PROSZĘ POMÓŻ MI WYGRAĆ BATALIE O ZYCIE ....

Bank Zachodni WBK Odział 1 Kielce: 86 1090 2040 0000 0001 1113 97 44

w tytule wpłaty: KAROLINA DZIENNIAK
Fundacja z Uśmiechem, ul. Paderewskiego 11/39, 25-001 Kielce

KONTAKT :

E-MAIL : kalusia22@o2.pl


czwartek, 23 kwietnia 2015

[ 106 ] PEWNEGO DNIA...

Pewnego dnia...
Pewnego dnia ... przyjdzie ten czas, że to wszystko się skończy  ...
Bo przecież cały ten horror musi się kiedyś skończyć... dobrze albo źle... Są tylko dwa wyjścia i chociaż zdecydowanie chce postawić wszystko tylko i wyłącznie na jedna kartę... tą dobra kartę...To któż to może wiedzieć...
I chociaż tak bardzo skupiam się na tej cholernej walce z tym pasożytem to nadal przyszło mi odbierać ciosy od nieprzychylnych mi osób...
Jakaż ja byłam głupia myśląc, że zablokowanie komentarzy na blogu da mi trochę spokoju...  Zawsze pojawią się tacy, którzy znajdą sposób, żeby dokopać...Na facebook-u przeczytałam kilka przykrych wpisów,które zniknęły, żeby ludzie nie dawali się nabrać, gdyż moi rodzice wykupują drogie wczasy za granicą, nowiusieńkie samochody prosto z salonu i drogie zegarki " Lacosty". Chodzą bezczelnie po mieście i się tym chwalą. Nie wiem już czy śmiać się czy płakać... Jestem najzwyczajniej w świecie za głupia na to wszystko. Punktem kulminacyjnym było stwierdzenie tej osoby, że sama kiedyś wpłaciła na moje leczenie i teraz bardzo tego żałuje ... Widać dla co poniektórych najlepszym wyjściem byłby fakt,żeby swoja walkę przegrała i odeszła z tego świata i tylko wówczas czuliby się usatysfakcjonowani. Bo nie umiem sobie tego inaczej wytłumaczyć... Jak można wysuwać takie oskarżenia, siać niepotrzebnie zamęt... Jestem podopieczną Fundacji z Uśmiechem w Kielcach, każdy może to sprawdzić, zadzwonić dopytać. Wszystkie rachunki za leczenie pokrywam z własnych środków i dopiero na podstawie przesłanych do Fundacji faktur w ciągu 14 dni następuje ich refundacja...
Ktoś kto nie znalazł się nigdy w sytuacji gdzie walczy o swoje życie i prosi o pomoc innych , obcych ludzi nigdy tego nie zrozumie jak bardzo to ciężkie... Ja mam pełną świadomość tego, że wciąż żyje dzięki ofiarności ludzi, którzy szczerze mi kibicują... Samej nigdy nie udałoby mi się tego wszystkiego dokonać... Mam tego dowody w postaci niezliczonej ilości e-maili i wiadomości na fb, ciepłych, wzruszających, krzepiących. 
I kiedy w końcu udaje mi się wyciszyć ... zapomnieć.... nagle jeden pstryk i ktoś się nade mną pastwi , bawi się moja psychiką i sprawia ogromny ból mnie i moim bliskim... nie wiedząc, albo wiedząc jak mnie tym krzywdzi, jak zabiera mi bezcenne pokłady energii...
Po raz kolejny pytam : DLACZEGO ???





środa, 18 marca 2015

[ 105 ] ZA CO ????????

Odcięłam się chwilowo ...
Nie robię nikomu na złość.... zbyt dużo się wydarzyło ...
Chwilowo, a może na zawsze komentarze do bloga zostały zablokowane... Te kłótnie, obraźliwe epitety w moją stronę to było dla mnie zbyt wiele. Gwoździem do trumny był komentarz , który nie został opublikowany ( jak i wiele innych obraźliwych) cyt. "Jesteś egoistyczną francą!!! " 
Czy taka osoba może spać spokojnie ??
Czy może ja jestem jakaś nie do końca normalna i nie potrafię tego zrozumieć ...
Cały czas próbuje to jakoś ogarnąć i wciąż zastanawiam się dlaczego nie potrafię tego najnormalniej w świecie olać...
To moja przyjaciółka dosłownie zmusiła mnie do zablokowania komentarzy bo widziała jak po wielu innych cierpieniach dosłownie mnie to przygniotło. Tak musi na tą chwilę pozostać, nie zmienię tego świata.... Nie mam na to najmniejszego wpływu, ale w tej chwili naprawdę potrzebuje wsparcia, a nie linczu... I tak jak Ksena wojownicza Madzia zawsze jestem w kontakcie z zainteresowanymi poprzez e-mail...Ksena odeszła co dla mnie jest niepojęte i nie dotarło jeszcze do mnie, ale jednego jestem pewna,że czuwa tam nad nami chorymi... Nie znałyśmy się osobiście tylko wirtualnie , ale bardzo dużo się od Niej nauczyłam...
Dzięki Niej wiem ,że takich wirtualnych , wspierających mnie przyjaciół naprawdę nie brakuje. Każda wiadomość wnosi w moje życie coś dobrego. Dostaje tyle oznak empatii, tyle próśb o pomoc każdego dnia. Jak tylko mogę staram się pomóc... czasem z mniejszym , czasem z większym opóźnieniem, ale jestem dla Was zawsze...
Dlatego wciąż zadaje sobie pytanie ZA CO ???Za co ten lincz :(
Tylko osoby, które są ze mną na co dzień wiedzą jak naprawdę się czuje, co mi jest i właśnie z tym  mi cholernie ciężko  i przykro ,że patrzą na moje wzloty i upadki. A zdecydowanie tych drugich było w ostatnim czasie zbyt wiele. I dziękuję im każdego dnia,że są ze mną,że przyniosą herbatę, jedzenie do łózka kiedy człowiek wycieńczony gorączką i piekielną bakterią, która znowu wróciła z trudem podnosi się z łóżka. 
Zastanawiam się jak można osobie chorej na raka napisać w komentarzu : " halo żyjesz???". Może niektórzy chcieliby usłyszeć,że już nie , więc chyba muszę rozczarować, że niestety TAK ŻYJE !!! I bardzo.... BARDZO CHCĘ ŻYĆ !!! Może za bardzo przezywam , ale zawsze byłam wrażliwa,a teraz to już nie sposób to opisać...
Przyznaje szczerze,że jestem już bardzo zmęczona... w maju stukną 4 lata ... cztery najdłuższe lata mojego życia , w których bujam się z tą gnidą w mojej głowie. Minęły dwa lata intensywnego leczenia i moje ciało, a przede wszystkim dusza jest już mocno pokiereszowana. 
Cały czas walczę z rakiem, a dodatkowo dochodzą kolejne problemy...
Walczę z nerkami,które niestety szaleją. Kolejne infekcje tez robią swoje i teraz znowu to CLOSTRIDIUM DIFFICILE !!! Wróciło cholerstwo. Już drugi tydzień mam odstawione leki i włączony silny antybiotyk. W głowie się kotłuje co tam się dzieje jak gadzisko nie jest atakowane, pewnie zaciera rączki i się cieszy :(
Potrzebowałam czasu ,żeby wiele spraw przyswoić, wypłakać się... Za dużo się dzieje jak na jedną osobę..
Wyniki Bączka rezonansu głowy wyszły ok!!! Jest czysto !!! Boże jak ja się bałam.... Tak strasznie Ja kocham... I tak potwornie się o Nią martwię i zawsze będę martwić. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić,że coś złego mogłoby się Jej stać . Ona jest moją długo wyczekiwaną prawie 10 lat " malutką " siostrzyczką. I chociaż teraz będzie bronić pracy magisterskiej dla mnie i tak zawsze będzie Małym Bączkiem...
I kiedy tak przyszła dobra wiadomość od Tatka ,że udało się chodzi bez kul i w kwietniu po ponad roku wraca do pracy, dostałam kolejny cios...
Mamuśka ...
Musi być przecież zachowana równowaga !!!
Guz....
Cholerny guz w piersi i naczyniak na wątrobie... :(
Teraz pozostało czekać na biopsje, a potem na wynik.
I jak się dźwignąć ???
I tak jak kiedyś powstał film " Truman Show" , tak ciągle mam wrażenie, że teraz powstaje film " Kala show". Ja ciągle czekam na "happy end". Ale jak na jednego człowieka to dużo za dużo...
Ale i tego było mało dla mnie mało...
Odbiło się szerokim echem na mojej psychice odejście dwóch wspaniałych koleżanek, które dzielnie walczyły ze mną z glejakiem. Załamałam się ... walczyły do końca, a teraz... teraz już ich nie ma. Pojawiły się lęki... potworne lęki i ten strach co potrafi ścisnąć za gardło i tak trzymać i trzymać ...
Moja walka nadal trwa i dziękuję Bogu że nadal jestem, ale po cichutku proszę losie odpuść mi troszeczkę ...



wtorek, 27 stycznia 2015

[ 104 ] KROK DO PRZODU !!!! ...

Stalo się ....
Mamy rok 2015 ... kolejny rok walki....
Po 4 tygodniach pobytu w domu z kochaną Rodzinka i przyjaciółmi trzeba było mi powrócić za " wielką wodę ".
Był płacz, żal....
Ale co zrobić ???
Bardzo chcę żyć !!! Więc trzeba działać !!!
Pierwsza wizyta w klinice po przylocie w zeszłą środę niestety przyniosła rozczarowanie. Poleciały wyniki. Anemia... i wysokie białko w moczu powoduje ,że nerki postanowiły sobie strajkować...
Nici z wlewu ... i decyzja o odstawieniu pozostałych leków na pewien czas. Zaraz zakotłowało mi się w żołądku i pierwsza myśl,że nieźle ten rok się zaczyna !!!
Dodatkowa informacja w poniedziałek 26 stycznia robimy rezonans !!! Czas sprawdzić jak się ma GADZISKO !!!
No i znowu nerwówka, stres. W końcu nadszedł poniedziałek. Tym razem nic się nie popsuło, nic niespodziewanego się nie wydarzyło. Aż dziwne !!! A ja opanowana i spokojna jak nigdy !!! Jedynym znakiem były urodziny mojej Agi, która zainicjowała i załatwiała rozpoczęcie mojego leczenia. I kiedy tak czekając na badanie dostaje od Niej wiadomość,że to znak,że MRI jest w dniu Jej urodzin, a Ona życzy sobie wspaniałego prezentu ode mnie w postaci dobrych wyników coś we mnie drgnęło.
I w końcu przyszła moja kolej.Poszło bez żadnych problemów, aż dziw mnie bierze !!!
Dotarłam do kliniki i czekałam na "obrady okrągłego stołu". Wcześniej rutynowe badania, mierzenie,ważenie itd. I tak przytyło mi się !!!! W końcu nie jestem straszącą kostuchą, ale widać mięsko :-) no ale przy mierzeniu ciśnienia serce waliło jak oszalałe, a I samo ciśnienie nieżle sobie skoczyło do góry !!! No ale stres zaczął potęgować więc cóż się dziwić.
I tak....
Po paru miesiącach stabilizacji w końcu krok do przodu !!! GADZISKO się zmniejszyło !!! I to w jednej płaszczyźnie ponad 1 cm !!! Czułam jak krew odpływa mi z mózgu, a nogi stają się jak z waty. Chyba nie dowierzałam. Przyszła pora na kolejną wygraną bitwę, szkoda tylko że nie całą wojnę...
Ale radość była nieziemska !!! 
Teraz tylko trzeba przywrócić mój organizm do stanu " używalności" żeby jak najszybciej wdrożyć leczenie i atakować GNIDĘ dalej !!!
Kochani dostaje od Was mnóstwo e-maili, mnóstwo wiadomości. To niesamowite jaka armia mnie wspiera, jaka armia we mnie wierzy. Każda wiadomość, każde ciepłe słowo to taki kolejny kop do walki dla mnie. Czuję się w obowiązku,żeby się nie poddawać. 
Wiele pytań dotyczy jak długo potrwa leczenie, ale to pytanie do samego Pana Boga. Glejak jest tak nieprzewidywalną chorobą ,że w jednej chwili może nastąpić zwrot akcji o 180 stopni. Będę walczyć dalej bo mam dla kogo i tak długo dopóki "góra " się o mnie nie upomni. I chociaż wiem,że chwile słabości przyjdą jeszcze nie raz, to bez walki się nie poddam , za daleko zaszłam... Nie mogę tego zmarnować. Ten czas rozłąki z moją Rodziną, z moimi bliskimi jak na razie procentuje. Wiele się w moim życiu pozmieniało, ale nie na wszystko mamy wpływ. Dla mnie nie ma ważniejszej rzeczy żeby móc wrócić do domu, ale póki co musi być tak jak jest chociaż jest potwornie ciężko.
Teraz czekam na dokładne wyniki badań, bo nie ma czasu do stracenia. Każda chwila jest ważna i trzeba wdrożyć spowrotem leki. Dlatego trzymajcie kciuki jeśli tylko możecie, a ja na razie cieszę się tą wczorajsza chwilą i żyje nadzieją że w końcu kiedyś stanę z głową wysoko uniesioną do góry i z całej siły wykrzyczę WYGRAŁAM !!!
Kolejny powód , który spędza mi i mojej Rodzinie sen z powiek to ciągle rosnący kurs dolara !!! Dlatego Kochani zamieszczam swój nowy apel i ponownie proszę o 1 % podatku i darowizny Wiem,że to już kolejny rok z kolei. Potrzebujących ciągle przybywa, ale nigdy nie będę wstydzić się prosić o pomoc , bo...... cóż tu dużo mówić od tego zależy moje życie. Więc jeśli możecie podajcie dalej to nic nie kosztuje, a dla mnie to ogromna pomoc.
I dzisiaj mogę sobie krzyczeć NEVER GIVE UP !!!!




środa, 31 grudnia 2014

[ 103 ] NIE LICZĄC DNI MOGĘ TAK TRWAĆ !!!

Na szybko !!!
Bardzo krótko !!!
Zdarzył się mój mały świąteczny cud !!!
Udało się !!! Dotarłam na święta do domu !!!.
I nieważne,że na krótko, że już 19 stycznia muszę zawitać w Stanach spowrotem to jest spełnienie mojego marzenia!!!! 
Święta w rodzinnym gronie !!!
I choć noce bezsenne, a dnie w większości przesypiam jestem szczęśliwa !!! Oprócz zdrowia nie ma dla mnie teraz ważniejszych rzeczy. Czas leci tu tak szybko... dlaczego ???
Rozumiemy się cała moja rodziną bez słów, już nikt nawet nie składa mi życzeń przy łamaniu się opłatkiem... Wystarczy tylko : " Kalusia , Ty wiesz..." Wiem i ja i wiedzą Oni....Nikt nie ma mi za złe kiedy zasypiam przy stole, wszyscy cieszymy się, że jesteśmy razem i to jest najważniejsze, to jest najpiękniejsze.
I mimo tego, żę w Houston czeka na mnie tylu kochających mnie ludzi ze wzajemnością , to ten czas z moja Rodzinką jest dla mnie takim ogromnym darem, że nie sposób tego opisać. 
I chociaż lot był ciężki, 2 przesiadki i 20 godzin w podróży to widok jaki ujrzałam po wyjściu bezcenny... Moi Kochani Rodzice, Bączek, Ciocia, Kuzynostwo i..Szefowa. To było wspaniałe, chociaż byłam całkiem bez sił, to nie ma nic piękniejszego jak wyściskać się z Nimi wszystkimi...
Boże jak mi tu dobrze !!! I chociaż nie udaje mi się zapomnieć co mi jest, że znowu spędzam kolejne Święta z tą mendą, to udało mi się wyciszyć. I dlatego nie licząc dni mogę tak trwać ... i trwać ...
i trwać...
Dzisiaj Sylwester ... ostatni dzień starego roku, ale cieszę się że udało mi się kolejny przeżyć,bo według prognoz niektórych miałam nie dożyć dwóch lat. I muszę niestety pewną Pania doktor w tym miejscu rozczarować bo choć do pokonania gadziska jeszcze daleka droga to cóż nadal żyje !!! Dlatego Kochani, życzę Wam żeby ten nadchodzący był przełomem w życiu każdego z Nas....
A ja ostatni raz w tym roku znowu marudzę i proszę o wsparcie zbiórki, która kończy się dzisiaj.
Dla mnie każda złotówka to bezcenny dar...
http://www.siepomaga.pl/f/zusmiechem/c/715
Mówią, że za pieniądze zdrowia nie kupisz, ale na razie mi się udaje... dzięki Wam bo sama nie dałabym rady...
Dziękuję , że jesteście!!!
Nawet nie wiecie jakie to dla mnie ważne !!!!
Do spisania za rok !!!






piątek, 12 grudnia 2014

[ 102 ] BLADY STRACH ...

Już nie pamiętam, który to raz zasiadam żeby naskrobać tego posta.
To nie brak czasu, bo co jak co na to to ja nie mogę narzekać .
Ale niemoc... totalna niemoc...
Za każdym razem kiedy staram się coś z siebie wykrztusić, ogromna kluska staje mi w gardle, nieruchomieją palce i zaczynam ryczeć.
Chowam się wtedy pod kołdrą, zaciskam zęby i próbuje się przenieść do innego świata, świata swoich marzeń....
Tylko, że nic z tego nie wychodzi ...
To nie tak... nikogo nie olewam... po prostu paraliżuje mnie strach i nie pozwala na wylanie swoich uczuć...
Dzisiaj po długim czasie udaj mi się zmobilizować wszystkie pokłady siły...
Chcę być silna, nie dla siebie ... dla wszystkich, których mam wokół, dla Was... 
Nawet teraz kiedy staram się jak mogę drżą mi dłonie i czuje uderzenia gorąca...
Chciałoby się stanąć z boku i po prostu na to wszystko popatrzeć nie wiedząc, że to dotyczy mnie, ale rzeczywistość jest niestety inna i nie zapowiada się na razie , żeby było inaczej...
Ostatnio bardzo spanikowałam, wyniki powariowały.
Najpierw nerkom chyba się coś pomyliło i postraszyły białkomoczem , a inne wartości krwi osiągnęły jakieś kosmiczne wartości... Na szczęście w tym tygodniu zaczęły wracać do "ludzkich" norm. Za tydzień kolejny wlew...
Pożyjemy ... zobaczymy ...
Padł blady strach na mnie i potworna panika... Człowiek leczy jednego dziada, a co innego siada... A jak fizycznie źle , to o psychice już nie wspomnę...
Tego nie da się opisać i nikt, po prostu nikt kto tego nie przeżył nie zrozumie...
Nakręcam się tez tematem świąt...
Za każdym razem zastanawiam się czy być może te nie będą tymi ostatnimi ... Dlatego tak ważne jest dla mnie spędzić je z moimi bliskimi.... To jest dla mnie sprawa priorytetowa. Wtulić się w nich wszystkich , wyściskać, po prostu tam być i nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba...
Tym będzie dla mnie magia tych świąt...
To dla mnie prawdziwe szczęście...
Tylko tyle... i aż tyle...
Dostaje od Was tyle wiadomości i te piękne słowa działają na mnie kojąco, ale nie jestem tak jak mnie nazywacie bohaterką. Co ze mnie za bohater ????
Ta walka mnie wykańcza emocjonalnie, wszystko kreci się wokół gada...
Nie, nie poddaje się , ale sił już brakuje.
Cóż  z tego, że otrzymuje komplementy jak dobrze wyglądam, skoro to nie koreluje z tym co
w środku.
Męczą mnie tak okropne sny,że budzę się w środku nocy zlana potem słysząc przez sen swój własny krzyk. Przeokropne uczucie. Powracają obrazy z przeszłości z mojego dawnego życia i czuje się wtedy tak błogo i nagle .... buuuum piękny sen przechodzi w koszmar i wszystko wraca...
Wszystko wywróciło się u mnie do góry nogami... Wszystko...
Ale tak jak mówi moja Ulcia coś się dzieje po coś i wierzę ,że tak właśnie jest...
Temat guza mózgu mnie prześladuje... jest jak rzeka... Przyciągam ostatnio same programy na ten temat i filmy... Nie wiem , czy to przypadek, czy tak własnie ma być... Jest wszechobecny...
Boże jak ja dziękuje za tych wszystkich wspaniałych ludzi, których mam wokół siebie. Tworzą tutaj namiastkę mojej własnej rodziny, troszczą się o mnie, dbają to dla mnie niesamowite.
A kiedy ostatnio siedzieliśmy razem wieczorem i usłyszałam,że jestem częścią Ich rodziny
( rodzinki , u których obecnie mieszkam) poczułam przeogromną fale ciepła przeszywającą moje ciało. Usłyszeć coś takiego od zupełnie obcych osób... bezcenne... Ciągle zadaje sobie to pytanie czym sobie zasłużyłam na dobro , które spotyka mnie od tych wszystkich osób tutaj... Jak to wszystko możliwe... Dzięki temu  możemy się jakoś organizować. Mamuśka pracuje, bo z czegoś trzeba żyć,za wszystko trzeba płacić. Tatko dalej na chorobowym, ale chodzi już o jednej kuli, a mamy nadzieje, że 3 tygodniowa rehabilitacja, którą w końcu po tylu miesiącach dostał pozwoli mu na powrót do pracy bo aż strach pomyśleć co by było dalej....
Sen z powiek spędza mi jeszcze mój Bączek... Ostatnio przeszła zabieg ręki... Padł blady strach bo bóle, drętwienia itd. Na szczęście " nasza rodzinna " neurolog stoi na posterunku i czuwa. Czekamy teraz na rezonans kręgosłupa i głowy do lutego... Mnie się robi niedobrze na samą myśl, ale Bączek to Bączek. Taki mój mały kochany twardziel.
Jak to mówią łeb nabity, ale póki się da trzeba żyć !!!
Dodatkowy problem to ciągle ubywające na leczenie finanse i ciągle pomysły na pozyskiwanie nowych. Nie wstydzę się prosić o pomoc , bo właśnie dzięki dobrym ludziom i ich pomocy jestem tu gdzie jestem i ciągle żyje. 
Dlatego jeśli ktoś, gdzieś chciałby mi pomóc, to z całego serca dziękuje...


I kolejny cios...
Przed chwilą odkryłam na facebook-u,że kolejna dzielna dziewczyna Natalka odeszła...
Nie wierzę !!!
Takie wieści nie uskrzydlają :(
Pozostaje mi tylko nakryć się kołdrą i dać upust swoim emocjom...





czwartek, 23 października 2014

[ 101 ] POWRÓT ... DO RZECZYWISTOŚCI ...

Trochę się ostatnio zawiesiłam ...
Czas się odwiesić... Małymi kroczkami staram się to robić ...
Czas w domu minął w błyskawicznym tempie i znalazłam się znowu po drugiej stronie oceanu...
Podróż jakoś nie minęła niczym lot błyskawicy i chociaż nie wiem jak to się stało, że mogłam się swobodnie wyłożyć na 3 miejscach w samolocie, nie zmrużyłam nawet na sekundę oka !!! Obejrzałam 4 filmy plus jedną bajkę dla dzieci, ale co tam żaden wstyd. Dobrze, że lot był spokojny bo po wylądowaniu na lotnisku już spokojnie nie było ... Dużo nerwów, dużo stresu i dużo do opowiadania. Zmęczenie zrobiło swoje, a że byłam w otoczeniu "asysty" na wózku wzięto mnie pod przysłowiową lupę... W USA panuje ogólnie panika w związku z ebolą czemu akurat się nie dziwię, ale nie sądziłam, że wyglądałam, aż tak strasznie... Musiałam się nieźle naprodukować przed urzędnikiem powtarzając w kółko jak mantrę , że nie byłam w ostatnim czasie w Afryce i Hiszpanii .. Chyba nie dowierzał i ciągle mi powtarzał, że źle wyglądam i jakoś do Niego słabo docierało, że jestem od ponad 15 godzin w podróży, a przede wszystkim jestem chora na nowotwór mózgu ... Musiał wspomóc się kolegami, którzy znowu w kółko zadawali mi ciągle te same pytania. Chwała im za czujność, ale ...
Dodatkowo na moje nieszczęście zapomniałam zjeść w samolocie dwa dosłownie kwadraciki jabłka z sałatki owocowej, więc skoro doszliśmy już do porozumienia w sprawie, że nie mam eboli pojawił się kolejny problem. Zapomniałam tego wpisać w formularzu... Urzędnik posapał , powzdychał, no ale w końcu puścił mnie przez pierwszą bramkę.  Moja asysta pchała wózek ze mną i chcąc być pomocna poprosiła mnie, żebym dała te dwa OLBRZYMIE kawałki jabłka i wyrzuciła je w toalecie do kosza, żeby pies na piętrze poniżej znowu czegoś nie wywąchał. I kiedy tak dojeżdżałyśmy już do drugiej bramki inny urzędnik nagle pokazuje STOP i wskazuje mi kierunek do kontroli osobistej i tam znowu staje nade mną dwóch postawnych gości i pytają gdzie mam schowane owoce !! Zgłupiałam do reszty, przecież nic już nie miałam wiec tłumacze, że nie mam. A oni i tak swoje , że mam i tak w kółko. Zaczęło się robić nieprzyjemnie ich ton zaczął być coraz głośniejszy i w końcu olśniło babeczkę z asysty , że wyrzuciła je do kosza w toalecie. I rozpętało się piekło... Na szczęście nie w stosunku do mnie ale do Niej. Cała sytuacja była bardzo niewesoła, krzyki, wrzaski, nie miałam już na to siły ...byłam tak wyczerpana, że rozryczałam się jak dziecko. Zaczęli mnie uspokajać,że ze mną wszystko w porządku ale Ona ma duży problem. Dziewczyna była tak sympatyczną i ciepłą osobą,że było mi Jej okropnie żal. W końcu prześwietlili mnie co do milimetra i udało się przebrnąć, ale ile stresu się najadłam to tylko ja wiem... W końcu udało mi się dotrzeć do wyjścia i samochodu gdzie po uściskach i paru zamienionych słowach w końcu odpłynęłam i zasnęłam...I tak kolejne dobre duszki przygarnęły mnie pod swój dach... Nie wiem czy starczy mi życia,żeby tym wszystkim Aniołom, którzy towarzyszą mi od moich pierwszych kroków w Houston odwdzięczyć... Życia mi nie starczy, więc będzie sporo roboty po ...
I tak wybiła godzina ZERO... czas konsultacji w klinice. I ... tak bardzo pragnęłam usłyszeć, że wykończyliśmy dziada, ale niestety ciągle dycha :(
W sumie jest stabilnie z niewielką poprawą... Zmniejszyła się troszkę aktywność, co potwierdza również wynik, który przyszedł z Bydgoszczy.A tak liczyłam na więcej.
Oswajam się z myślą, że trzeba się cieszyć nawet z tak drobnych sukcesów, bo przecież każdym sukcesem jest fakt, że SYF nie rośnie, ale ...
I kolejna decyzja wracamy do wlewów...
Pierwszy już jutro...
Oby wszystko poszło zgodnie z planem ...
Czyli ... powrót do rzeczywistości...
I wciąż po cichutku proszę o pomoc ...
http://www.siepomaga.pl/f/zusmiechem/c/715




niedziela, 28 września 2014

[ 100 ] TO WŁAŚNIE JEDNE Z "TYCH" DNI ...

Ostatnio to właśnie "te" dni...
Dni kiedy nie miałam na nic siły...
Klikam opcję NIE LUBIĘ !!!
Tyle , że jakoś to nic nie zmienia...
Mogę sobie klikać :(
Lęki.. lęki... i jeszcze raz lęki ...
Zaczęło się odliczanie...
Tik..tak...tik...tak...
Zegar tyka, tylko dlaczego w domu tak szybko ??? ...
9 październik tuż tuż ... Kierunek Houston...Zostało mi 11 dni ,a do mnie nie dociera jak to możliwe , że jestem w domu już 3 miesiące... Nie mogę w to uwierzyć..
Jutro znowu kolejny męczący dzień. Wcześniej rano pobudka, wyjazd bladym świtem i kierunek Centrum Onkologii - Bydgoszcz.. PET Scan. Mam nadzieje,że jutro pójdzie sprawniej nić ostatnio i o ludzkiej godzinie wrócimy do domu. Jestem trochę średnim kompanem do podróży, bo samochód działa na mnie usypiająco.  Zresztą zawsze tak było, żadna nowość. No ale ponad 300 km w jedną stronę zawsze robi swoje.
Hmm.. to na dzisiaj dosyć tego mojego pisarskiego smęcenia, posmęcę trochę w załączonym poniżej materiale, a ja zmykam pod kocyk bo to ostatnio wychodzi m najlepiej :*




niedziela, 14 września 2014

[ 99 ] ZATRZYMAĆ CZAS ...

Robię wszystko by choć na chwilę zatrzymać czas...
Jakoś nie wychodzi...
Bywam tutaj, ale nie zostawiałam śladu, bo żeby móc zostawić to trzeba mieć o czym ...
Chociaż w ostatnim tygodniu sporo się działo
Tak bardzo chciałabym zatrzymać czas ...
Nie będę dzisiaj dużo pisać...
Troszkę pokażę ...
Bo wciąż jestem ...







piątek, 15 sierpnia 2014

[ 98 ] NA WIELE NIE MAM WPŁYWU ...

Wiem...
Długo mnie tu nie było...
Próbuję się jakoś ogarnąć... Czasami z lepszym... czasami z gorszym skutkiem... ale ciągle próbuje...
Minął już miesiąc odkąd jestem w domu...
A ja nawet nie wiem kiedy
Nie wiem czy to , że czas tak pędzi to dobry znak czy wręcz przeciwnie ...
Wiele rzeczy już nie wiem, nie potrafię zrozumieć...
Nie ogarniam tego ...
Na wiele nie mam wpływu
Rak pochłania wystarczająco dużo moich sił, na resztę najnormalniej w świecie już ich mi brakuje
Informacje typu:  " Ona zostaje w USA, bo Jej się tam bardzo podoba", " Myśleliśmy, że już nie wracasz " , a hitem są słowa : " Przecież Ona jest już ZDROWA !!! " ... i wiele innych, których tu nie przytoczę.
Poleciałam tam walczyć o życie dla siebie i dla tych, którym na mnie zależy...
Bardzo bym chciała być zdrowa i nie mam w chwili obecnej innego marzenia...
Pytam więc po co to komuś, po co takie rozsiewanie plotek ???
Po co te newsy ???
Czy ktoś się zastanowił jakie te słowa zadają mi ból ???
Czy los wystarczająco mi nie dokopał ???
Od ponad trzech lat noszę w sobie złośliwe paskudztwo, codziennie ładuje w siebie garści leków, codziennie walczę z depresją...
I o tym ile mnie to kosztuje wysiłku wiem tylko Ja i moi najbliżsi ...
Kiedy ponad dwa lata temu zdecydowałam się prowadzić bloga i prosić ludzi o pomoc byłam świadoma, że wystawiam się na krytykę opinii publicznej. Nie sądziłam, że czasami to będzie boleć bardziej niż sama choroba ...
Wiele przeszłam, wiele przechodzę i wiele jeszcze przede mną...
Staram się zaciskać zęby, ale to wszystko nie jest takie proste...
Rzeczą , której jestem pewna i o której głośno mogę krzyczeć to fakt, iż to , że do dnia dzisiejszego żyje, że jest tak, a nie inaczej to zasługa przychylnych i to całkiem mi obcych ludzi ...
Bez Was by mnie po prostu już nie było ...
Więc te mniej przychylne osoby proszę przemyślcie zanim puścicie w eter, kolejne zaskakujące informacje, które prędzej czy później i tak do mnie docierają i zabierają gdzieś daleko cząstkę mnie ... i odbierają tak potrzebne mi siły ...


czwartek, 10 lipca 2014

[ 97 ] NA POCZĄTKU BYŁ CHAOS ...

Na początku był chaos ...
I choć wiele się zmieniło, nadal tkwię w matni...
Lęk nie odpuszcza, strach znowu bierze górę. Zaciskam zęby i głęboko oddycham...
I nikt mi nie powie, że da się to ogarnąć, bo czasami się nie da...
To już jutro... już jutro wystartuje na dłuższą chwile do domu...
Siedzę, pisze i płaczę...
Nie dowierzam,że tyle miesięcy dałam radę ...
A ile jeszcze przede mną ???
Tylko Bóg jeden wie...
Tak bardzo chciałabym jutro lecieć do mojego kochanego domu z myślą,że w tej mojej głowie nic nie ma
Ale jest ...
Słabsze.. ale jednak jest ....
Tylko Ci, którzy tego doświadczyli potrafią drugiego człowieka w takiej sytuacji zrozumieć...
Ale myśl, że niedługo zobaczę się z moimi bliskimi,przyjaciółmi i resztą pozwala mi trzymać się w pionie.
Tak strasznie tęsknie, nie ma dnia, sekundy, żebym o Nich nie myślała
Nie wyobrażam sobie życia nigdzie indziej
Tak strasznie tęskniłam do domu
Patrzę z Mamuśką na walizkę leków i nie dowierzam, gdzie ten mój organizm przez tyle czasu to mieści.
Czasami przełykam i płaczę, ale zaraz potem patrzę na każdą pigułę i dziękuję za to że dane jest mi ją przyjąć. Człowiek myślał, że po 1,5 roku się przyzwyczai , ale gdzie tam.
Leżę... opadłam już dzisiaj z sił, ale wszystko dopięte na ostatni guzik.
Dzisiejsza wizyta w klinice, konsylium z lekarzami i dr Burzyńskim i moc uścisków. 
Zalecenia, wytyczne...
nie pozostało nic innego jak posłusznie się stosować, co zresztą czynię od kilkunastu miesięcy...
Ufff.....
A mnie naprawdę za każdym razem zaskakuje ciepło jakie bije od wszystkich ludzi, których spotykam od początku walki na swojej drodze.
Niewiarygodne... szczypię się czy aby to wszystko to na pewno prawda
Jeszcze tylko, żeby sił na to wszystko starczyło
Teraz tylko przeżyć lot...
Chciałabym powiedzieć " żegnaj Ameryko", ale niestety mogę na razie powiedzieć tylko " do widzenia"...


Bo kiedy zbiera Cię na płacz- pamiętaj, że pewnego dnia to wszystko przeminie...





piątek, 4 lipca 2014

[ 96 ] ZWROT AKCJI ...

Czas płynie...
Mam wrażenie , że coraz szybciej...
Po chwilach radości, trzeba było wziąć się ostro do dalszej pracy ...
Nowy lek, nowe nadzieje, że dokopie temu skubańcowi mocniej i mocniej !!!
Ale nie wszystko poszło tak jak być powinno ...
I nastąpił niespodziewany zwrot akcji...
No i cóż padło na mnie... lek się nie przyjął :-(
Zaczęło się niewinnie delikatna wysypka na twarzy, która z każdym dniem była coraz gorsza i gorsza, zaogniona, piekąca, przeniosła się na nogi, ręce...Szybko zaczęły dochodzić inne objawy reakcji alergicznej, opuchlizna, gorączka, a kiedy zaczęłam mówić jak kastrat nie było mi do śmiechu. Obrzęk w okolicach strun głosowych i dreszcze... Więcej nie trzeba było... Natychmiastowa reakcja... Bezwzględne odstawienie leku. Na szczęście po kilku dniach przyjmowania leków odczulających wszystko zaczęło wracać do normy.Ale o dalszym przyjmowaniu nowej medycyny nie mogło być mowy.
No cóż...
Bywa...
Jeden przypadek "na milion", no i na kogo trafiło ????
Ech...
Było... na szczęście minęło...
Ale strachu się najadłam, a Mamuśka razem ze mną...
Od poniedziałku wystartowałam z kolejnym lekiem. 
Badania serducha w normie, więc można było podjąć kolejną próbę. 



Dzisiaj czwarty dzień... znowu igły poszły w ruch, ale warto było trochę pocierpieć bo wszystkie wyniki ok...
Wolę o tym głośno nie mówić...
Chyba staje się coraz bardziej przesądna...
To był dzisiaj intensywny dzień, wczesna pobudka ( dla mnie teraz 7 rano to istny środek nocy ), klinika i przeprowadzka.
Po trzech miesiącach trafiłyśmy na ostatni tydzień do kolejnego Anioła Stróża.
A ja zaczynam cichutko odliczać...
I proszę...
Proszę,żeby nie wydarzyło się nic złego więcej...



czwartek, 19 czerwca 2014

[ 95 ] CZEKAM NA KROPKĘ NAD I ....

To był ciężki dzień.
Na szczęście już za mną !!!
Wczesna pobudka i fruuuu...
Jechałam i cały czas myślałam o ostatnim śnie... Śniła mi się Babcia... Pierwszy raz od kiedy odeszła, w końcu Ją zobaczyłam. Jechałam, myślałam, ściskałam w ręku łańcuszek i krzyżyk, który od Niej dostałam ...
jakoś dziwnie spokojna byłam...
Kiedy tak czekałam na swoją kolej Mamuśka wychodziła z siebie, żeby mnie rozbawić. Śpiewała , tańczyła istny show w roli głównej crazy Irena :-)
A kiedy już leżałam gotowa do wsunięcia do mojej ulubionej tuby, przesympatyczny radiolog wetknął mi swojego szczęśliwego pluszowego psiaka pod pachę na czas badania.
Myślałam,że się poryczę , ale nie ze strachu ze wzruszenia...
No i poszło !!!


Podudniło, poszarpało, kontrastu się wlało na szczęście w głowie nie pociemniało :-)
Troszkę mi się przysnęło
A potem oczekiwanie na... kolejny już ( zresztą przestałam już liczyć który to) w moim życiu wyrok ...
I pierwsza wiadomość: objętościowo obraz stabilny, ale... guz ulega dalszej powolnej degradacji od środka. No wiadomo,że po raz kolejny człowiek czeka z językiem na wierzchu jak spragniony psiak czekający na miskę wody,że nic tam nie ma, ale nie tym razem...
Ja nic nie mówię, absolutnie nie marudzę i cieszę się z tego co mam !!! I wdzięczna jestem Bogu i całemu światu,że jestem w tym, a nie innym punkcie.
Niech się rozpuszcza gnida piekielna, bo ja nie mam zamiaru odpuścić.
A, że doktor Burzyński to twardy przeciwnik dla gadziska dokłada mu od dzisiaj kolejną porcyjkę dodatkowych leków, co by przyspieszyć dalszy rozpad i dokopać padlinie !!!
I kolejna wspaniała wiadomość 10 lipca startuje, a 11 ląduje chwilowo w Polsce. Home ... sweet home...
I na chwilę obecną tam będę kontynuowała leczenie. Chwile odpoczynku i kolejna wycieczka do Bydgoszczy.. PET SCAN... analiza wyników i planowany powrót do Houston na 9 października, o ile w międzyczasie nie zaskoczy mnie nic niespodziewanego, co zmusi mnie do wcześniejszego przylotu...
Ale o tym nawet nie myślę ...
Także spinam się !!!
Mobilizuje wszystkie pokłady siły i czas walczyć dalej.
Pozostaje jeszcze wiele do zrobienia, ale zawsze to już bliższa droga niż dalsza, co przepełnia mnie niezmierną radością i wiara na przyszłość.
Może w końcu kiedyś nadejdzie ten czas, że dobije do portu, ale na razie musi mi starczyć fakt,że potrafię sterować tym "statkiem"...
Najważniejsze,że nie nie dryfuje i nie znosi go na nieznane wody...





piątek, 13 czerwca 2014

[ 94 ] W KOŃCU COŚ DRGNĘŁO !!!

No to się człowiek w końcu doczekał !!!
Bo to, że choroba nauczyła mnie cierpliwości to jedno, ale zmęczenie to druga strona medalu...
Ale w końcu !!! 
W końcu coś drgnęło !!!!
Super !!! Hiper !!! Extra wyniki to to na co od dłuższego czasu czekałam !!!
Jechałam dzisiaj do kliniki totalnie bez emocji, nastawiona raczej na nie, że te moje białe, czerwone, zielone, niebieskie i cholera jedna wie jakie krwinki nie ruszyły swoich leniwych zadków, a wstrętne bakteryjsko nadal sobie biesiaduje...
Ale stało się inaczej ...
Co prawda  dzień dzisiaj dla mnie potwornie męczący...
Samoistna pobudka o 3:15 nad ranem...
Przerzucam się z boku na bok, zamykam oczy, otwieram ... 
Mija pół godziny...
Wyglądam przez okno, cicho wszędzie, ciemno wszędzie i w tle słyszę mruczącą (czyt. podchrapującą :-) ) Mamuśkę :-). A "pomruczeć " to Ona potrafi :)
W końcu coś czując budzi się  i tak od 4 rano gaworzymy już sobie, bo ani Ja , ani Ona zasnąć za żadne skarby nie możemy...
A gdzie tam do 8:00 ...
I kiedy tak o 7:00 oko mi się pomału przymyka, czuje , że sobie odpływam... 
Bum !!!!
Budzik dzwoni !!!
Trzeba wstać
I jak zwykle poranna nerwówka przed wizytą w klinice, ale spoglądam w okno tuż przed wyjściem i myślę co za ulga nie ma słońca...
Pociągam za drzwi wejściowe, otwieram i już mi nie jest tak wesoło... Skwar... totalna duchota ... przerażająca wilgotność ...istna masakra !!!
Siedzimy na ławce przed domem czekamy na Naszego Kierowcę Rajdowce Panią Krysię :-) i co... pociemniało mi w oczach, pokręciło w głowie, nogi z waty i ledwo oddycham bo po prostu nie ma czym ...
Wsiadłam do samochodu i było mi już wszystko obojętne, byle tylko siedzieć w klimatyzowanym i wypić wody.
Półgodzinna podróż do kliniki nawet nie wiem kiedy minęła, docieramy i pomału ...pomału jest lepiej. 
I kiedy przejął mnie mój "osobisty" pielęgniarz Joe w końcu i pomierzył wszystko co było możliwe przyszła kolejna pielęgniarka i dokonała mojego ulubionego rytuału z igłą w roli głównej ...
I kiedy tak czekamy z Mamuśką na moją Panią Doktor mnie po głowie chodzą już tylko myśli , że po porannych zawirowaniach to i tak na pewno wyniki będą kiepskie...
Ale w końcu się moja świeczka zaczęła palić rzewnym ogniem !!!
Wyniki extra !!!
Wszystkie nieprawidłowości wyrównane i pada komenda, że startujemy z ponownym włączeniem leków na tego TYPKA w mojej głowie. Za dużo miał ostatnio swobody, więc nie ma to tamto, trzeba się wziąć ostro do roboty.
Tym bardziej, że już za 6 dni 18 czerwiec... kolejny ciężki dzień... sądny rezonans...
I gdyby tylko dało się wyjść poszłabym dzisiaj z tego wszystkiego na spacer !!! 
No ale można tylko pomarzyć !!!
Teksańskie piekło na to nie pozwala !!!
Ale żeby tylko takie człowiek miał problemy ...
Więc cieszmy się dniem dzisiejszym...






czwartek, 5 czerwca 2014

[ 93 ] KOLEJNY PASAŻER NA GAPĘ ...

Chciałabym...
Chciałabym móc powiedzieć coś optymistycznego, ale zawsze.... po prostu zawsze, kiedy życie zaczyna nabierać kolorów, następuje wielki bum !!!
Czekałam ... czekałam na kolejne wyniki badań i się doczekałam... tyle, że nie takich jakbym chciała ...
Trzeba było zagłębić się w temacie mojej ostatniej leukocytozy. Białe krwinki poszalały i jakoś nie chciały się opamiętać ...Nie chcą ze mną współgrać...
Tłumaczę...
Proszę...
Krzyczę...
A one i tak robią co chcą ...
I kiedy tak spokojnie czekałam sobie na kolejne wyniki badań, testów, już nie wiem , który to raz dostałam obuchem w twarz ...
I niech mi nikt nie mówi, że można się do tego przyzwyczaić ... nie można !!!
I kiedy tak w tym moim kościstym ciele noszę sobie już trzy lata paskudne gadzisko, tak teraz zagnieździł się w nim kolejny nieproszony pasażer na gapę...
CLOSTRIDIUM DIFFICILE !!!
Nie zapraszałam, nie chciałam, uważałam...
I co z tego???
Życie i tak pisze swój własny scenariusz.
Ta cholerna bakteria zagnieździła się we mnie i i zatruwa moje jelita toksyną.
Tego się raczej nikt nie spodziewał... ale chemia ... cytostatyki zrobiły swoje. 
Nie dość, że dała mi popalić przez wiele miesięcy to teraz nie daje dalej o sobie zapomnieć
 I tak część leków na gada w głowie odstawiona, a włączone zostają antybiotyki...
A ja z pokorą przyjmuje je wszystkie byle tylko pozbyć się tego cholerstwa ... byle nie spowodowała więcej szkód w moim ciele, które i tak już sporo przeszło 
I kiedy zapytałam moją Panią Doktor, czy ta "frania" jest groźna i Ta skinęła twierdząco głową , dodając, że jest paskudna, to już mi się wszystkiego odechciało.
Wczoraj lekki dołek ...
Oczywiście nieustanne buszowanie po internecie, bo jak to bez doktora Google się żyć nie da !!!
Człowiek stary,  a głupi !!!
Szuka i szuka... czyta... i czyta... a potem myśli.... a potem zastanawia się po co i obiecuje, że już nie będzie !!!
Ale gdzie tam !!!
Łapy same chodzą po klawiaturze, a oczka wodzą w poszukiwaniu za kolejna sensacją.
Jednego nieproszonego gościa nie mogłam znieść, no ale dwóch to już lekka przesada.
Najgorszy jest fakt, że leczysz jednego dziada, a drugi sobie swobodnie bez kolejnych dawek leków dycha ...
A tu nie ma chwili do stracenia !!!
Ale jak to mówią " Głową muru nie przebijesz"
Przynajmniej Ja nie potrafię...




środa, 28 maja 2014

[ 92 ] POPRZEZ BURZĘ ...

Poprzez burzę ...
Dosłownie i w przenośni ...
Jakaś zła passa przyczepiła się jak rzep psiego ogona i nie chce odpuścić ...
Odpłynęłam na pewien czas...
Tam " na górze" mam swojego kolejnego Opiekuna . Kolejna osoba bliska mojemu sercu została pokonana przez to cholerne gadzisko. Do dzisiaj nie mogę w to uwierzyć. Pamiętam dokładnie każdy dzień kiedy Beatka pomagała mi w szpitalu dojść do siebie... Była taka silna... Zarażała optymizmem i mega powerem... I nagle to dziadostwo znowu okazało się silniejsze ... znowu zabrało swoje żniwo. 
I jak być tutaj twardym ... 
No jak ???
Strach towarzyszy mi każdego dnia , ale teraz znowu się spotęgował ze zdwojona siłą
I chociaż bronie się przed tym jak mogę , w mojej głowie pojawia się pytanie... kiedy moja kolej ??
Czym sobie zasłużyłam,że nadal jestem po tej stronie ??? Skoro inni po kolei odchodzą...
To głupie zadawać sobie pytania , na które nikt nie udzieli mi odpowiedzi, ale takowe kłębią się w mojej głowie... i nie potrafię inaczej.
Rozpętała się kolejna burza.. w sercu... i w ciele
Dzisiejsza wizyta w klinice znowu zasiała zamęt. Te moje cholerne krwinki, szaleją i coś nie mogą się zorganizować. Dodatkowo doszły inne rewelacje, więc trzeba było porobić dodatkowe badania, a teraz cóż pozostało czekać na wyniki....




niedziela, 11 maja 2014

[ 91 ] NIE DA SIĘ ZAPOMNIEĆ...

10 maj 2011 roku ...
15 dni przed najgorszym dniem mojego życia, ale tak naprawdę to właśnie 10 maj to początek tej cholernie trudnej drogi ... 
To dzisiaj mija dokładnie 3 lata od pierwszego rezonansu, od badania które na zawsze zmieniło moje życie.
Pamiętam wszystko tak dokładnie, z każdym najdrobniejszym szczegółem.
Jeszcze nie wiedziałam, ale czułam straszny niepokój jadąc na badanie. 
Miałam przy sobie Mamuśkę ...
Kiedy wychodziłam z domu, przed blokiem natknęłam się na Tatka , który wracał ze sklepu. ...
Głos mi wtedy zadrżał i rzuciłam ze łzami w oczach : " A co jeśli tam coś jest?" 
Przytulił i uśmiechnął się mówiąc : " Córciu, nic tam nie ma !".
Tak bardzo chciałabym,żeby miał wtedy rację, ale to ja ja miałam...
Na zawsze pozostanie w mojej pamięci obraz technika , który wykonywał badanie... Kiedy podczas skanowania zobaczyłam w lusterku, jak podparty o biurko otworzył oczy ze zdziwienia.
Badanie trwało nadal, a ja wiedziałam,że nie mogę się poruszyć. Choć nikt mi jeszcze nic nie powiedział, ja już czułam,że coś jest nie tak... Pamiętam jak leżałam tak w bezruchu, serducho zaczęło walić, a łzy samoistnie zaczęły mi lecieć na boki.
Kiedy badanie się skończyło próbowałam wyciągnąć coś od gościa , który wykonywał badanie. Odpowiadał wymijająco,że się nie zna, że muszę czekać na wynik od radiologa itd. itp.
Taaaak .... Technik, który się nie zna ...
Dobre sobie ....
Ale chciałam w to wtedy wierzyć, chociaż wiedziałam ,że to nierealne...
Wyszłam do Mamci, siedziała i czekała na mnie w korytarzu. Usiadłam koło Niej i wpadłam
w histeryczny płacz ... a przecież jeszcze nic nie wiedziałam.
Wynik miał być za 14 dni ...
Byłam wtedy w innym świecie, podświadomie czułam,że coś się święci...
Pamiętam dokładnie jak wpadłam do mojej przyjaciółki z podpuchniętymi od płaczu oczyskami. Ta wiedziała jak temu zaradzić dała mi farbę do ścian i wałek do malowania i zaczęłyśmy działać
w Jej świeżo zakupionym mieszkaniu.
Trochę pomogło ... ale niepokój pozostał ... zawsze będzie już obecny w moim życiu, a ja żyję tylko nadzieją, która podobno umiera ostatnia...
Ale ja ciągle ją mam ... ciągle mam nadzieję, że WSZYSTKO czego pragnę się spełni ...
I chociaż wczoraj mój organizm zaprotestował, wyniki nie wyszły takie jakbyśmy chcieli, cześć leków została na 10 dni odstawiona podnoszę głowę do góry i krzyczę NIE DAM SIĘ !!!
19 maja powtórka z rozrywki , kolejne badania i żądam żeby wszystkie wyniki wróciły do normy !!!




środa, 16 kwietnia 2014

[ 90 ] CZASAMI MUSISZ IŚĆ, BY POTEM ZACZĄĆ BIEC ...



To prawda ...
Czasami musisz iść by potem zacząć biec...
A ja patrze ile jasnych gwiazd chce dla mnie żyć i dla mnie śnić ...
Moje krwinki poszły po rozum do głowy i wyniki są znowu super !!!
A dzisiaj kolejna jasna gwiazda zaświeciła na moim własnym niebie...
Po ostatnich zawirowaniach dzisiejszy dzień przyniósł dobre wieści...
We wczorajszy poniedziałkowy wieczór popłynęły łzy... łzy strachu przed dzisiejszym rezonansem...
Wtuliłam się w Mamuśkę i nic więcej nie musiałyśmy mówić, to mi wystarczyło żeby się wyciszyć...
Szybko odpłynęłam ...
Wtorek 15.04.2013 r. wcześniej rano pobudka.... standardowo kluska w gardle i najchętniej z nikim bym nie rozmawiała... 
Jechaliśmy zwartą ekipą...
Kamil w tym samym celu co ja- rezonans i Daniel dzielny brat przewodnik " wycieczki".... :-) 
Siedziałam cichutko na tylnym siedzeniu samochodu trzymając się z Mamuśką za ręce...
I te potworne słynne korki w Houston dodatkowo podgrzewały nerwową atmosferę...
Dotarliśmy...
Tym razem wszystko poszło sprawnie, maszyna się nie popsuła, nic nie iskrzyło, nic nie dymiło, wszystko hulało tak jak powinno.
I kiedy znowu mnie poważyli, pomierzyli czekałyśmy z Mamuśką na ekipę w białych kitlach ...
Kiedy otwierają się drzwi do słynnego pokoju z "okrągłym stołem" świat na kilka sekund staje 
w miejscu...
I tym razem nie było inaczej..
Wypuściłam powietrze dopiero wtedy gdy zobaczyłam uśmiech na twarzy moich lekarzy z 
dr Burzyńskim na czele...
Dzisiejszy dzień przyniósł dobre wiadomości...
Wielkościowo guz jest stabilny, ale... w części centralnej GADZISKA dochodzi do dalszej degradacji !!! Paskud wygląda jak podziurkowany i mówiąc najprościej zaczyna przypominać plaster miodu. 
Wiem,że jest Wielki Tydzień.... czas pojednania, ale jak ja tego potwora nienawidzę !!! 
I z "nim" na pojednanie nie ma szans...
Najważniejsze kolejny krok do przodu.
Kolejna dobra wiadomość to taka,że zostały mi całkowicie odstawione wlewy, więc na tą chwilę zostaję już na 3 lekach z początkowych sześciu :-)
Za 8 tygodni kolejna powtórka z rozrywki i kolejny rezonans i próba odstawienia pozostałych leków i pozostaniu tylko na leku podstawowym.
Przede mną jeszcze daleka droga... ale co najważniejsze widać rezultaty. 
To wszystko dzięki Waszym dobrym sercom i Waszej pomocy, bo bez Niej nie byłby możliwe to co stało się możliwe...
A Ty GADZIE drżyj bo walka ciągle trwa, a ja mam na celu wygrywać nie tylko kolejne bitwy, ale całą wojnę !!!!
A teraz modlę się tylko o to żeby mi nigdy nie zabrakło sił....
Nigdy ...






wtorek, 8 kwietnia 2014

[ 89 ] CZY TO SIĘ DZIEJE NAPRAWDĘ ???

Czasami czuję,że stąpam po bardzo cienkim lodzie ...
I kiedy już czuję,że tafla jest gruba, bezpieczna za jakiś czas napotykam kolejna rysę...
Było cudownie...pięknie... bajkowo !!!
19 marzec 2014 minął kolejny, już 32 rok mojego życia.
To były drugie moje urodziny "na obczyźnie", ale całkowicie bez moich bliskich.
W zeszłym roku miałam przy sobie Mamuśkę ... Tym razem musiałam sama stawić temu czoło ...
Ale całkiem sama nie byłam... To co mnie znowu tutaj spotkało przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Kurcze w sumie nawet nie wiem jak ubrać to w słowa, bo nie ma takich żebym mogła to wszystko opisać i podziękować wszystkim ludziom, którzy mnie tu otaczają i starają się stworzyć dla mnie namiastkę domu.
Często się zastanawiam czym sobie na to wszystko zasłużyłam ???
Przyjęcie urodzinowe jakie przygotowali moi tutejsi PRZYJACIELE to bezcenny dar, który będzie nieodłączną częścią mojego życia. Jasne były łzy, głos mi się łamał, ale były to łzy szczęścia. To dla mnie takie wzruszające,że naprawdę jestem dla kogoś ważna... dla tylu osób...tak po prostu bez żadnego podtekstu ... ważna.







Moje dziewczyny szykowały wszystko w pocie czoła, zarywały noce,żeby było po domowemu.
Ale cóż jak żyje 32 lata nigdy takich urodzin nie miałam !!!
I życia mi braknie,żeby się za to wszystko odwdzięczyć ...
Bo cóż w tym momencie znaczy moje zwykłe DZIĘKUJĘ ...
Chociaż jak przypomnę sobie moje urodzinowe imprezy z zeszłych lat to mordka mi się cieszy.
Kupa znajomych ...siedzieliśmy jak śledzie ... kupa śmiechu...a i nogą się potupało... 
Ech .... łza się sama w oku kręci ... brakuje mi tego...
Bardzo mi brakuje ...
Chociaż przewartościowałam swoje życie, wiele rzeczy wydaje mi się takimi nieistotnymi to jednak nie będę czarować , że za niektórymi tak po ludzku tęsknie ...
Urodziny minęły, a Ja ??? Ja wyrwałam kolejny rok mojego życia !!! Trzecie urodziny z jednym niechcianym, nieproszonym " gościem". Cóż tak niemile widziany jednak się pojawił, a ja dmuchając świeczki na torcie miałam tylko dwa życzenia i więcej mi do szczęścia nie będzie potrzebne...


I tak z uśmiechem na twarzy wyczekiwałam 30 marca ...
I z walącym serduchem się doczekałam...
Wiele w tym temacie mówić nie trzeba...


O ile wszystko teraz wydaje się prostsze ...
Mamuśka...
I kiedy tak stąpałam po stabilnym lodzie dzień później tafla zaczęła pękać..
Nie zdążyłam się jeszcze oswoić z myślą,że Ją tu przy sobie mam i znowu dostałam "pałą w łeb"...
Kiedy zadzwonił zapłakany Baczek i wydukał z siebie,że Tatko miał znowu wypadek w pracy i czeka w szpitalu na operację pociemniało mi przed oczami.
Czy to się dzieje naprawdę ???
Dopiero co wyszedł z jednego ... a tu kolejny cios ...
I ta cholerna różnica czasu powodująca problemy z komunikacją kiedy człowiek chciałby wiedzieć wszystko jak najszybciej.
Nie wiem jakbym to zniosła gdyby nie było w tym momencie ze mną Mamuśki, z drugiej strony serce mi chciało pęknąć na milion kawałków , że Bączek został z tym wszystkim sam. Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć po stracie Babci - Mamy Tatka, a teraz to ???
I w jaki sposób zachować tutaj równowagę???
Uspokoiłyśmy się kiedy dotarła do nas informacja,że operacja się udała, a szczęście nie do opisania kiedy usłyszałam Tatę, który nie martwił się o to, że leży unieruchomiony tylko jak zwykle o mnie ...
No i coś wyczuł nosem bo za parę godzin okazało się,że poleciały mi wyniki. A wszystko szło tak idealnie... Moim białym krwinkom coś się chyba pomyliło, bo nie przypominam sobie,żebym dała im przyzwolenie na spadki ...
Staram się być opanowana, ale nie jest mi wesoło...
Przyzwyczaiłam się ,że wyniki zawsze miałam super, a tu teraz taki zonk ...
Więc wzywam Was krnąbrne krwinki RUSZCIE SIĘ !!!
Ale w jednym kierunku...
W GÓRĘ !!!!

sobota, 15 marca 2014

[ 88 ] NIE CHWALMY DNIA PRZED ZACHODEM SŁOŃCA ...

Było trochę spokoju ...
Ale przecież nic co dobre nie może trwać wiecznie ...
Ostatnia wizyta w klinice w zeszłym tygodniu, kolejny wlew i wszystkie wyniki były w normie.
Poszło gładko, chociaż pomimo swoich 32 lat czasami małe dzieci są bardziej odważne ode mnie. 
Cóż od urodzenia zastrzyki, wkłucia , wenflony nie były moimi przyjaciółmi i tak mi już niestety pozostanie. Ale wiadomo,że nie taki diabeł straszny jak go malują, ale patrząc czasami na swoje miny sama się z siebie śmieje.




Naprawdę czas jakoś niesamowicie przyśpieszył, minęły dwa miesiące od mojego powrotu do Houston. A ja nawet nie wiem kiedy.
I kiedy tak próbuje o tym cholernym GADZISKU zapomnieć, wyłączyć się z tego tematu on wraca nieproszony jak bumerang.
Piekielny rak zebrał ponownie swoje żniwo... 3 dni temu odebrał mojemu przyjacielowi tak nagle Ojca... A do mnie nadal nie może to dotrzeć, że dwa tygodnie od diagnozy człowieka już nie ma ... Dla mnie to jakiś czeski film... Nic już z tego nie rozumiem. Czy to się kiedyś skończy ??? Z każdej strony dochodzą mnie coraz to bardziej zaskakujące fakty.
Ostatnio oglądałam reportaż o pewnej kobiecie, która również walczy z rakiem i spełnia swoje marzenia. Lekarze powiedzieli Jej ,że nie ma już ratunku a ona się z tym pogodziła... i powiedziała,że nie ma zamiaru walczyć za wszelką cenę...
To zupełnie inaczej niż Ja ...
Bo choć teraz 4 dzień leżę w łóżku i straciłam tak z trudem nadrobione kilogramy, to nie wyobrażam sobie,że mogę się poddać... 
JA PO PROSTU SIĘ NA TO NIE ZGADZAM !!! 
Trzeba walczyć do samego końca ... nikt z Nas bowiem nie wie kiedy on nastąpi. Nie ma co wyrokować,  biernie czekać, trzeba działać!!!
Cóż nie jeden raz postawiono już na mnie kreskę, wg niektórych powinnam już nie żyć ... Więc póki co chyba ich rozczarowałam ...
No ale cóż chyba jestem, aż nadto złośliwa bo nadal żyję !!!
Ostatnio zanadto wychwalałam swój stan i dopadł mnie fizyczny kryzysik, ale przecież musi minąć...
MUSI !!!



poniedziałek, 17 lutego 2014

[ 87 ] NEVER GIVE UP !!! ...




Mówią ,że czas leczy raczy ...
Cóż w moim przypadku jakoś przyspieszył ...
Do tej pory dni ciągnęły mi się niemiłosiernie , noce wydawały się potwornie długie ...
A teraz ... teraz odliczam dni kiedy moja Mamuśka mnie przytuli, moja Mamuśka mnie pogłaszcze, moja Mamuśka potrzyma za rękę, otrze łzy kiedy zapłaczę, powie , że wszystko będzie dobrze ...
30 marzec ... wyczekuje tej daty tak jak wyczekiwało się na list od rodziców będąc dzieckiem na koloniach...
Choroba weryfikuje znajomych ... jedni odeszli ... pojawili się nowi ... Ludzie po których nigdy bym się nie spodziewała pomocy wyciągnęli do mnie swą dłoń i to w całym tym nieszczęściu jest piękne ...
Jedno jest pewne ... Moi Rodzice ... Mój "mały" Bączek zawsze będą przy mnie. 
A ja wiem,że mam przeogromny dług wdzięczności wobec nich , wobec wszystkich ludzi , którzy stanęli na mojej drodze i oferują swą pomoc ... Więc jak to mówią NEVER GIVE UP , ja po prostu NIE MOGĘ SIĘ PODDAĆ !!!
Za parę chwil minie miesiąc jak odeszła Babcia, za parę chwil minie rok jak odszedł mój Dziadziuś. Odeszła na zawsze moja Ania, Moja Dorcia, moja Paulinka, mój Stasiu ....
Ale Ja z jakiejś przyczyny nadal tutaj jestem i to musi mieć jakiś sens, w tym wszystkim musi być jakiś cel ...
I wiem,że Oni wszyscy chcieliby widzieć uśmiech na mojej twarzy ...
I kiedy dzisiaj wspominałam Anię, kiedy trzy dni przed śmiercią to Ona na wózku bo na wózku, ale przyjechała do mnie do szpitala popłakałam się... Ale za chwilę kiedy patrzyłam na piękne bezchmurne, błękitne niebo uświadomiłam sobie,że przez cały okres Jej choroby tak naprawdę widziałam dwa razy kiedy zapłakała. 
I wiem co pewnie bym mi powiedziała, jakby zobaczyła , że płacze :-), aż strach pomyśleć, bo nigdy nie przebierała w słowach :-)
Więc podnoszę się codziennie i łapię się na tym , że pojawia się uśmiech na mojej twarzy, że w tym całym potwornym nieszczęściu mimo splotu nieprzewidzianych ostatnio zdarzeń warto żyć !!!
Bo jest dla Kogo !!!
Warto cieszyć się z każdego dnia i szkoda czasu na błahe sprawy ...
Życie jest takie krótkie , ale jak widać cholernie nieprzewidywalne.
To głupie ale cieszą mnie teraz drobne rzeczy ...
Odrastają mi włosy, waga stanęła w miejscu i od jakiegoś czasu nie spada, teraz celem numer jeden jest przytyć !!!
Nigdy nie sądziłam,że będę się cieszyć z każdego dodatkowego kilograma, a jednak ...
Są i pewnie będą wzloty i upadki,ale teraz koncentruje się na samych pozytywnych rzeczach. Zresztą z całą rzeszą pozytywnie zakręconych osób , która mnie otacza i wspiera musi się udać !!!
Wiele rzeczy mnie ostatnio zaskakuje, ale fakt,że ja osoba , która od dziecka panicznie boi się psów leży na jednej kanapie z Pitbullem przejdzie do historii ...
A ja zbieram pozytywną energię od Was bo jest mi cholernie do życia potrzebna !!!




piątek, 24 stycznia 2014

[ 86 ] DLACZEGO ??? ...

Dlaczego ???
Dlaczego to wszystko się dzieje ???
Nie zdążyłam jeszcze ochłonąć po przylocie, dźwignąć się do pionu i znowu los sobie ze mnie zadrwił...
Serce wali mi jak oszalałe, łzy ciekną po policzku i dalej do mnie nie dociera wiadomość, którą przekazali mi rodzice 5 dni po moim przylocie ...
W zeszłym roku Dziadziuś ...
W tym odeszła moja Babcia ...
I znowu ja po drugiej stronie świata próbująca oswoić się z tą myślą...
Nie potrafię...
Nie dociera to do mnie ...
Nie mogę w to wszystko uwierzyć ...
Ciągle brzmią mi w głowie Jej słowa, które usłyszałam dzień przed wylotem : 
" Ja już na tamten świat, ale Ty wnusiu musisz żyć !!!"
Nie chciałam tego słuchać...
Prosiłam żeby mi obiecała,że poczeka na mnie ...
Obiecała ...
Ale nie poczekała ...
Już wtedy czuła... wiedziała... Chciała żebym leciała spokojnie i dalej walczyła
o swoje życie ...


A ja wracam do punktu wyjścia i ciągle pytam DLACZEGO to wszystko mnie spotyka ???
Przez miesiąc w domu sklejałam się do kupy ...
Miałam się naładować pozytywną energią... szło bardzo opornie, było ciężko ,ale czas spędzony z rodziną z przyjaciółmi był dla mnie bezcenny...
Dodatkowa informacja tuż przed odlotem o śmierci mojej koleżanki Paulinki ścięła mnie z nóg...
To ona po pierwszym przeszczepie przyjeżdżała do mnie i pocieszała i wspierała w mojej walce.
Potrafiła naładować mnie pozytywną energią, miała w sobie tyle życzliwości i samozaparcia w walce z chorobą. Wspierała, angażowała w pomoc dla mnie innych
I ...
Choroba wróciła i zebrała swoje żniwo...
Teraz gdyby nie moja "houstońska Rodzinka" nie wiem jak dałabym sobie rade...
Żeby tutaj chciał czas tak szybko lecieć jak zleciał w domu ...
Było ciężko, nie tak jak sobie wyobrażałam, nie tak jak planowałam, ale bez względu na wszystko, bez względu na wszelkie przeciwności losu i tak warto było, nawet pomimo tego, iż większość czasu przeleżałam w łóżku !!!
Ironia losu ... 21 styczeń 2014 Dzień Babci i badanie kontrolne w Houston .... Rezonans ...
Jechałam z moimi Dziewczynami zupełnie bez emocji. Ja ciągle myślałam o Babci, której pogrzeb miał się odbyć następnego dnia dokładnie w Dzień Dziadka ...
I jak zwykle nie obyło się bez niespodzianek...
W sumie to już rutyna i nic nie powinno mnie dziwić a jednak zawsze dziwi
i zaskakuje...
Ściągnęłam łańcuszek od Babci i zdążyłam tylko wjechać do maszyny i dziwnym zbiegiem okoliczności coś się zacięło...
Przypadek ???
Leżałam tak bez ruchu pół godziny kiedy nagle wszystko wróciło do normy. Wjechałam ponownie i zaczęło się badanie...
Poszło bez problemu ...
Pojechałyśmy do kliniki i tam oczekiwałam na konsultację z dr Burzyńskim, moim onkologiem i lekarzem prowadzącym.
Na nic nie liczyłam , moja głowa była zaprzątnięta tylko jedną myślą Babcią ...
I kiedy weszła moja Pani Doktor, kiedy wykrzyknęła GRATULACJE w pierwszej chwili nie dotarło do mnie o co chodzi...
Jest 14 % mniej guza !!!
Popłakałam się i rzuciłyśmy się sobie na szyję...
Za chwilę jak zwykle z uśmiechem na twarzy dołączył do Nas dr Burzyński i dr Yi.
Zasiedliśmy przy okrągłym stole i zaczęła się dyskusja.
Obraz guza przemawia obecnie za tym,iż jest on teraz o niskim stopniu złośliwości i wynik PET z Bydgoszczy to potwierdził. 
Kiedy przyleciałam tutaj rok temu przed rozpoczęciem leczenia z miesiąca na miesiąc GADZISKO powiększało swoje rozmiary i było bardzo agresywne. 
Kiedy rozpoczynałam terapię Jego wymiary sięgały 45 x 35 mm ... obecnie około 32 x 22 mm !!! 
Najbardziej pocieszającym faktem w tym wszystkim jest decyzja Doktora o zaprzestaniu przyjmowania przeze mnie najgorszej, piekielnej chemii, która tak dawała mi w kość, a wlewy ograniczyć teraz nie do dwóch, a do jednego razu w miesiącu. Reszta jak na razie pozostaje bez zmian...
Tym razem to ja dostałam od Babci w dniu Jej święta bezcenny prezent a nie odwrotnie ...
Przede mną jeszcze długa droga ale po wielu niepowodzeniach chociaż tutaj świeci dla mnie słońce ...
Doktor Burzyński wraz ze swoją ekipą wywołał na mojej twarzy uśmiech i dał mi nadzieje i dzięki Nim jestem teraz w tym miejscu gdzie jestem ...