Ten dzień był pełen wrażeń...
Jeszcze nie ochłonęłam ...
Jeszcze dochodzę do siebie ...
Zaczęło się niezwykle miło, kiedy Mamuśka obudziła mnie śpiewem i całusami...
Wstałyśmy wcześnie rano...
O 9:15 miała wybić godzina zero, spod Burzynski Clinic po 8:00 miał mnie zabrać kierowca i dowieźć na rezonans na radiologię...
Dotarłysmy pod klinikę, wsiadłyśmy zestresowane z Mamuśką ... i pierwszy zonk.
Wystarczyło, że tylko zasiadłam w samochodzie i ten nagle nawalił :-)
Ani myślał zapalić :-)
Na mojej twarzy po raz pierwszy pojawił się wtedy uśmiech ...
Spojrzałyśmy z Mamuśką po sobie i ta z rumieńcem na twarzy rzekła do mnie :
" No to zaczyna się :-) ".
Ja niewiele myśląc skwitowałam to stwierdzeniem, że teraz pewnie rezonans się popsuje bo z moim szczęściem wszystko możliwe ...
W końcu na wysokich obrotach przy pomocy pogromcy dróg Krysi dotarłyśmy do zamierzonego celu.
I w tym momencie myślałam, że padnę ze śmiechu kiedy okazało się, że jest awaria aparatu. Badanie przesunięte. Początkowa wersja zakładała, że naprawa potrwa godzinę. W trakcie okazało się jednak, że dłużej więc... wróciłyśmy do Burzynski Clinic, żeby tam w spokoju oczekiwać na badanie. I tak mijała pierwsza godzina, druga, trzecia i czwarta . W końcu dałam za wygraną i otulona kocykiem zasnęłam nie mysląc w ogóle o tym co się dzieje...
W końcu nie mogło byc w moim przypadku normalnie :-)
I przed 14:00 zadzwonił telefon !!! Mam się zbierać !!! Szybko się ogarnąć !!! Dzieje się !!!
Wszystko na wysokich obrotach !!!
Prawie w biegu !!!
I jeszcze dr Barbara Burzyńska prowadzi mnie do pokoju bo muszę szybko dokumenty podpisać...
Kroczymy w przyśpieszonym tempie... naciskamy klamkę drzwi, wchodzę za nia i zamieram w bezruchu ...
Słysze tylko słowa piosenki : Happy Birthday to You... Happy Birthday to You ... i oczom nie wierzę ...
To był jakiś film ... piękna niekończąca się opowieść.
Tyle osób łącznie z Dr Burzyńskim na czele zrobiło mi niespodziankę ...
Język stanał mi w gardle ...oczy zalały się łzami ... zaparło dech w piersiach ...
Nikt nigdy nie zrobił mi takiej niespodzianki ...
I choć tęsknota za domem w dniu dzisiejszym była straszna, strach przed badaniem ogromny to w tamtej chwili wszystko odpłynęło...
Byłam taka szczęśliwa ...
Nadal jestem ...
I dmuchając te 31 świeczek na tym "moim" torcie pomyślałam o tym jednym , jedynym wyczekiwanym marzeniu ...
Nie mogłam w to wszystko uwierzyć ... do tej pory nie mogę ...
Siedziałam oszołomiona ...
Taka wzruszona ...
To było wspaniałe przeżycie ...
A to jak sie okazało był dopiero początek ...
W mega szoku pojechałam w końcu na rezonans ...
Nie czułam po prostu nic...
Jechałyśmy z Mamuśką w samochodzie,a mnie buzia sie nie zamykała
z zachwytu...
Nawet nie wiem kiedy dotarłyśmy na radiologię, nie wiem kiedy wśliznęłam się to MRI , nie wiem kiedy skończyło się badanie ... cały czas miałam przed oczami niespodziankę ...
Z nagranym badaniem na płycie zmierzałam spowrotem do "mojej" kliniki.
Było już późno ...
Nie liczyłam na to , że dzisiaj poznam wyniki...
Jednak to co sie wydarzyło przerosło moje wszelkie oczekiwania !!!
W drodze powrotnej zadzwonił telefon ... hmm... KLINIKA... myślałam, że z informacją że mam jechać odrazu do domu
Nie !!!
To dr Burzyńska z drżącym , radosnym głosem wyśpiewała mi : JEST LEPIEJ !!! GUZ SIĘ ZMNIEJSZYŁ o 20 % !!!
Ale jak to ??? Skąd wiedzieli ??? Przecież ja jeszcze nie dotarłam do Nich z płytą !!! Wszyscy byli tak zniecierpliwieni , że jakimś elektronicznym sposobem z radiologii do kliniki przesłali mój obraz ...
Nie wierzyłam ...
Dalej nie mogę uwierzyć w to co usłyszałam ...
Wyłam ze szczęścia jak dziecko ...
A Mamuśka wtórowała mi niczym rozhisteryzowana wilczyca ...
Dotarłyśmy rzutem na taśmę, czekali na mnie ... czekali, żebym sama zobaczyła na własne oczy to o czym mówią ...
Kiedy lekarz wyświetlił mi na ekranie obraz mojego guza z 29 stycznia 2013 i dzisiejsze skany o mało nie padłam na ziemię.
Gołym okiem było widać różnicę ...
20 % ...
Cudem dla mnie była stabilizacja obrazu ... nawet nie marzyłam o czymś takim ...
To najpiękniejszy prezent jaki mogłam sobie wymarzyć ...
Od razu pomyślałam o moim Dziadziu... nie doczekał ... ale wiem, że ma w tym swój współudział ... Czuwa tam z góry ... a ja tak cholernie tęsknie ...
Płacz Taty w telefonie, Bączka, Hubcia to niezapomniane chwile... uściski w klinice, całusy od tylu wspaniałych ludzi, którzy są ze mną, wiadomości , telefony od moich houstońskich i polskich przyjaciół pozostaną na wieki w mojej pamięci...
Ten dzień jednak miał się jeszcze nie skończyć ...
Moje kolejne kliniczne anioły Małgosia, Jaga i Krysia porwały mnie na meksykańską ucztę !!!
Wrażeń i niespodziankom nie było końca !!!
A kiedy dwóch super kelnerów stanęło przede mną z ciastkiem i zapaloną świeczka śpiewając Happy Birthday to You... łzy popłynęły mi po policzku ... biedni wystraszyli się , bo nie sądzili , że to łzy szczęścia ... nie wiedzieli, ale kiedy powiadomiliśmy ich , że świętujemy nie tylko moje urodziny ale pierwszy sukces w walce z tym DZIADEM gratulacjom nie było końca !!!
Wrażeń od samego rana miałam tyle, że nie sposób normalnie zasnąć ...
Łeb mam jak stodoła ...
To bajka ... niekończąca się opowieść ...
Gdyby wiara innych ludzi, ich troska, opieka mogła leczyć juz dzisiaj byłam zdrowa ...
Wojna dalej trwa ...
Ale pierwsza bitwa wygrana
1 : 0 dla mnie !!!
WSZYSTKIM Z CAŁEGO SERCA ZA DZISIEJSZY DZIEŃ DZIĘKUJĘ ...
Kalusia