja się dopiero kładę ...
Trzymajcie kciuki !!!

czwartek, 24 stycznia 2013

[ 53 ] ODLICZANIE ...

Nerwówka...
Chaos ...
Nie ogarniam tego wszystkiego ...
Potworny strach wkradł się w moje życie , a czas tak galopuje , że ledwo rano otwieram oczy, a już zamykam je wieczorem...
2 luty 2013 godz. 7:45 start z Okęcia ... start po lepsze jutro ... start po życie ... przystanek w Houston...
Rozpoczęło sie odliczanie ...
Wczoraj dopadł mnie mega kryzys. Oczy odmówiły mi posłuszeństwa i wylałam morze łez ...
Strach, bezsilność, niemoc ...
Nie lecę tam na wycieczkę, ale po to by żyć !!!
Tak bardzo wierzę w to, że się uda ...
A jak to powiedziała moja kuzynka WIARA GÓRY PRZENOSI !!!! 
Nadzieja mnie nie opuszcza, ale strach paraliżuje do reszty ...
Szale goryczy przelała wizyta u Dziadzia w szpitalu :-(
Udało Nam sie wśliznąć na chwilę na oddział chociaż panuje zakaz odwiedzin ze względu na szalejącą grypę... 
Leżał taki biedny, wymęczony... bez nogi ... :-( 
Wszystko tak szybko się posypało ... choroba, szpital , amputacja ... Dopiero co przezywaliśmy małe zwycięstwo- wyniki Mamuśki, to kolejny cios ... za dużo tego wszystkiego, stanowczo za dużo !!!
Cały czas mam w pamięci obraz z wesela mojego kochanego Kuzyna prawie Brata, kiedy to wywijałam z Dziadziem na parkiecie... Ja jeszcze niczego nieświadoma okaz zdrowia i mój kochany. Dziadziuś ... 

Rok później mieliśmy zatańczyć u mnie,  nie zatańczyliśmy ... 9 miesięcy później rach, ciach i dowiaduje się że mam "OBCEGO" w głowie.
A teraz "OBCY" sie rozprzestrzeniania i na dobre rozgościł sie nieproszony w moim mózgu, a Dziadziuś ... Dziadziuś stracił nogę ... 
Jakoś na tańce się w najbliższej przyszłości nie zanosi i ciężko będzie to jakoś zorganizować ...
To wszystko nie tak miało wyglądać, nie taki był scenariusz ...
Nie zgadzam sie !!! Nie chcę !!!
Tak bardzo sie tego wszystkiego boję ... tak bardzo boje sie co przyniesie przyszłość ...
Pozostało 9 dni ...

piątek, 18 stycznia 2013

[ 52 ] DZIEJE SIĘ ...

Krótko, zwięźle i na temat !!!
Wizy przyznane !!! 
Całą wczorajszą noc oka nie zmrużyłam ... Zmogło mnie po 5:00 gdzie po 6:00 trzeba było się zwlec z łóżka...
Ale bez przygód jak zwykle sie nie obyło ...
Droga była koszmarna ... marznąca mżawka spowodowała, że droga do Krakowa, która zwykle zabiera 50 minut wydłużyła się do 1, 30 h !!!
Dzisiejsza wizyta w Konsulacie mnie po prostu wykończyła ...
Zdążyłyśmy rzutem na taśmę ...
W sumie to nie wiem jak Nam sie udało. Byłyśmy na miejscu 8:33 ... Stres, nerwy wywołały u mnie fale wymiotów. Nie omieszkałam zaznaczyć swojej obecności pod samym konsulatem pozostawiając tam część swoich wnętrzności ...
Świat wirował mi wokół, byłam zielona na twarzy,  wchodząc tam ledwo ciągnęłam nogi za sobą ...
Rozmowa z konsulem... mega ciepły człowiek, taki ludzki, troskliwy ...
Cóż... nie ma co zgrywać bohatera... Emocje wzięły górę... człowiek nie wytrzymał i się rozkleił... w sumie ostatnimi czasy dość często mi się to zdarza...
Dzisiaj do mnie to wszystko dobitnie dotarło ...
Wycieńczona padłam po południu w domu jak kawka ... przespałam całe po południe i dużą cześć wieczoru ...
Ze snu wybudził mnie ksiądz !!!
Myślałam, że śnie !! Ale spokojnie nie przyszedł jeszcze do mnie z ostatnim namaszczeniem i wierze, że jeszcze długo nie będzie musiał... 
Przyszedł z kolędą ... 
Kurcze dawno nie usłyszałam tyle mądrych i ciepłych słów co dzisiaj ...  To dało mi dodatkową moc...
Teraz muszę magazynować w sobie nowe pokłady sił... będą mi teraz cholernie potrzebne ...


Nie zawsze możesz mieć co chcesz
Choć gonisz tak że brak ci tchu
Gdy wszystko nagle traci sens
Wciąż może być dobrze dobrze dobrze!


środa, 16 stycznia 2013

[ 51 ] CIĘŻKI DZIEŃ ...

Serce podeszło mi  dzisiaj do gardła... 
W sumie wiem już od wczoraj... Na nic się zdało moje odwołanie w ZUS-ie. Komisja ponownie stwierdziła, że jestem całkowicie niezdolna do pracy i mogę złożyć wniosek o rentę ...
Cóż było robić... Odebrałam ta cholerną decyzję ... zwlekłam sie dzisiaj
i poczłapałam do "mojej" pracy... No cóż trzeba jakoś dalej pchać ten wózek ...
Przekroczyłam dzisiaj próg "mojego" urzędu i nie wytrzymałam napięcia...
Łzy same płynęły mi po polikach, serce waliło jak oszalałe, napięcie sięgnęło zenitu ... 
Kiedy zobaczyłam swoich ludków , swoje krzesło, swoje biurko...ciężko to wszystko ubrać w słowa i opisać... I moja niezastąpiona dobra Szefowa, jeden z moich Aniołów Stróżów,  która jest ze mną od samego początku tej pieprzonej wojny... Siedziałam dzisiaj patrzyłam na Nią i uświadomiłam sobie, że była pierwszą osoba która dowiedziała sie, że jestem chora... I wiem jedno, to że znalazłam sie w tym miejscu otoczona tymi ludźmi to nie był przypadek, to była i jest dla mnie niesamowita nagroda... Spędziłam tam 5 naprawdę cudownych lat swojego życia ...
Dzisiaj uzmysłowiłam sobie jak to wszystko się pochrzaniło... Jeszcze dwa lata temu o tej porze żyłam przygotowaniami do swojego ślubu... czekałam co też wymyśli moja słynna brygada RR ... czym mnie zaskoczą, bo na pewno by tak było... A dzisiaj... dzisiaj pakowałam swoje rzeczy i nie byłam w stanie praktycznie o niczym myśleć... emocje dopiero całkiem opadły kiedy wróciłam do domu. Wtuliłam się w Mamuśkę i jak za czasów z dzieciństwa płakałam głaskana przez Nią po głowie ...

Wizyta w Bydgoszczy na wariackich papierach. Centrum Onkologii pokaźne ale tak jak Onkologia w Gliwicach zadziałało na mnie paraliżująco...
Ktoś, gdzieś, kiedyś mi powiedział, że Bydgoszcz jest tyci tyci od Dąbrowy :-) No cholera nie mogę się z tym zgodzić. Podróż dłużyła się niesłychanie. Badanie zresztą też, a samopoczucie po do najmilszych nie należało... Wyniki przyjdą w przyszłym tygodniu ... Juz nawet nie zastanawiam się co w nich będzie ...
O Matko !!!
Jaka ja jestem tym wszystkim już zmęczona ... naprawdę cholernie zmęczona ...

I wiadomość z ostatniej chwili 4 lutego o godz 09:30 czasu amerykańskiego jak dobrze pójdzie mam się zameldować w klinice w Houston. Mam nadzieje, że wszystko pójdzie z planem. A zaplanowana na najbliższy piątek wizyta w konsulacie amerykańskim w Krakowie nie przysporzy kolejnych niemiłych niespodzianek !!!
Bo tych zdecydowanie mam już dość ...

Gdzie jest ta siła ???
I skąd Ją brać ???
Skąd tyle wiary ???
By mocno stać ...


sobota, 12 stycznia 2013

[ 50 ] NAPIĘCIE ROŚNIE ...

Napięcie rośnie !!!
Czas znowu przyspieszył ... I ciężko to wszystko ogarnąć... tyle się dzieje ... Niech sie dzieje, byleby prowadziło w odpowiednim kierunku... A jak będzie ??? Czas pokaże ...
Jeszcze się dobrze nie zaczęło, a ja jestem już tym wszystkim okrutnie 
zmęczona ...
Dokumenty z  kliniki już wyszły, papiery w konsulacie złożone czekamy na termin rozmowy w Konsulacie w Krakowie. Mamy nadzieję , że na początku tygodnia uda się już coś ustalić...
Najbliższy poniedziałek.... kierunek Bydgoszcz... badanie PET mózgu...
Matko ile czasu mi to zajęło, żebym mogła to badanie w trybie pilnym wykonać tu w Polsce. Lekarze z USA żeby ciąć moje koszty sami zaproponowali żebym wykonała to badanie w Polsce bo jest ponad 4 razy tańsze niż u nich. Jestem im za to wdzięczna ale nikt nie sądził, że będzie tyle problemu żeby prywatnie to badanie u nas załatwić. Obdzwoniliśmy pracownie PET w całej Polsce i znacznik tyrozyna, który wykorzystywany jest w badaniu PET mózgu jest tylko w tej chwili w Bydgoszczy. Cudem udało mi się ustalić termin badania na najbliższy poniedziałek bo następny termin dopiero za miesiąc !!! Koszt badania bagatela marne 5 tyś. złotych ... no ale na pewno mniej niż 6 tyś dolarów. Na tym etapie to dla mnie bardzo dużo zaoszczędzonych pieniędzy...

Telefon do ZUS-u w czwartek niczego nie rozjaśnił w mojej głowie. Dalej nic nie wiem, moja sprawa nie została jeszcze rozpatrzona. Mam dzwonić w najbliższym tygodniu... No na pewno nie omieszkam... Ale to czekanie... 
to czekanie mnie już po prostu wykańcza ...

Niby wszystko zmierza we właściwym kierunku i mamy taka nadzieję , że w pierwszym tygodniu lutego uda się wylecieć ale to wszystko bardzo ciężkie jest dla mnie i moich bliskich do ogarnięcia ... 
To takie moje pobożne życzenia ... i miejmy nadzieję , że tak będzie...
Co tu dużo mówić , czas dla Nas chorych nie jest niestety sprzymierzeńcem...
Wszystko wydaje sie takie proste, a w rzeczywistości tak niestety nie jest. 
Mam tylko nadzieję, że chociaż w konsulacie nie czeka na mnie jakaś niemiła niespodzianka i wszystko pójdzie sprawnie.  No ale cholera w moim przypadku to się już można wszystkiego spodziewać. 
Ale cicho sza !!!

Nie wiem naprawdę nie wiem jak to wszystko będzie ;-( ...
Strach mnie paraliżuje ale jest tyle życzliwych osób wokół mnie.
To przecież nie może się nie UDAĆ !!!
A ja ... ja tak bardzo chce żyć...  a życie jest tak proste a zarazem takie trudne ...



czwartek, 3 stycznia 2013

[ 49 ] SZCZĘŚCIE W NIESZCZĘŚCIU ...

I stało się !!!
Nowy Rok, nowe wiadomości...
Chociaż to dopiero pierwsza pozytywna wiadomość, to wywołała niemały uśmiech na mojej twarzy.
Ileż było łez...ale łez szczęścia !!!
Jest wynik Mamuśki. Wycięte paskudztwo było łagodnym włókniakiem... Wykonane USG potwierdziło, że jest czysto i teraz tylko kontrola za pół roku...
Tak strasznie sie bałam, ciągle zadawałam sobie pytanie ile jeszcze zdołam znieść...
I te słowa wypowiedziane kiedyś przez Nią, że chciałaby przejąc moje choróbsko żebym mogła być zdrowa...
A ja ... ja nikomu nawet najgorszemu wrogowi nie chciałabym podarować mojego pasażera...
Musze się go sama pozbyć, nie obciążając nikogo wokół...
Trzymam sie jakoś w pionie choć ostatnio bywa ciężko...
Czy to jakiś dobry znak ???
Czy teraz będzie już tylko lepiej ???
Czekam z niecierpliwością na wieści ze Stanów, na sygnał do startu z kliniki... Przebieram nóżętami i z olbrzymia nadzieją czekam co przyniesie przyszłość ...
Byle tylko nie była zbyt odległa ...

 MAMUŚ KOCHAM CIĘ !!!



środa, 2 stycznia 2013

[ 48 ] FALA ...

Hucznie w Sylwestra to u mnie w tym roku nie było...
Pierwszy raz od czasów podstawówki spędzałam Sylwestra w domu przed telewizorem, ale nie krzywduje sobie... Cisza, spokój, łóżeczko, kocyk ... no niestety tłoczno trochę było, biorąc pod uwagę mojego " niechcianego dziada " w głowie ... czekałam do północy i od tego momentu cały czas marzę... marzę , że ten rok będzie lepszy ... Nie żądam zbyt wiele, oby tylko nie było gorzej, a jeśli ktoś tam na górze sprawi , że będzie ciut lepiej to będzie dla mnie największe szczęście... szczęście o jakim się nie marzy !!!
Dzisiaj znowu stresujący dzionek... ponowna Komisja Lekarska zawezwała mnie " na dywanik" do Chorzowa. Byłam w mega szoku, że tak sprawnie i szybko ustosunkowali sie do mojego odwołania i już dzisiaj miałam powtórne wezwanie.
Próbowałam być spokojna no ale niestety moje próby poszły na marne...
Stres znowu wziął górę !!!
W silnym składzie wyruszyliśmy w kierunku Chorzowa. 
Komisja w trzyosobowym składzie... Muszę przyznać, że dość miłe towarzystwo no ale co z tego mojego odwołania wyniknie to zobaczymy. Nie uchylili rąbka tajemnicy, mam czekać cierpliwie na decyzje w domu.
Przyjdzie pocztą...
No to czekam !! Bo cóż innego mogę zrobić... nic tylko czekać ...
Teraz było zupełnie inaczej... pełny wywiad... pełne badanie.. Wszystko tak jak być powinno
Co będzie ... zobaczymy... czekam... czekam... może się doczekam...
Może wiadomości będą pomyślne i to zapoczątkuje falę mojej dobrej passy w tym roku ???
Czegóż więcej mi trzeba ....

sobota, 29 grudnia 2012

[ 47 ] NOWE NADZIEJE ....

Święta ...
Zdecydowanie najgorsze w moim życiu ... 
Z jednej strony marzyłam,żeby już się skończyły najlepiej byłoby je przespać, 
a z drugiej prosiłam w duchu żeby trwały wiecznie ...
Nie tak to wszystko miało być... zupełnie nie tak ...
Ale było minęło i czasu już nie cofnę...
Brnę do przodu póki jeszcze mogę ,bo cóż innego mi pozostało ...
Zbliża się Nowy Rok, a z nim nowe nadzieje .... nadzieje na lepsze jutro ...
Ruszyła machina w USA ... ruszyła pełną parą...wszystkie dokumenty wysłane , wszystkie papiery przygotowane ...
Pozostało czekać, jedyna pewna rzecz ostatnio w moim życiu to właśnie ciągłe czekanie...
Czekam na termin w konsulacie odnośnie wizy, przebieram nogami i próbuje sobie to wszystko poukładać w mojej głowie... Jakoś to na pewno będzie ... a jak , to już czas pokaże... 
W moim serduchu tli się na nowo nadzieja przyćmiona strachem ale nie przestaje wierzyć, że szczęśliwej drogi już czas ...


**************************************************************
Obecnie czekam na informację z Fundacji o stanie konta. Ostatnia informacja mówiła , że na moim subkoncie udało się uzbierać 191 953, 88 zł.
W tym 1% za 2011 rok = 98 815,14 zł a reszta to darowizny od Was Kochani.
Dokładna kwota mojego leczenia zostanie oszacowana dopiero po przylocie do Stanów, po zrobieniu wszelkich specjalistycznych badań w Klinice i doborze odpowiedniego leczenia.
Wiadomo, że na pierwszy miesiąc potrzeba około 100 tyś PLN. Kolejne etapy wahają sie od 7 - 15 tyś. dolarów a będzie ich sporo, co dopiero okaże sie na miejscu. Wstępnie szacowano kosztorys na kwotę około 300 tyś PLN. Obecnie ten koszt może być dużo wyższy.
Podane koszty to tylko koszty samego leczenia, bez utrzymania, kwaterunku i innych ...
To wszystko co do tej pory osiągnęłam zawdzięczam WAM !!!
Jeszcze parę miesięcy temu nawet nie marzyłam o tym, że może sie udać.
Dzisiaj na pewno jestem bliżej niż dalej. Cały czas potrzebuje Waszego wsparcia i nie ukrywam tego ,ale wstąpiła we mnie na nowo nadzieja , że w końcu mi się uda !!!!

Jeszcze raz wszystkim bez wyjątku DZIĘKUJĘ !!!!



piątek, 14 grudnia 2012

[46] CZARNA SERIA ...

Nie miałam siły żeby tu wejść i się zebrać w sobie.
Trochę to trwało i jeszcze potrwa , ale muszę się wziąć w garść  ...
Ale chwilowo brak mi sił...
Poniedziałek zapoczątkował czarną serię ...
Wizyta w ZUS- ie podcięła mi po raz pierwszy w tym tygodniu skrzydła...
Już na wejściu " szanowna " Pani Doktor skwitowała moje przybycie, że tutaj jest konflikt interesów, gdyż staram się o zasiłek rehabilitacyjnym, a z moją chorobą powinna odrazu o rentę !!! 
Zatkało mnie !!!
Po prostu mnie zatkało !!! Co ??? !!!
Co ta kobieta do mnie mówi ???!!! Walczę, leczę się, chodzę , egzystuje a ona odbiera mi całą nadzieje. Sama sobie zaprzeczała patrząc na mnie i mówiąc , " to niesamowite jak Pani wygląda , jak Pani się czuje na to na co Pani choruje ".
No właśnie !!! No to hallo !!! Czegoś tutaj nie rozumiem . Skreśliła mnie na wejściu, a sama była w szoku w jakim jestem dobrym stanie ... Więc chyba jestem za głupia i czegoś tutaj nie rozumiem. Wręczając mi orzeczenie lekarskie o całkowitej niezdolności do pracy na 2 lata raczyła mnie poinformować , że mogę się od tego orzeczenia odwołać.
No chyba nie uważała, że tego nie zrobię !!! A już tekst : że na podstawie przeprowadzonych badań stwierdzono stopień naruszenia organizmu ... ale jaki stopień ??? i jakich badań ??? Pani Doktor raczyła mi raptem zmierzyć ciśnienie i na tym TE BADANIA się skończyły...
Ze stali nie jestem , wyszłam stamtąd i patrząc na Tatka czekającego na mnie wybuchłam płaczem ...
Co tu więcej pisać ... Dla Tamtej Pani ja po prostu nie rokuje i jestem chyba chodzącym trupem. Tylko kto jej dał do tego prawo ??? Nikt nie wie co ze mną będzie ... Nikt nie wie co z Nim będzie ... czy wychodząc z domu do niego wróci ...
W ułamku sekundy jedna kobieta odebrała mi całe moje życie... coś co trzymało mnie ostatnio w pionie. Nie zamierzam się w tej kwestii poddać to zrozumiałe. Ale mam ogromny żal w sercu ... niesmak i całkowity brak zrozumienia zaistniałej sytuacji... Żeby nie dać człowiekowi szansy ???
Bo co bo mam nowotwór mózgu ??? To niech mi ktoś odpowie dlaczego z tym samym rozpoznaniem inna dziewczyna w innym mieście dostała świadczenie rehabilitacyjne ???
Gdzie tu sens ??? Gdzie jakakolwiek logika ???
Moi kochani rodzice powiedzieli że damy radę, że najważniejsze jest to żebym wyzdrowiała a zresztą sobie jakoś poradzimy...
No tak ale do tego potrzebne mi są właśnie pieniądze... Zrozumiałabym gdyby po świadczeniu rehabilitacyjnym nie dopuściliby mnie do pracy bo mój stan by się diametralnie pogorszył, wtedy zgodzę się mogę iść na rentę. Ale wykorzystałam szanse !!!
Walka z ZUS-em właśnie się rozpoczęła...
To był dopiero początek złych wieści.
Cały poniedziałek przebuczałam i czułam , że to jeszcze nie koniec...
Nie myliłam się ...
Już sama podróż do Berlina była straszna...
Zamiast 6 godzin jechaliśmy ponad 9... Śnieżyca, na drodze szklanka dojechaliśmy spóźnieni...
Ale poślizg pacjentów zachowany jak zwykle i znowu trzeba było ponad 2 godziny czekać.
W końcu przyszła moja kolej...
Ciężko wstałam z krzesła w poczekalni, nogi ugięły sie pode mną kiedy zasiadłam w gabinecie i czekałam co powie Profesor po odpaleniu płyty...
Co tu więcej mówić... gadzisko nieznacznie, ale jednak trochę sie powiększyło. Progresja jest malutka no ale jednak jest ... Mówiąc prostym językiem zmienił trochę kształt i się nieznacznie wypełnił ...
Byłam tak wyczerpana tymi tymi ostatnimi dniami, że chyba to do mnie jakoś nie dotarło...
Decyzja... Leki przyjmujemy dalej , nie przestajemy,  ale chwilowo zabrakło mi tchu...
Za dużo się ostatnio dzieje, nie jestem w stanie tego ogarnąć...
Nie ... nie poddałam się tyle że na chwilę zabrakło mi mocy...
Musze się zebrać, ale potrzebuje do tego czasu.
Czekam na wieści z Houston...
Czekam na wieści z Indii ... to kolejna alternatywa...
Będę wiedzieć więcej , dam znać...
Cholera nie tak miały wyglądać te nadchodzące święta...
To na razie tyle...




środa, 5 grudnia 2012

[45] REZONANS ...

Cóż jakby nie było dzisiejszy dzień od samego rana stresujący ...
Tak wiem... ze nic nie wiem , że dowiem sie dopiero we wtorek w Berlinie kiedy Profesor odpali płytę i zanurzy się w głąb mojego mózgu,  ale sama świadomość , że dzisiaj znowu jedno z moich "ulubionych" badań spędzała mi sen z powiek.
Rezonans ...
Dzisiaj było jakoś nad wyraz dziwnie. Niesamowicie szybko, ale bardzo wyczerpująco. Leżałam tam w bezruchu, serce waliło jak oszalałe, a po policzku w zwolnionym tempie spływała łza... jedna jedyna łza...
Głośno, strasznie zimno, cholernie nieprzyjemnie ... teraz jestem tak wyczerpana jakbym co najmniej cały dzień harowała w pocie czoła...
Cały czas w myślach przeplatały mi sie obrazy z pierwszego rezonansu... z maja 2011 roku kiedy jeszcze niczego nieświadoma leżałam i w podobnych warunkach miałam badanie. Może to technik radiolog tak na mnie dzisiaj wpłynął, że znowu facet... jakoś mi się to źle skojarzyło. Podczas pierwszego badania tez był mężczyzna. Chociaż ten był przemiłym człowiekiem, pełnym ciepła i zrozumienia.... czysta perfekcja ... ale jakoś tak zakuło w serduchu ... odżyły wspomnienia... 
Chyba przezywam ...
Kurcze , któryż to już raz leżałam w tej tubie ??? Ile razy jeszcze przyjdzie mi w niej leżeć ???
Wiem jedno,  mogę tam leżeć nawet codziennie byle było warto !!!
Nadal podążam w stronę światła !!!


poniedziałek, 3 grudnia 2012

[44] PODĄŻAĆ W STRONĘ ŚWIATŁA ...

Znowu mnie na moment zmroziło...
Wszystko sie jakoś ostatnio kumulowało, piętrzyło. 
Przysłowiową wisienką na torcie okazał sie "tajemniczy" list. 
Hmmm... 
Jak tylko zobaczyłam nadawcę to serce zaczęło mi walić jak szalone... ZUS... wezwanie na Komisję Lekarską !!! W sumie byłam na to przygotowana, niedługo kończy mi sie okres półrocznego L-4, ale jakoś mnie zmroziło. No bo kiedy to minęło ??? Dni pędzą jak oszalałe... 
W przyszły poniedziałek godz 8:50 mam się stawić z dokumentacją medyczną w celu kwalifikacji na świadczenie rehabilitacyjne ...
Dostałam jakiegoś powera, jakiegoś mega kopa !!! Strach jest !!! A i owszem bo nie ma dla mnie nic gorszego niż jakaś tam renta !!! Ja nie to, że muszę ja okropnie chcę wrócić do mojej pracy !!!
I cholera !! Nie po to sie leczę , nie po to walczę, nie po to szukam, żeby to wszystko miało pójść na marne !!! Ta myśl mnie trzyma w pionie , że jeszcze wszystko wróci do normy... Będę z moimi dobrymi ludkami , za którymi tęsknie niemiłosiernie... Będę tonąć w papierach... Wisieć na telefonie... Biegać po całym gmachu w szpilkach, których tyle czasu nie miałam na nogach !!! A leżą w pudłach w moim pokoju nie zabrane i mam nadzieje że na mnie tam czekają !!! No pewnie, że czekają !!!
Mam poczucie , że ten stan który trwa od kilku dni jest chwilowy, ale właśnie z takich chwil najbardziej się cieszę !!! Kiedy mam siłę, kiedy chce mi sie po prostu żyć !!! Chłonę to wszystko !!! Chłonę i podążam w stronę światła !!! Ale nie tego, które przeprowadza na drugą stronę tego ziemskiego, cudownego , ciepłego światła !!!
Boję się , cholernie się boję i ten strach już zawsze będzie obecny w moim życiu, ale spadł śnieg, temperatura za oknem poniżej zera, a ja patrze i mam banana na twarzy... czekałam na to jak dziecko ...
Ida święta... odliczam dni i żądam po prostu żądam, żeby były to najpiękniejsze święta w moim życiu !!! Żeby były to najpiękniejsze święta wszystkich wokoło...

Przyszły tydzień będzie mega nerwowy... Już od samego poniedziałku nie zabraknie emocji... ZUS...
Wtorek 11 grudzień moja wizyta w Berlinie w klinice i bardzo chce wierzyć w to, że to ponowne przełożenie terminu ma jakiś ukryty sens !!!
I w końcu koniec przyszłego tygodnia mam nadzieje, że nadejdą również wyniki Mamuśki. Leży bidna od piątku już po biopsji mammotomicznej... Nie powiem żebym nie była z tego powodu szczęśliwa. Mam ja przez cały dzień dla siebie ... Wiem to egoistyczne ale nic nie poradzę, że sprawia mi to teraz tyle radości...
Najważniejsze, że chociaż u niej mogliśmy pozbyć się tego całego syfu, czymkolwiek nie był... Najważniejsze, że już go nie ma !!!
Dziadziuś jutro wychodzi do domu i to najważniejsze... nie ma to jak w domu,a nie w szpitalu.
A Ja ???
Ja przytyłąm 1,2 kg !!! Nigdy nie sądziłam, że przyrost wagi będzie mnie tak cieszył !!! Więc jak to powiedziała niedawno moja Paulinka nie poddaję sie bo trzeba jakoś pchać ten wózek !!!
Wierzę w cuda !!!
Wierzę w anioły , które usilnie zbieram...
Wierzę w talizmany a z tymi dwoma sie nie rozstaje. Jeden  Św. Peregrine przyleciał do mnie, aż z Los Angeles z Miasta Aniołów .. .drugi to moja osobista podkowa .... one przyniosą mi szczęście !!!
Taka mała rzecz ,a tak cieszy ....





wtorek, 27 listopada 2012

[43] I JAK TU NIE ZWARIOWAĆ ???

To miał być super dzień...
Od samego rana odkąd otworzyłam oczy powtarzałam to sobie jak mantrę... Musisz być dzisiaj wesoła !!! ... Musisz być dzisiaj szczęśliwa !!!
Dzisiaj 27 listopad... urodziny Papy... 55 urodziny mojego Tatuśka...
Wiem co chciałby dostać... no ale nie mogę Mu "tego" dać w tym roku... 
w zeszłym też nie mogłam ... ale może w przyszłym ???  ...
Myślę, że nie tylko On by się ucieszył, no ale tak musiał się zadowolić ciepłymi kapciami i koszulką ...
Uwielbiam te chwile kiedy jesteśmy wszyscy razem ... kiedy nie myślę o tym , że jestem chora ,a właśnie dzisiaj mi sie to udało, co prawda czar już prysnął ,ale cieszę się z tych chwil, które były, są i mam nadzieje, że będą ...
Ktoś chyba jednak nade mną czuwa i daje mi potrzebna siłę w chwilach kiedy tego naprawdę potrzebuje ...
Niestety wszystko co piękne szybko sie kończy i tym razem nie mogło być inaczej...
Jeden telefon i miny wszystkim odrazu zrzedły...
Cóż szpital nas po prostu uwielbia i nie potrafi sie bez Nas obejść... 
Tym razem ponownie zawitał tam mój jedyny Dziadziuś ... Ten sam , który wylądował ze mną w szpitalu równocześnie w lipcu
Cały czas coś się dzieje ...
I jak tu nie zwariować ???
No jak ???
Chce mi się wyć z tej bezsilności ...




poniedziałek, 26 listopada 2012

[42] PECHOWY PONIEDZIAŁEK ???

To wszystko było zbyt piękne więc nie mogło trwać wiecznie .
Weekend dzięki jednej osobie był cudowny, pierwszy raz od niepamiętnych czasów naprawdę się całkowicie wyłączyłam i nie myślałam o tym cholernym GADZISKU  !!! Nie spodziewałam sie tego zupełnie ...
Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe, ale udało sie !!! ... Co prawda trwało to krótko, bo łzy pojawiły sie wczoraj, ale dla mnie nawet jeden dzień pozbawiony myśli na temat tego co się dzieje jest bezcenny... Żeby takich chwil było więcej ...

No ale wszystko co dobre szybko się kończy...
A ja chyba sama sobie to wykrakałam....
Dzisiejsy telefon mnie poraził tak jak miesiąc temu... 
Wizyta w Berlinie przełożona....
O Matko to znowu się dzieje !!! ... Drugi raz z rzędu ten sam scenariusz... 
Niby człowiek powinien sie już do tego przyzwyczaić, ale jak przez 6 tygodni nastawiam się psychicznie , że coś ma nastąpić w konkretnym dniu to później ciężko mi przejść do porządku dziennego i sie nie podłamać...
Teraz czekam na potwierdzenie kiedy mam przybyć z moim GOŚCIEM do naszego sąsiada zza granicy :-)
W sumie jak to powiedział mój Tatko to znak i to przesunięcie terminu wyjdzie na dobre !!!
A ja jako usłuchana córunia tatunia nie mam innego wyjścia jak trzymać sie tego co mówi...

No cóż tydzień nie zaczął się jakoś optymistycznie, a ja nie od dzisiaj twierdzę, że nie lubię poniedziałku !!!




piątek, 23 listopada 2012

[41] ALE O CO CHODZI ???

No dokładnie ....
Ale o co chodzi ???
To był tydzień pełen wrażeń...
W zeszłym tygodniu odwiedziłam mojego Doktorka, który mnie operował... Żartowniś, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu... I jego stwierdzenie na dzień dobry : " O !!! zmieniła Pani fryzurę " :-) No kto mi zmienił to zmienił :)
Z racji powtarzających się ataków mojego cudownego drenu miałam badania przeglądowe mojego wnętrza... 
I...
Jak zwykle bez zawirowań sie nie obyło... To byłoby wręcz nienormalne gdyby wszystko było ok.
W sumie to pisząc to już sama sie do siebie śmieję...
Stoję na tym rentgenowskim aparacie i obserwuję.... Obserwuje jak krzątają się za szybą technicy radiolodzy... Porobili zdjęcia i kazali czekać na korytarzu... No więc czekam z Tatkiem i już mruczę pod nosem, że coś jest nie tak ... Nie pomyliłam się wołaja mnie spowrotem bo trzeba badania powtórzyć !!!
I co słysze ???
Że jestem dziwnym przypadkiem, że dren w jednym miejscu ma widoczna pętlę ale najgorszy jest fakt, że nie widać końcówki !!! Matko !!!
Nogi sie pode mną ugięły... No bo jak to ??? Nie widać końcówki ??? To cholera gdzie jest ???
No i weekend miałam z głowy.. Wyniki we wtorek..
Jechałam tam wyobrażając sobie, że ten cholerny przyjaciel w mojej otrzewnej sie wysunął i już widzę jak mnie znowu kroją ...
Ale niespodzianka !!!
Znaleźli :)
W okolicy miednicy małej jest słynna końcówka drenu... tylko ta cholerna pętla ... Miejmy nadzieje, że sam się rozwinie i przestanie mnie już gnębić bo zauważyłam, że tydzień bez bólu tygodniem straconym !!!

Mamuśka ...
Cóż jak to już kiedyś pisałam normalnie być nie może. To wszystko byłoby zbyt proste...
Wynik biopsji nijaki... czyli żaden !!!
Po konsultacji z lekarzem już wiemy, materiał z guza nie został po prostu pobrany...
I ...
Konieczna jest biopsja mammotomiczna ...
I znowu ten cholerny czas ... termin wyznaczą dopiero po Nowym Roku !!!
Koszmar !!! Ale polska szara rzeczywistość. Trzeba mieć KOŃSKIE zdrowie żeby u nas chorować...
Brutalne, ale niestety w naszej krainie prawdziwe ...

To już za tydzień ...
Za tydzień o tej porze będę siedzieć w klinice w Berlinie !!!
Dopiero co tam byłam, a juz minęło 1,5 miesiąca !!!
Pytam się kiedy ???
Jak to możliwe ???
No ale jednak ...
Nie powiem, że zaczynam wariować bo już zwariowałam dawno temu, ale postawiłam sobie za cel trzymać w pionie !!!
Więc....

 MOCY PRZYBYWAJ !!!!

Kochani poniżej zamieszczam Apel mojej znajomej. Sama mnie wspierała, baaaaa nadal wspiera ale teraz Ona potrzebuje pomocy. Wiec gdziekolwiek jesteście i kimkolwiek jesteście możecie pomóc.
Oddając krew należy wskazać odbiorcę, a mianowicie PAULINA WDOWCZYK KLINIKA HEMATOLOGII W KATOWICACH.  To tak niewiele , a wiem że może pomóc...


DZIĘKUJĘ ...



środa, 14 listopada 2012

[40] MAŁE RZECZY ...

Czas ucieka...
Nieubłaganie pędzi i nijak nie mogę go zatrzymać...
Poniedziałek... żal ścisnął mi serce i nie chce puścić...
Jadąc z Mamuśką do lekarza nie przeczuwałam, że znowu dopadnie mnie niemoc...
A jednak widok siedzących młodych matek z brzuszkiem... z mężem... partnerem... z matką ... przeolbrzymi ból rozrywał mi serce ... Tak chciałam być twarda, ale to było silniejsze od mnie. Uczucie przerażenia wzięło górę. Nie chciałam Mamuśce przysparzać kolejnych zmartwień, sama sie domyśliła co się dzieje... Rozumie mnie bez słów... 
Rozryczałam się...
Wyszłyśmy przed gabinet a Ja zadawałam sobie znowu pytanie DLACZEGO ??? Co zrobiłam ???
 Wiem , to bezsensu bo nikt mi na te pytania nigdy nie odpowie ...
Ale ja nie daje już z tym wszystkim rady ...
Był przeokropny płacz, złość, rozgoryczenie... i zazdrość... zwyczajna zazdrość, że Ja nie mogę, a inne kobiety siedzą sobie beztrosko, głaszczą sie po brzuszku, a Ja  ??? Ja tylko mogę popatrzeć ...
I nie mogę na to nic poradzić, kompletnie nic...
Wtorek ...
Wizyta w mojej pracy...
Matko jak Ja za tymi moimi "ludkami" tęsknie... Od samego rana miałam stres, bo wiedziałam, że sie tam wybieram ... łapy mi się trzęsły, tchu brakowało, tylko nie wiem czemu ...
Z planowanej godzinki zrobiły się trzy , które minęły nie wiadomo kiedy...
Ja naprawdę czułam, że jestem dla Nich wszystkich ważna, jak bardzo się martwią. Było trochę uśmiechu na mojej twarzy wczoraj i cieszę się z tego przeogromnie.
To wszystko było takie szczere ... I wiem, wiem , że Oni tam na mnie czekają ...
Nie mogliśmy sie nagadać ...
Najśmieszniejsze były momenty kiedy wszyscy bez wyjątku przechodzili koło mnie mówili Dzień Dobry bo nikt mnie nie poznawał !!! Dopiero po chwili orientowali sie, że to Ja !!!
No cóż troche się człowiek zmienił ;-)
To był dzień pełen wrażeń. Wczoraj naprawdę do mnie dotarło, że miałam niesamowite szczęście w tym całym nieszczęściu, że 6 lat temu właśnie się tam znalazłam. Teraz żyje tylko nadzieją, że będę mogła tam wrócić, że kolejne wyniki na to pozwolą i spełni sie jedno z moich marzeń o powrocie do tego miejsca ...
Wieczór nie był juz taki miły ... z wielu powodów ...
Jeden z nich to taki, że pojechałyśmy z Mamuśka po Jej wyniki biopsji... No i jak to na mnie przystało po prostu wszystkim wokoło przynoszę pecha. Nic nie wiemy z tego wyniku. Zupełnie nic , niejasny ... znowu pozostało czekać na kosnultacje lekarza w piątek wieczorem..
Ech... dziwne to wszystko
A reszta powodów... Nie ma się z czego cieszyć ...
Może w końcu zaświeci dla mnie to przysłowiowe słońce i coś w tym moim marnym zyciu się zmieni... tak jak słowa tej piosenki ...



sobota, 10 listopada 2012

[39] PÓŁTORA ROKU ...

Tyle za mną ...
Właśnie dzisiaj mija dokładnie półtorej roku , 18 miesięcy, 550 dni strachu i walki ... nieustającej walki o lepsze jutro ...
Kiedy to minęło ???
Dokładnie pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj, pierwszy rezonans i ten cholerny niepokój i strach, że jednak COŚ tam jest. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, ale czułam , czułam że coś jest nie tak. 
Zawsze byłam jak czarownica...
Pamiętam jak podczas badania leżałam nieruchomo, a łzy same ciurkiem płynęły mi po policzkach... 
Mamuśka czekała w poczekalni na mnie, wyniki były dwa tygodnie później a ja wyszłam i buczałam jak dziecko nie mogąc sie uspokoić.  Pamiętam jak dziś jak powiedziałam do Mamci, że czuję wewnętrznie czuję , że nie jest dobrze, że tam COŚ jest... Ona patrzyła na mnie przerażona , ale nie chciała wierzyć w to co do Niej mówiłam... 
Nikt nie chciał ...
I ten technik, który robił badanie... Jego mina mówiła sama za siebie kiedy widziałam Jego odbicie
w lusterku w rezonansie ...a potem... potem najzwyczajniej w świecie mnie oszukał , kiedy spanikowana dopytywałam, czy coś tam jest ... powiedział, że się nie tym nie zna !!! A w końcu kiedy Go męczyłam powiedziała dosłownie, że nic tam nie ma !!! ...
Nie uspokoiło mnie to...
Przeczucie mnie jednak  nie myliło ...
Teraz tez czuję jakieś dziwne lęki ... 
Jeszcze 19 dni ... 
Codziennie odliczam pozostały czas do kolejnej wizyty w Berlinie...kolejnego rezonansu ... 
Zaczynam wariować ... 
A zarazem sie pomału do tego badania przyzwyczajać i oswajać.. 
To chyba zmęczenie materiału ...
Niby każdy dostaje tyle ile sam jest w stanie znieść , ale mnie to chyba nie dotyczy ...
Właśnie usłyszałam w TV, że nigdy nie jest za późno żeby spełnić swoje marzenia ...
Ja mam już tylko jedno, a reszta ??? ... reszta sie sama ułoży ...






wtorek, 6 listopada 2012

[38] DZIĘKUJĘ ...

Codziennie ... naprawdę codziennie myślę o tym ile zawdzięczam Wam.. i wszystkim , którzy mi pomagali i cały czas pomagają...
Boję się... cholernie się boję tego co przyniesie przyszłość ...  ale staram się chociaż nie wracać do przeszłości ... Staram się ... ale ... jedna myśl nie daje mi spokoju ... że może gdybym wcześniej ... nawet na początku roku trafiła na ten namiar , z którego teraz korzystam w Berlinie to moja sytuacja wyglądałaby teraz inaczej ... Może guz by sie nie rozrósł, może nie doszłoby do wodogłowia, może nie byłaby konieczna operacja, którą przeszłam... może... 
Wiem,że to jest tylko gdybanie i nikt mi nie odpowie na to pytanie , ale ta myśl nie daje mi spokoju ... 
Minęły już 3 tygodnie od ostatniej wizyty w Niemczech. jeszcze kolejne trzy i ponowna powtórka z rozrywki. Kolejny rezonans ... kolejna wizyta ...
Człowiek stara sie wyłączyć, nastawiać pozytywnie ale za cholerę mi to nie wychodzi... Tak sie po prostu nie da...
Piszecie, wspieracie .... Bardzo to doceniam ... bardzo ... ale strach jest silniejszy... I nie ma po prostu nie ma dnia, żeby go nie było... z mniejszą lub większa siłą ale jest ....
A żadne słowa nie są w stanie mi pomóc ...
Nie mniej jednak dziękuje Wam za każdą ale to każdą okazaną mi pomoc i naprawdę to dla mnie wiele znaczy ...



Jeszcze jakby mi mało było nie daje mi ostatnio spokoju mój cholerny kręgosłup... Jeszcze rok temu spanikowana, że to przerzuty na kręgosłup zrobiłam na cito rezonans... Wiem to bardzo rzadka sytuacja nie mniej jednak przerzuty tych guzów w obrębie centralnego układu nerwowego nieraz występują... No na szczęście nic tam takiego nie było ale protruzja krążka międzykręgowego daje o sobie znać ... Trzeba coś z tym zrobić może chociaż trochę jutrzejszy masaż kręgosłupa pomoże... Nie wiem nigdy nie byłam, ale od kilku dni tak mi dało popalić ,że nie sposób już wytrzymać...
Cieszyłby się człowiek jakby miał tylko taki problem...
Ale i tak się cieszę... miniona niedziela minęła błyskawicznie ale z moimi kochanymi rodzicami z moim kochanym Bączkiem...Gidle, Częstochowa... to przynosi mi pewnego rodzaju ukojenie, chwilowy wewnętrzny spokój...
Nie obyło sie bez delikatnego płaczu, ale uścisk Mamuśki łagodzi każdy ból...
Wiem...smęcę jedno i to samo... jak to mi źle ... Ale co mam poradzić ... Ostatnio to czysta prawda ...



Zbieram się ... zbieram pomalutku ... ale dzisiaj dopadła mnie słabość... w dosłownym tego słowa znaczeniu ... przez chwilę myślałam ,że fiknę... na szczęście jakoś udało się dotrzeć do samochodu i szczęśliwie z Baczkiem dotarłam do domu. Ale wyprawa dzisiaj na zwykłą pocztę była dla mnie nie lada wyzwaniem... jedyny pozytyw tego dzisiejszego kiepskiego dnia jest taki, że oczy mi się zamykają i chyba ( ale nie jestem pewna) uda mi sie zasnąć o ludzkiej porze...
A wtedy mam nadzieje, że przyśni mi się moja cudowna rodzinka... Ktoś mądry kiedyś napisał, że Oni są dla mnie a ja jestem dla Nich i tego sie będę trzymać...
Bez Was byłoby naprawdę ciężko ...
Ten poniższy filmik mówi sam za siebie...
Taka mała życia garść nie więcej...




czwartek, 1 listopada 2012

[37] DAJ MI CHWILĘ ...

Po pierwsze położyłam się przedwczoraj i wczoraj z mega dołem ...
To choróbsko mnie po prostu prześladuje , gdzie się nie obrócę tam glejak...
Strach otwierać lodówkę bo niebawem pewnie na mnie wyskoczy z górnej półki
To jakiś kiepski film , chyba bardzo długometrażowy bo końca nie widać...
W oczekiwaniu na atrakcje dnia ( czyt. seriale) wtorek godz. 19:50 TVN i co ???  reportaż " Sztuka umierania" 

http://uwaga.tvn.pl/61847,wideo,380150,sztuka_umierania,sztuka_umierania,reportaz.html

Zamurowało mnie kompletnie, ale przełączyć nie przełączyłam... Obejrzałam do końca...  
Buczałam, a jakże by inaczej , łapy trzęsą mi się do dzisiaj
Ale dopiero dzisiaj kiedy obejrzałam ten reportaż na spokojnie dotarło do mnie jak ja temu księdzu zazdroszczę... Tak po ludzku zazdroszczę, tej siły , tej odwagi ... której ja w sobie ostatnio nie znajduję..
Muszę się jeszcze wiele nauczyć...

Obudziłam się wczoraj z  myślą,że nic mnie nie zaskoczy...  nic bardziej mylnego !!!
Zaskoczyło i to jak !!
Chociaż raz w pozytywnym  tego słowa znaczeniu... w negatywnym niestety też...
Niespodzianek ciąg dalszy...
Niespodzianki : 
1 . W życiu nie byłam u tak miłej Pani Doktor jak wczoraj - okulista... prawdopodobnie dopadł mnie nerwoból oczu, zobaczymy czy dobrane krople pomogą i zadziałają czy może to jednak nie to :-( Trzymam się optymistycznej wersji !!!Bo raczej wykluczone, alby było to spowodowane moim PRZEŚLADOWCA... i kładę tu szczególny nacisk na wykluczone, a nie na słowo raczej ;-)

2.  Nikt nigdy nie zajął się tak perfekcyjnie i dokładnie moimi oczami ... 

3. Czeka mnie najprawdopodobniej chodzenie w okularach ale ale !!!  dno oka idealne !!! Ciśnienie  śródczaszkowe podobno bomba !!! Granice wyraźne, naczynia o przebiegu prawidłowym. Czyli reasumując w tej całej tragedii chyba są małe powody do radości bo mówiąc po ludzku nie widać śladu ucisku guza. Więc to chyba na plus !!! Kolejna kontrola za 3 miesiące...

4. Mam rewelacyjne wyniki badań krwi i wszyscy wokoło nadziwić sie nie mogą jak to możliwe...
Cóż po utracie kolejnych kilogramów Profesorek zalecił kontrolne badania co tez moja Pani Doktor uczyniła i zleciła. Znowu człowieka pomęczyli, krwi spuścili ale... dla takich wyników mogą mnie kłuć codziennie... Co prawda jeszcze ich moja Doktorowa nie widziała ale mój osobisty lekarz ( czyt. Mamuśka ) jest zachwycona a mnie nie pozostało nic innego jak jej zaufać !!!
Gdyby nie ten gagatek w mojej głowie można by rzec , że jestem okazem zdrowia... W życiu nie miałam tak idealnych wyników !!!
No więc co jest powodem tego spadku masy ciała ??? ... Ubyło mi już od zeszłego roku 18 kg i końca nie widać... Hmmm... rozmiar 34, w porywach 36 nie jest szczytem moich marzeń , może kiedyś był , ale teraz ... teraz najzwyczajniej w świecie mnie przeraża. Mówią na mnie w rodzinie kurczątko, pisklątko no i patrząc w lustro zaczynam dostrzegać to podobieństwo...
Chodzę w ciuchach Bączka, a i te niektóre robią sie już za duże
Fakt jedzenie opornie mi idzie, ale codziennie włażę jak opętana na wagę i wypatruje czy coś przybyło.. tyle , że nie przybywa...
Może w innych okolicznościach byłby to powód do radości ale teraz... no teraz średnio mi się to podoba...
Wczorajszy dzień nie mógł jednak być , aż tak kolorowy jakbym tego chciała...
Odeszła kolejna osoba, z którą razem w zeszłym roku zaczynałam swoją walkę... Przegrał... pamiętam jak spotkałam go przypadkiem w gabinecie katowickiego Profesorka był pełen werwy i nie dopuszczał do siebie myśli, że jest chory. Jak to powiedział... trzeba wyciąć ( bo miał to szczęście wtedy , że guz był operacyjny) i zapomnieć... Pomimo, iż mało wtedy do mnie docierało to zdanie wybitnie utkwiło mi w pamięci... zazdrościłam mu ... tak bardzo mu zazdrościłam, że będzie miał operacje, że pozbędzie sie tego gówna !! Ale to gówno wróciło !!! Pomimo tego, że Jemu udało sie wyrzucić ten syf z głowy Jego już dzisiaj nie ma... Mamuśka ... wiem chciała mnie chronić, dlatego powiedziała mi o tym dość późno...Wiedziała ,że to przeżyje bo ciągle o Niego dopytywałam... Nie wiem co będzie... nikt z Nas nie zna przyszłości ale pisze to teraz i mam na chwilę obecną olbrzymią nadzieję... Tyle się wokół mnie dzieje, ale cieszę się tak bardzo się cieszę, że nadal tu jestem ...
Kładłam sie wczoraj z nastawieniem, że nie wyjdę dzisiaj z domu... Nie obyło się bez płaczu, lamentu, że nienawidzę tego święta !!!... Dzisiaj rano dotarło do mnie co Mamuśka tłukła mi do głowy wieczorem, że przecież żyje !!! A to jest największe szczęście dla nich wszystkich... ostatnio mało do mnie dociera ale ktoś mądry kiedyś powiedział : " dopóki walczysz - jesteś zwycięzcą ". Chwilowo zabrakło mi mocy, ale nie złożyłam jeszcze broni... tylko tak bardzo brakuje mi tej normalności... 
Ale pozytyw tygodnia jest taki, że nawiązałam kontakt z kolejną osobą która leczy sie w tej samej klinice w Berlinie co ja od grudnia zeszłego roku.... i co ??? I ma się całkiem dobrze ... Chłopak walczy dzielnie i pomimo innych przeciwności losu sie nie poddaje...  Kurcze dopada mnie teraz cały czas myśl, że skoro komuś pomaga to czemu na mnie ma nie zadziałać... no dlaczego nie ??? !!! Powiedział mi , że muszę się ze swoją chorobą zaprzyjaźnić ... Cholera to niemożliwe... nie może być moim przyjacielem ktoś kogo tak bardzo nienawidzę !!! To coś zniszczyło mi całkowicie życie i nie ma w nim dla takiego syfu miejsca !!!
Dzisiaj Wszystkich Świętych ... Bałam się jak cholera... był wczoraj bunt, złość, bezsilność... ale poszłam... Było zupełnie inaczej niż w zeszłym roku... Całkowita obojętność, byłam na cmentarzu ciałem ale nie duszą... W zeszłym roku stałam nad grobami płakałam wyobrażałam sobie jak będą stali nad moi grobem a dzisiaj nic... kompletnie nic... Bałam się tylko spotkać ludzi... bałam się spojrzeń, pytań... Cały czas się tego boję... Ale nie bałam sie stojąc na cmentarzu, stojąc u Dziadzia , stojąc u mojej A. Czułam dziwny spokój.... 
A ten jest mi teraz najbardziej potrzebny....
Tylko męczyło mnie cały czas jedno pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi... Dlaczego człowiek rodzi się tylko po to, żeby umrzeć ???
Dlatego losie daj mi chwilę ... chociaż tyle ...