PROSZĘ POMÓŻ MI WYGRAĆ BATALIE O ZYCIE ....

Bank Zachodni WBK Odział 1 Kielce: 86 1090 2040 0000 0001 1113 97 44

w tytule wpłaty: KAROLINA DZIENNIAK
Fundacja z Uśmiechem, ul. Paderewskiego 11/39, 25-001 Kielce

piątek, 15 sierpnia 2014

[ 98 ] NA WIELE NIE MAM WPŁYWU ...

Wiem...
Długo mnie tu nie było...
Próbuję się jakoś ogarnąć... Czasami z lepszym... czasami z gorszym skutkiem... ale ciągle próbuje...
Minął już miesiąc odkąd jestem w domu...
A ja nawet nie wiem kiedy
Nie wiem czy to , że czas tak pędzi to dobry znak czy wręcz przeciwnie ...
Wiele rzeczy już nie wiem, nie potrafię zrozumieć...
Nie ogarniam tego ...
Na wiele nie mam wpływu
Rak pochłania wystarczająco dużo moich sił, na resztę najnormalniej w świecie już ich mi brakuje
Informacje typu:  " Ona zostaje w USA, bo Jej się tam bardzo podoba", " Myśleliśmy, że już nie wracasz " , a hitem są słowa : " Przecież Ona jest już ZDROWA !!! " ... i wiele innych, których tu nie przytoczę.
Poleciałam tam walczyć o życie dla siebie i dla tych, którym na mnie zależy...
Bardzo bym chciała być zdrowa i nie mam w chwili obecnej innego marzenia...
Pytam więc po co to komuś, po co takie rozsiewanie plotek ???
Po co te newsy ???
Czy ktoś się zastanowił jakie te słowa zadają mi ból ???
Czy los wystarczająco mi nie dokopał ???
Od ponad trzech lat noszę w sobie złośliwe paskudztwo, codziennie ładuje w siebie garści leków, codziennie walczę z depresją...
I o tym ile mnie to kosztuje wysiłku wiem tylko Ja i moi najbliżsi ...
Kiedy ponad dwa lata temu zdecydowałam się prowadzić bloga i prosić ludzi o pomoc byłam świadoma, że wystawiam się na krytykę opinii publicznej. Nie sądziłam, że czasami to będzie boleć bardziej niż sama choroba ...
Wiele przeszłam, wiele przechodzę i wiele jeszcze przede mną...
Staram się zaciskać zęby, ale to wszystko nie jest takie proste...
Rzeczą , której jestem pewna i o której głośno mogę krzyczeć to fakt, iż to , że do dnia dzisiejszego żyje, że jest tak, a nie inaczej to zasługa przychylnych i to całkiem mi obcych ludzi ...
Bez Was by mnie po prostu już nie było ...
Więc te mniej przychylne osoby proszę przemyślcie zanim puścicie w eter, kolejne zaskakujące informacje, które prędzej czy później i tak do mnie docierają i zabierają gdzieś daleko cząstkę mnie ... i odbierają tak potrzebne mi siły ...


czwartek, 10 lipca 2014

[ 97 ] NA POCZĄTKU BYŁ CHAOS ...

Na początku był chaos ...
I choć wiele się zmieniło, nadal tkwię w matni...
Lęk nie odpuszcza, strach znowu bierze górę. Zaciskam zęby i głęboko oddycham...
I nikt mi nie powie, że da się to ogarnąć, bo czasami się nie da...
To już jutro... już jutro wystartuje na dłuższą chwile do domu...
Siedzę, pisze i płaczę...
Nie dowierzam,że tyle miesięcy dałam radę ...
A ile jeszcze przede mną ???
Tylko Bóg jeden wie...
Tak bardzo chciałabym jutro lecieć do mojego kochanego domu z myślą,że w tej mojej głowie nic nie ma
Ale jest ...
Słabsze.. ale jednak jest ....
Tylko Ci, którzy tego doświadczyli potrafią drugiego człowieka w takiej sytuacji zrozumieć...
Ale myśl, że niedługo zobaczę się z moimi bliskimi,przyjaciółmi i resztą pozwala mi trzymać się w pionie.
Tak strasznie tęsknie, nie ma dnia, sekundy, żebym o Nich nie myślała
Nie wyobrażam sobie życia nigdzie indziej
Tak strasznie tęskniłam do domu
Patrzę z Mamuśką na walizkę leków i nie dowierzam, gdzie ten mój organizm przez tyle czasu to mieści.
Czasami przełykam i płaczę, ale zaraz potem patrzę na każdą pigułę i dziękuję za to że dane jest mi ją przyjąć. Człowiek myślał, że po 1,5 roku się przyzwyczai , ale gdzie tam.
Leżę... opadłam już dzisiaj z sił, ale wszystko dopięte na ostatni guzik.
Dzisiejsza wizyta w klinice, konsylium z lekarzami i dr Burzyńskim i moc uścisków. 
Zalecenia, wytyczne...
nie pozostało nic innego jak posłusznie się stosować, co zresztą czynię od kilkunastu miesięcy...
Ufff.....
A mnie naprawdę za każdym razem zaskakuje ciepło jakie bije od wszystkich ludzi, których spotykam od początku walki na swojej drodze.
Niewiarygodne... szczypię się czy aby to wszystko to na pewno prawda
Jeszcze tylko, żeby sił na to wszystko starczyło
Teraz tylko przeżyć lot...
Chciałabym powiedzieć " żegnaj Ameryko", ale niestety mogę na razie powiedzieć tylko " do widzenia"...


Bo kiedy zbiera Cię na płacz- pamiętaj, że pewnego dnia to wszystko przeminie...





piątek, 4 lipca 2014

[ 96 ] ZWROT AKCJI ...

Czas płynie...
Mam wrażenie , że coraz szybciej...
Po chwilach radości, trzeba było wziąć się ostro do dalszej pracy ...
Nowy lek, nowe nadzieje, że dokopie temu skubańcowi mocniej i mocniej !!!
Ale nie wszystko poszło tak jak być powinno ...
I nastąpił niespodziewany zwrot akcji...
No i cóż padło na mnie... lek się nie przyjął :-(
Zaczęło się niewinnie delikatna wysypka na twarzy, która z każdym dniem była coraz gorsza i gorsza, zaogniona, piekąca, przeniosła się na nogi, ręce...Szybko zaczęły dochodzić inne objawy reakcji alergicznej, opuchlizna, gorączka, a kiedy zaczęłam mówić jak kastrat nie było mi do śmiechu. Obrzęk w okolicach strun głosowych i dreszcze... Więcej nie trzeba było... Natychmiastowa reakcja... Bezwzględne odstawienie leku. Na szczęście po kilku dniach przyjmowania leków odczulających wszystko zaczęło wracać do normy.Ale o dalszym przyjmowaniu nowej medycyny nie mogło być mowy.
No cóż...
Bywa...
Jeden przypadek "na milion", no i na kogo trafiło ????
Ech...
Było... na szczęście minęło...
Ale strachu się najadłam, a Mamuśka razem ze mną...
Od poniedziałku wystartowałam z kolejnym lekiem. 
Badania serducha w normie, więc można było podjąć kolejną próbę. 



Dzisiaj czwarty dzień... znowu igły poszły w ruch, ale warto było trochę pocierpieć bo wszystkie wyniki ok...
Wolę o tym głośno nie mówić...
Chyba staje się coraz bardziej przesądna...
To był dzisiaj intensywny dzień, wczesna pobudka ( dla mnie teraz 7 rano to istny środek nocy ), klinika i przeprowadzka.
Po trzech miesiącach trafiłyśmy na ostatni tydzień do kolejnego Anioła Stróża.
A ja zaczynam cichutko odliczać...
I proszę...
Proszę,żeby nie wydarzyło się nic złego więcej...



czwartek, 19 czerwca 2014

[ 95 ] CZEKAM NA KROPKĘ NAD I ....

To był ciężki dzień.
Na szczęście już za mną !!!
Wczesna pobudka i fruuuu...
Jechałam i cały czas myślałam o ostatnim śnie... Śniła mi się Babcia... Pierwszy raz od kiedy odeszła, w końcu Ją zobaczyłam. Jechałam, myślałam, ściskałam w ręku łańcuszek i krzyżyk, który od Niej dostałam ...
jakoś dziwnie spokojna byłam...
Kiedy tak czekałam na swoją kolej Mamuśka wychodziła z siebie, żeby mnie rozbawić. Śpiewała , tańczyła istny show w roli głównej crazy Irena :-)
A kiedy już leżałam gotowa do wsunięcia do mojej ulubionej tuby, przesympatyczny radiolog wetknął mi swojego szczęśliwego pluszowego psiaka pod pachę na czas badania.
Myślałam,że się poryczę , ale nie ze strachu ze wzruszenia...
No i poszło !!!


Podudniło, poszarpało, kontrastu się wlało na szczęście w głowie nie pociemniało :-)
Troszkę mi się przysnęło
A potem oczekiwanie na... kolejny już ( zresztą przestałam już liczyć który to) w moim życiu wyrok ...
I pierwsza wiadomość: objętościowo obraz stabilny, ale... guz ulega dalszej powolnej degradacji od środka. No wiadomo,że po raz kolejny człowiek czeka z językiem na wierzchu jak spragniony psiak czekający na miskę wody,że nic tam nie ma, ale nie tym razem...
Ja nic nie mówię, absolutnie nie marudzę i cieszę się z tego co mam !!! I wdzięczna jestem Bogu i całemu światu,że jestem w tym, a nie innym punkcie.
Niech się rozpuszcza gnida piekielna, bo ja nie mam zamiaru odpuścić.
A, że doktor Burzyński to twardy przeciwnik dla gadziska dokłada mu od dzisiaj kolejną porcyjkę dodatkowych leków, co by przyspieszyć dalszy rozpad i dokopać padlinie !!!
I kolejna wspaniała wiadomość 10 lipca startuje, a 11 ląduje chwilowo w Polsce. Home ... sweet home...
I na chwilę obecną tam będę kontynuowała leczenie. Chwile odpoczynku i kolejna wycieczka do Bydgoszczy.. PET SCAN... analiza wyników i planowany powrót do Houston na 9 października, o ile w międzyczasie nie zaskoczy mnie nic niespodziewanego, co zmusi mnie do wcześniejszego przylotu...
Ale o tym nawet nie myślę ...
Także spinam się !!!
Mobilizuje wszystkie pokłady siły i czas walczyć dalej.
Pozostaje jeszcze wiele do zrobienia, ale zawsze to już bliższa droga niż dalsza, co przepełnia mnie niezmierną radością i wiara na przyszłość.
Może w końcu kiedyś nadejdzie ten czas, że dobije do portu, ale na razie musi mi starczyć fakt,że potrafię sterować tym "statkiem"...
Najważniejsze,że nie nie dryfuje i nie znosi go na nieznane wody...





piątek, 13 czerwca 2014

[ 94 ] W KOŃCU COŚ DRGNĘŁO !!!

No to się człowiek w końcu doczekał !!!
Bo to, że choroba nauczyła mnie cierpliwości to jedno, ale zmęczenie to druga strona medalu...
Ale w końcu !!! 
W końcu coś drgnęło !!!!
Super !!! Hiper !!! Extra wyniki to to na co od dłuższego czasu czekałam !!!
Jechałam dzisiaj do kliniki totalnie bez emocji, nastawiona raczej na nie, że te moje białe, czerwone, zielone, niebieskie i cholera jedna wie jakie krwinki nie ruszyły swoich leniwych zadków, a wstrętne bakteryjsko nadal sobie biesiaduje...
Ale stało się inaczej ...
Co prawda  dzień dzisiaj dla mnie potwornie męczący...
Samoistna pobudka o 3:15 nad ranem...
Przerzucam się z boku na bok, zamykam oczy, otwieram ... 
Mija pół godziny...
Wyglądam przez okno, cicho wszędzie, ciemno wszędzie i w tle słyszę mruczącą (czyt. podchrapującą :-) ) Mamuśkę :-). A "pomruczeć " to Ona potrafi :)
W końcu coś czując budzi się  i tak od 4 rano gaworzymy już sobie, bo ani Ja , ani Ona zasnąć za żadne skarby nie możemy...
A gdzie tam do 8:00 ...
I kiedy tak o 7:00 oko mi się pomału przymyka, czuje , że sobie odpływam... 
Bum !!!!
Budzik dzwoni !!!
Trzeba wstać
I jak zwykle poranna nerwówka przed wizytą w klinice, ale spoglądam w okno tuż przed wyjściem i myślę co za ulga nie ma słońca...
Pociągam za drzwi wejściowe, otwieram i już mi nie jest tak wesoło... Skwar... totalna duchota ... przerażająca wilgotność ...istna masakra !!!
Siedzimy na ławce przed domem czekamy na Naszego Kierowcę Rajdowce Panią Krysię :-) i co... pociemniało mi w oczach, pokręciło w głowie, nogi z waty i ledwo oddycham bo po prostu nie ma czym ...
Wsiadłam do samochodu i było mi już wszystko obojętne, byle tylko siedzieć w klimatyzowanym i wypić wody.
Półgodzinna podróż do kliniki nawet nie wiem kiedy minęła, docieramy i pomału ...pomału jest lepiej. 
I kiedy przejął mnie mój "osobisty" pielęgniarz Joe w końcu i pomierzył wszystko co było możliwe przyszła kolejna pielęgniarka i dokonała mojego ulubionego rytuału z igłą w roli głównej ...
I kiedy tak czekamy z Mamuśką na moją Panią Doktor mnie po głowie chodzą już tylko myśli , że po porannych zawirowaniach to i tak na pewno wyniki będą kiepskie...
Ale w końcu się moja świeczka zaczęła palić rzewnym ogniem !!!
Wyniki extra !!!
Wszystkie nieprawidłowości wyrównane i pada komenda, że startujemy z ponownym włączeniem leków na tego TYPKA w mojej głowie. Za dużo miał ostatnio swobody, więc nie ma to tamto, trzeba się wziąć ostro do roboty.
Tym bardziej, że już za 6 dni 18 czerwiec... kolejny ciężki dzień... sądny rezonans...
I gdyby tylko dało się wyjść poszłabym dzisiaj z tego wszystkiego na spacer !!! 
No ale można tylko pomarzyć !!!
Teksańskie piekło na to nie pozwala !!!
Ale żeby tylko takie człowiek miał problemy ...
Więc cieszmy się dniem dzisiejszym...






czwartek, 5 czerwca 2014

[ 93 ] KOLEJNY PASAŻER NA GAPĘ ...

Chciałabym...
Chciałabym móc powiedzieć coś optymistycznego, ale zawsze.... po prostu zawsze, kiedy życie zaczyna nabierać kolorów, następuje wielki bum !!!
Czekałam ... czekałam na kolejne wyniki badań i się doczekałam... tyle, że nie takich jakbym chciała ...
Trzeba było zagłębić się w temacie mojej ostatniej leukocytozy. Białe krwinki poszalały i jakoś nie chciały się opamiętać ...Nie chcą ze mną współgrać...
Tłumaczę...
Proszę...
Krzyczę...
A one i tak robią co chcą ...
I kiedy tak spokojnie czekałam sobie na kolejne wyniki badań, testów, już nie wiem , który to raz dostałam obuchem w twarz ...
I niech mi nikt nie mówi, że można się do tego przyzwyczaić ... nie można !!!
I kiedy tak w tym moim kościstym ciele noszę sobie już trzy lata paskudne gadzisko, tak teraz zagnieździł się w nim kolejny nieproszony pasażer na gapę...
CLOSTRIDIUM DIFFICILE !!!
Nie zapraszałam, nie chciałam, uważałam...
I co z tego???
Życie i tak pisze swój własny scenariusz.
Ta cholerna bakteria zagnieździła się we mnie i i zatruwa moje jelita toksyną.
Tego się raczej nikt nie spodziewał... ale chemia ... cytostatyki zrobiły swoje. 
Nie dość, że dała mi popalić przez wiele miesięcy to teraz nie daje dalej o sobie zapomnieć
 I tak część leków na gada w głowie odstawiona, a włączone zostają antybiotyki...
A ja z pokorą przyjmuje je wszystkie byle tylko pozbyć się tego cholerstwa ... byle nie spowodowała więcej szkód w moim ciele, które i tak już sporo przeszło 
I kiedy zapytałam moją Panią Doktor, czy ta "frania" jest groźna i Ta skinęła twierdząco głową , dodając, że jest paskudna, to już mi się wszystkiego odechciało.
Wczoraj lekki dołek ...
Oczywiście nieustanne buszowanie po internecie, bo jak to bez doktora Google się żyć nie da !!!
Człowiek stary,  a głupi !!!
Szuka i szuka... czyta... i czyta... a potem myśli.... a potem zastanawia się po co i obiecuje, że już nie będzie !!!
Ale gdzie tam !!!
Łapy same chodzą po klawiaturze, a oczka wodzą w poszukiwaniu za kolejna sensacją.
Jednego nieproszonego gościa nie mogłam znieść, no ale dwóch to już lekka przesada.
Najgorszy jest fakt, że leczysz jednego dziada, a drugi sobie swobodnie bez kolejnych dawek leków dycha ...
A tu nie ma chwili do stracenia !!!
Ale jak to mówią " Głową muru nie przebijesz"
Przynajmniej Ja nie potrafię...




środa, 28 maja 2014

[ 92 ] POPRZEZ BURZĘ ...

Poprzez burzę ...
Dosłownie i w przenośni ...
Jakaś zła passa przyczepiła się jak rzep psiego ogona i nie chce odpuścić ...
Odpłynęłam na pewien czas...
Tam " na górze" mam swojego kolejnego Opiekuna . Kolejna osoba bliska mojemu sercu została pokonana przez to cholerne gadzisko. Do dzisiaj nie mogę w to uwierzyć. Pamiętam dokładnie każdy dzień kiedy Beatka pomagała mi w szpitalu dojść do siebie... Była taka silna... Zarażała optymizmem i mega powerem... I nagle to dziadostwo znowu okazało się silniejsze ... znowu zabrało swoje żniwo. 
I jak być tutaj twardym ... 
No jak ???
Strach towarzyszy mi każdego dnia , ale teraz znowu się spotęgował ze zdwojona siłą
I chociaż bronie się przed tym jak mogę , w mojej głowie pojawia się pytanie... kiedy moja kolej ??
Czym sobie zasłużyłam,że nadal jestem po tej stronie ??? Skoro inni po kolei odchodzą...
To głupie zadawać sobie pytania , na które nikt nie udzieli mi odpowiedzi, ale takowe kłębią się w mojej głowie... i nie potrafię inaczej.
Rozpętała się kolejna burza.. w sercu... i w ciele
Dzisiejsza wizyta w klinice znowu zasiała zamęt. Te moje cholerne krwinki, szaleją i coś nie mogą się zorganizować. Dodatkowo doszły inne rewelacje, więc trzeba było porobić dodatkowe badania, a teraz cóż pozostało czekać na wyniki....




niedziela, 11 maja 2014

[ 91 ] NIE DA SIĘ ZAPOMNIEĆ...

10 maj 2011 roku ...
15 dni przed najgorszym dniem mojego życia, ale tak naprawdę to właśnie 10 maj to początek tej cholernie trudnej drogi ... 
To dzisiaj mija dokładnie 3 lata od pierwszego rezonansu, od badania które na zawsze zmieniło moje życie.
Pamiętam wszystko tak dokładnie, z każdym najdrobniejszym szczegółem.
Jeszcze nie wiedziałam, ale czułam straszny niepokój jadąc na badanie. 
Miałam przy sobie Mamuśkę ...
Kiedy wychodziłam z domu, przed blokiem natknęłam się na Tatka , który wracał ze sklepu. ...
Głos mi wtedy zadrżał i rzuciłam ze łzami w oczach : " A co jeśli tam coś jest?" 
Przytulił i uśmiechnął się mówiąc : " Córciu, nic tam nie ma !".
Tak bardzo chciałabym,żeby miał wtedy rację, ale to ja ja miałam...
Na zawsze pozostanie w mojej pamięci obraz technika , który wykonywał badanie... Kiedy podczas skanowania zobaczyłam w lusterku, jak podparty o biurko otworzył oczy ze zdziwienia.
Badanie trwało nadal, a ja wiedziałam,że nie mogę się poruszyć. Choć nikt mi jeszcze nic nie powiedział, ja już czułam,że coś jest nie tak... Pamiętam jak leżałam tak w bezruchu, serducho zaczęło walić, a łzy samoistnie zaczęły mi lecieć na boki.
Kiedy badanie się skończyło próbowałam wyciągnąć coś od gościa , który wykonywał badanie. Odpowiadał wymijająco,że się nie zna, że muszę czekać na wynik od radiologa itd. itp.
Taaaak .... Technik, który się nie zna ...
Dobre sobie ....
Ale chciałam w to wtedy wierzyć, chociaż wiedziałam ,że to nierealne...
Wyszłam do Mamci, siedziała i czekała na mnie w korytarzu. Usiadłam koło Niej i wpadłam
w histeryczny płacz ... a przecież jeszcze nic nie wiedziałam.
Wynik miał być za 14 dni ...
Byłam wtedy w innym świecie, podświadomie czułam,że coś się święci...
Pamiętam dokładnie jak wpadłam do mojej przyjaciółki z podpuchniętymi od płaczu oczyskami. Ta wiedziała jak temu zaradzić dała mi farbę do ścian i wałek do malowania i zaczęłyśmy działać
w Jej świeżo zakupionym mieszkaniu.
Trochę pomogło ... ale niepokój pozostał ... zawsze będzie już obecny w moim życiu, a ja żyję tylko nadzieją, która podobno umiera ostatnia...
Ale ja ciągle ją mam ... ciągle mam nadzieję, że WSZYSTKO czego pragnę się spełni ...
I chociaż wczoraj mój organizm zaprotestował, wyniki nie wyszły takie jakbyśmy chcieli, cześć leków została na 10 dni odstawiona podnoszę głowę do góry i krzyczę NIE DAM SIĘ !!!
19 maja powtórka z rozrywki , kolejne badania i żądam żeby wszystkie wyniki wróciły do normy !!!




środa, 16 kwietnia 2014

[ 90 ] CZASAMI MUSISZ IŚĆ, BY POTEM ZACZĄĆ BIEC ...



To prawda ...
Czasami musisz iść by potem zacząć biec...
A ja patrze ile jasnych gwiazd chce dla mnie żyć i dla mnie śnić ...
Moje krwinki poszły po rozum do głowy i wyniki są znowu super !!!
A dzisiaj kolejna jasna gwiazda zaświeciła na moim własnym niebie...
Po ostatnich zawirowaniach dzisiejszy dzień przyniósł dobre wieści...
We wczorajszy poniedziałkowy wieczór popłynęły łzy... łzy strachu przed dzisiejszym rezonansem...
Wtuliłam się w Mamuśkę i nic więcej nie musiałyśmy mówić, to mi wystarczyło żeby się wyciszyć...
Szybko odpłynęłam ...
Wtorek 15.04.2013 r. wcześniej rano pobudka.... standardowo kluska w gardle i najchętniej z nikim bym nie rozmawiała... 
Jechaliśmy zwartą ekipą...
Kamil w tym samym celu co ja- rezonans i Daniel dzielny brat przewodnik " wycieczki".... :-) 
Siedziałam cichutko na tylnym siedzeniu samochodu trzymając się z Mamuśką za ręce...
I te potworne słynne korki w Houston dodatkowo podgrzewały nerwową atmosferę...
Dotarliśmy...
Tym razem wszystko poszło sprawnie, maszyna się nie popsuła, nic nie iskrzyło, nic nie dymiło, wszystko hulało tak jak powinno.
I kiedy znowu mnie poważyli, pomierzyli czekałyśmy z Mamuśką na ekipę w białych kitlach ...
Kiedy otwierają się drzwi do słynnego pokoju z "okrągłym stołem" świat na kilka sekund staje 
w miejscu...
I tym razem nie było inaczej..
Wypuściłam powietrze dopiero wtedy gdy zobaczyłam uśmiech na twarzy moich lekarzy z 
dr Burzyńskim na czele...
Dzisiejszy dzień przyniósł dobre wiadomości...
Wielkościowo guz jest stabilny, ale... w części centralnej GADZISKA dochodzi do dalszej degradacji !!! Paskud wygląda jak podziurkowany i mówiąc najprościej zaczyna przypominać plaster miodu. 
Wiem,że jest Wielki Tydzień.... czas pojednania, ale jak ja tego potwora nienawidzę !!! 
I z "nim" na pojednanie nie ma szans...
Najważniejsze kolejny krok do przodu.
Kolejna dobra wiadomość to taka,że zostały mi całkowicie odstawione wlewy, więc na tą chwilę zostaję już na 3 lekach z początkowych sześciu :-)
Za 8 tygodni kolejna powtórka z rozrywki i kolejny rezonans i próba odstawienia pozostałych leków i pozostaniu tylko na leku podstawowym.
Przede mną jeszcze daleka droga... ale co najważniejsze widać rezultaty. 
To wszystko dzięki Waszym dobrym sercom i Waszej pomocy, bo bez Niej nie byłby możliwe to co stało się możliwe...
A Ty GADZIE drżyj bo walka ciągle trwa, a ja mam na celu wygrywać nie tylko kolejne bitwy, ale całą wojnę !!!!
A teraz modlę się tylko o to żeby mi nigdy nie zabrakło sił....
Nigdy ...






wtorek, 8 kwietnia 2014

[ 89 ] CZY TO SIĘ DZIEJE NAPRAWDĘ ???

Czasami czuję,że stąpam po bardzo cienkim lodzie ...
I kiedy już czuję,że tafla jest gruba, bezpieczna za jakiś czas napotykam kolejna rysę...
Było cudownie...pięknie... bajkowo !!!
19 marzec 2014 minął kolejny, już 32 rok mojego życia.
To były drugie moje urodziny "na obczyźnie", ale całkowicie bez moich bliskich.
W zeszłym roku miałam przy sobie Mamuśkę ... Tym razem musiałam sama stawić temu czoło ...
Ale całkiem sama nie byłam... To co mnie znowu tutaj spotkało przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Kurcze w sumie nawet nie wiem jak ubrać to w słowa, bo nie ma takich żebym mogła to wszystko opisać i podziękować wszystkim ludziom, którzy mnie tu otaczają i starają się stworzyć dla mnie namiastkę domu.
Często się zastanawiam czym sobie na to wszystko zasłużyłam ???
Przyjęcie urodzinowe jakie przygotowali moi tutejsi PRZYJACIELE to bezcenny dar, który będzie nieodłączną częścią mojego życia. Jasne były łzy, głos mi się łamał, ale były to łzy szczęścia. To dla mnie takie wzruszające,że naprawdę jestem dla kogoś ważna... dla tylu osób...tak po prostu bez żadnego podtekstu ... ważna.







Moje dziewczyny szykowały wszystko w pocie czoła, zarywały noce,żeby było po domowemu.
Ale cóż jak żyje 32 lata nigdy takich urodzin nie miałam !!!
I życia mi braknie,żeby się za to wszystko odwdzięczyć ...
Bo cóż w tym momencie znaczy moje zwykłe DZIĘKUJĘ ...
Chociaż jak przypomnę sobie moje urodzinowe imprezy z zeszłych lat to mordka mi się cieszy.
Kupa znajomych ...siedzieliśmy jak śledzie ... kupa śmiechu...a i nogą się potupało... 
Ech .... łza się sama w oku kręci ... brakuje mi tego...
Bardzo mi brakuje ...
Chociaż przewartościowałam swoje życie, wiele rzeczy wydaje mi się takimi nieistotnymi to jednak nie będę czarować , że za niektórymi tak po ludzku tęsknie ...
Urodziny minęły, a Ja ??? Ja wyrwałam kolejny rok mojego życia !!! Trzecie urodziny z jednym niechcianym, nieproszonym " gościem". Cóż tak niemile widziany jednak się pojawił, a ja dmuchając świeczki na torcie miałam tylko dwa życzenia i więcej mi do szczęścia nie będzie potrzebne...


I tak z uśmiechem na twarzy wyczekiwałam 30 marca ...
I z walącym serduchem się doczekałam...
Wiele w tym temacie mówić nie trzeba...


O ile wszystko teraz wydaje się prostsze ...
Mamuśka...
I kiedy tak stąpałam po stabilnym lodzie dzień później tafla zaczęła pękać..
Nie zdążyłam się jeszcze oswoić z myślą,że Ją tu przy sobie mam i znowu dostałam "pałą w łeb"...
Kiedy zadzwonił zapłakany Baczek i wydukał z siebie,że Tatko miał znowu wypadek w pracy i czeka w szpitalu na operację pociemniało mi przed oczami.
Czy to się dzieje naprawdę ???
Dopiero co wyszedł z jednego ... a tu kolejny cios ...
I ta cholerna różnica czasu powodująca problemy z komunikacją kiedy człowiek chciałby wiedzieć wszystko jak najszybciej.
Nie wiem jakbym to zniosła gdyby nie było w tym momencie ze mną Mamuśki, z drugiej strony serce mi chciało pęknąć na milion kawałków , że Bączek został z tym wszystkim sam. Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć po stracie Babci - Mamy Tatka, a teraz to ???
I w jaki sposób zachować tutaj równowagę???
Uspokoiłyśmy się kiedy dotarła do nas informacja,że operacja się udała, a szczęście nie do opisania kiedy usłyszałam Tatę, który nie martwił się o to, że leży unieruchomiony tylko jak zwykle o mnie ...
No i coś wyczuł nosem bo za parę godzin okazało się,że poleciały mi wyniki. A wszystko szło tak idealnie... Moim białym krwinkom coś się chyba pomyliło, bo nie przypominam sobie,żebym dała im przyzwolenie na spadki ...
Staram się być opanowana, ale nie jest mi wesoło...
Przyzwyczaiłam się ,że wyniki zawsze miałam super, a tu teraz taki zonk ...
Więc wzywam Was krnąbrne krwinki RUSZCIE SIĘ !!!
Ale w jednym kierunku...
W GÓRĘ !!!!

sobota, 15 marca 2014

[ 88 ] NIE CHWALMY DNIA PRZED ZACHODEM SŁOŃCA ...

Było trochę spokoju ...
Ale przecież nic co dobre nie może trwać wiecznie ...
Ostatnia wizyta w klinice w zeszłym tygodniu, kolejny wlew i wszystkie wyniki były w normie.
Poszło gładko, chociaż pomimo swoich 32 lat czasami małe dzieci są bardziej odważne ode mnie. 
Cóż od urodzenia zastrzyki, wkłucia , wenflony nie były moimi przyjaciółmi i tak mi już niestety pozostanie. Ale wiadomo,że nie taki diabeł straszny jak go malują, ale patrząc czasami na swoje miny sama się z siebie śmieje.




Naprawdę czas jakoś niesamowicie przyśpieszył, minęły dwa miesiące od mojego powrotu do Houston. A ja nawet nie wiem kiedy.
I kiedy tak próbuje o tym cholernym GADZISKU zapomnieć, wyłączyć się z tego tematu on wraca nieproszony jak bumerang.
Piekielny rak zebrał ponownie swoje żniwo... 3 dni temu odebrał mojemu przyjacielowi tak nagle Ojca... A do mnie nadal nie może to dotrzeć, że dwa tygodnie od diagnozy człowieka już nie ma ... Dla mnie to jakiś czeski film... Nic już z tego nie rozumiem. Czy to się kiedyś skończy ??? Z każdej strony dochodzą mnie coraz to bardziej zaskakujące fakty.
Ostatnio oglądałam reportaż o pewnej kobiecie, która również walczy z rakiem i spełnia swoje marzenia. Lekarze powiedzieli Jej ,że nie ma już ratunku a ona się z tym pogodziła... i powiedziała,że nie ma zamiaru walczyć za wszelką cenę...
To zupełnie inaczej niż Ja ...
Bo choć teraz 4 dzień leżę w łóżku i straciłam tak z trudem nadrobione kilogramy, to nie wyobrażam sobie,że mogę się poddać... 
JA PO PROSTU SIĘ NA TO NIE ZGADZAM !!! 
Trzeba walczyć do samego końca ... nikt z Nas bowiem nie wie kiedy on nastąpi. Nie ma co wyrokować,  biernie czekać, trzeba działać!!!
Cóż nie jeden raz postawiono już na mnie kreskę, wg niektórych powinnam już nie żyć ... Więc póki co chyba ich rozczarowałam ...
No ale cóż chyba jestem, aż nadto złośliwa bo nadal żyję !!!
Ostatnio zanadto wychwalałam swój stan i dopadł mnie fizyczny kryzysik, ale przecież musi minąć...
MUSI !!!



poniedziałek, 17 lutego 2014

[ 87 ] NEVER GIVE UP !!! ...




Mówią ,że czas leczy raczy ...
Cóż w moim przypadku jakoś przyspieszył ...
Do tej pory dni ciągnęły mi się niemiłosiernie , noce wydawały się potwornie długie ...
A teraz ... teraz odliczam dni kiedy moja Mamuśka mnie przytuli, moja Mamuśka mnie pogłaszcze, moja Mamuśka potrzyma za rękę, otrze łzy kiedy zapłaczę, powie , że wszystko będzie dobrze ...
30 marzec ... wyczekuje tej daty tak jak wyczekiwało się na list od rodziców będąc dzieckiem na koloniach...
Choroba weryfikuje znajomych ... jedni odeszli ... pojawili się nowi ... Ludzie po których nigdy bym się nie spodziewała pomocy wyciągnęli do mnie swą dłoń i to w całym tym nieszczęściu jest piękne ...
Jedno jest pewne ... Moi Rodzice ... Mój "mały" Bączek zawsze będą przy mnie. 
A ja wiem,że mam przeogromny dług wdzięczności wobec nich , wobec wszystkich ludzi , którzy stanęli na mojej drodze i oferują swą pomoc ... Więc jak to mówią NEVER GIVE UP , ja po prostu NIE MOGĘ SIĘ PODDAĆ !!!
Za parę chwil minie miesiąc jak odeszła Babcia, za parę chwil minie rok jak odszedł mój Dziadziuś. Odeszła na zawsze moja Ania, Moja Dorcia, moja Paulinka, mój Stasiu ....
Ale Ja z jakiejś przyczyny nadal tutaj jestem i to musi mieć jakiś sens, w tym wszystkim musi być jakiś cel ...
I wiem,że Oni wszyscy chcieliby widzieć uśmiech na mojej twarzy ...
I kiedy dzisiaj wspominałam Anię, kiedy trzy dni przed śmiercią to Ona na wózku bo na wózku, ale przyjechała do mnie do szpitala popłakałam się... Ale za chwilę kiedy patrzyłam na piękne bezchmurne, błękitne niebo uświadomiłam sobie,że przez cały okres Jej choroby tak naprawdę widziałam dwa razy kiedy zapłakała. 
I wiem co pewnie bym mi powiedziała, jakby zobaczyła , że płacze :-), aż strach pomyśleć, bo nigdy nie przebierała w słowach :-)
Więc podnoszę się codziennie i łapię się na tym , że pojawia się uśmiech na mojej twarzy, że w tym całym potwornym nieszczęściu mimo splotu nieprzewidzianych ostatnio zdarzeń warto żyć !!!
Bo jest dla Kogo !!!
Warto cieszyć się z każdego dnia i szkoda czasu na błahe sprawy ...
Życie jest takie krótkie , ale jak widać cholernie nieprzewidywalne.
To głupie ale cieszą mnie teraz drobne rzeczy ...
Odrastają mi włosy, waga stanęła w miejscu i od jakiegoś czasu nie spada, teraz celem numer jeden jest przytyć !!!
Nigdy nie sądziłam,że będę się cieszyć z każdego dodatkowego kilograma, a jednak ...
Są i pewnie będą wzloty i upadki,ale teraz koncentruje się na samych pozytywnych rzeczach. Zresztą z całą rzeszą pozytywnie zakręconych osób , która mnie otacza i wspiera musi się udać !!!
Wiele rzeczy mnie ostatnio zaskakuje, ale fakt,że ja osoba , która od dziecka panicznie boi się psów leży na jednej kanapie z Pitbullem przejdzie do historii ...
A ja zbieram pozytywną energię od Was bo jest mi cholernie do życia potrzebna !!!




piątek, 24 stycznia 2014

[ 86 ] DLACZEGO ??? ...

Dlaczego ???
Dlaczego to wszystko się dzieje ???
Nie zdążyłam jeszcze ochłonąć po przylocie, dźwignąć się do pionu i znowu los sobie ze mnie zadrwił...
Serce wali mi jak oszalałe, łzy ciekną po policzku i dalej do mnie nie dociera wiadomość, którą przekazali mi rodzice 5 dni po moim przylocie ...
W zeszłym roku Dziadziuś ...
W tym odeszła moja Babcia ...
I znowu ja po drugiej stronie świata próbująca oswoić się z tą myślą...
Nie potrafię...
Nie dociera to do mnie ...
Nie mogę w to wszystko uwierzyć ...
Ciągle brzmią mi w głowie Jej słowa, które usłyszałam dzień przed wylotem : 
" Ja już na tamten świat, ale Ty wnusiu musisz żyć !!!"
Nie chciałam tego słuchać...
Prosiłam żeby mi obiecała,że poczeka na mnie ...
Obiecała ...
Ale nie poczekała ...
Już wtedy czuła... wiedziała... Chciała żebym leciała spokojnie i dalej walczyła
o swoje życie ...


A ja wracam do punktu wyjścia i ciągle pytam DLACZEGO to wszystko mnie spotyka ???
Przez miesiąc w domu sklejałam się do kupy ...
Miałam się naładować pozytywną energią... szło bardzo opornie, było ciężko ,ale czas spędzony z rodziną z przyjaciółmi był dla mnie bezcenny...
Dodatkowa informacja tuż przed odlotem o śmierci mojej koleżanki Paulinki ścięła mnie z nóg...
To ona po pierwszym przeszczepie przyjeżdżała do mnie i pocieszała i wspierała w mojej walce.
Potrafiła naładować mnie pozytywną energią, miała w sobie tyle życzliwości i samozaparcia w walce z chorobą. Wspierała, angażowała w pomoc dla mnie innych
I ...
Choroba wróciła i zebrała swoje żniwo...
Teraz gdyby nie moja "houstońska Rodzinka" nie wiem jak dałabym sobie rade...
Żeby tutaj chciał czas tak szybko lecieć jak zleciał w domu ...
Było ciężko, nie tak jak sobie wyobrażałam, nie tak jak planowałam, ale bez względu na wszystko, bez względu na wszelkie przeciwności losu i tak warto było, nawet pomimo tego, iż większość czasu przeleżałam w łóżku !!!
Ironia losu ... 21 styczeń 2014 Dzień Babci i badanie kontrolne w Houston .... Rezonans ...
Jechałam z moimi Dziewczynami zupełnie bez emocji. Ja ciągle myślałam o Babci, której pogrzeb miał się odbyć następnego dnia dokładnie w Dzień Dziadka ...
I jak zwykle nie obyło się bez niespodzianek...
W sumie to już rutyna i nic nie powinno mnie dziwić a jednak zawsze dziwi
i zaskakuje...
Ściągnęłam łańcuszek od Babci i zdążyłam tylko wjechać do maszyny i dziwnym zbiegiem okoliczności coś się zacięło...
Przypadek ???
Leżałam tak bez ruchu pół godziny kiedy nagle wszystko wróciło do normy. Wjechałam ponownie i zaczęło się badanie...
Poszło bez problemu ...
Pojechałyśmy do kliniki i tam oczekiwałam na konsultację z dr Burzyńskim, moim onkologiem i lekarzem prowadzącym.
Na nic nie liczyłam , moja głowa była zaprzątnięta tylko jedną myślą Babcią ...
I kiedy weszła moja Pani Doktor, kiedy wykrzyknęła GRATULACJE w pierwszej chwili nie dotarło do mnie o co chodzi...
Jest 14 % mniej guza !!!
Popłakałam się i rzuciłyśmy się sobie na szyję...
Za chwilę jak zwykle z uśmiechem na twarzy dołączył do Nas dr Burzyński i dr Yi.
Zasiedliśmy przy okrągłym stole i zaczęła się dyskusja.
Obraz guza przemawia obecnie za tym,iż jest on teraz o niskim stopniu złośliwości i wynik PET z Bydgoszczy to potwierdził. 
Kiedy przyleciałam tutaj rok temu przed rozpoczęciem leczenia z miesiąca na miesiąc GADZISKO powiększało swoje rozmiary i było bardzo agresywne. 
Kiedy rozpoczynałam terapię Jego wymiary sięgały 45 x 35 mm ... obecnie około 32 x 22 mm !!! 
Najbardziej pocieszającym faktem w tym wszystkim jest decyzja Doktora o zaprzestaniu przyjmowania przeze mnie najgorszej, piekielnej chemii, która tak dawała mi w kość, a wlewy ograniczyć teraz nie do dwóch, a do jednego razu w miesiącu. Reszta jak na razie pozostaje bez zmian...
Tym razem to ja dostałam od Babci w dniu Jej święta bezcenny prezent a nie odwrotnie ...
Przede mną jeszcze długa droga ale po wielu niepowodzeniach chociaż tutaj świeci dla mnie słońce ...
Doktor Burzyński wraz ze swoją ekipą wywołał na mojej twarzy uśmiech i dał mi nadzieje i dzięki Nim jestem teraz w tym miejscu gdzie jestem ...






poniedziałek, 23 grudnia 2013

[ 85 ] NA SKRAJU PRZEPAŚCI ...

Idą Święta ...
Tak długo wyczekiwane przeze mnie Święta ...
A ja nie mogę się zebrać...
Spinam wszystkie pokłady sił, tak bardzo sie staram ale od jakiegoś czasu mi to nie wychodzi ...
Kryzysy były...sa i bedą...
Nie przeskoczę tego ... ale teraz jakoś całkowicie wymkneło mi sie to spod kontroli...
Ostatnie wydarzenia dodatkowo odcisnęły piętno i na mojej psychice i na siłach witalnych ...
Nie chcę zanudzac jak jest mi cholernie cięzko ...
Że już nie daje z tym wszystkim rady ...
Ale tak jest ...
I nijak nie potrafie tego okiełznać ...
Chociaż bardzo bym chciała...
I wiem,że jeśli sama sobie z tym nie poradze, jeśli sama nie przeciwstawie się swoim lękom to nic, ani nikt nie będzie mi w stanie pomóc ...
Ktos kto tego nie przeżył nie zrozumie ile wysiłku kosztuje wstanie z łóżka i inne najprostsze czynności
Od ponad tygodnia jestem w domu i nie potrafię sie tym cieszyć
Staram się ze wszystkich sił i tylko moi najbliźsi wiedza ile mnie to kosztuje ...
Dodatkowo przygody podczas podróży dołożyły swoje ...
To była przysłowiowa "wisienka na torcie".
Zła passa zaczęła się już dzień przed odlotem, kiedy siedząc w klinice i czekając na wlew okazało się,że lek nie dotarł do kliniki z powodu śnieżycy i miałam zgłosić się następnego dnia na wlew... w dniu kiedy miałam lecieć do domu ...
Pozieleniałam ze strachu, wszystko kołowało mi przed oczyma , nie wierzyłam że to się naprawdę dzieje ...
W końcu po paru godzinach oczekiwania udało się, lek dotarł ... ale stres już zaczał robic swoje ...
Dzień kolejny ...
Obudziłam się z walacym sercem... to juz dzisiaj ... lecę po prawie roku do domu...
Jakoś to do mnie nie docierało... nadal nie dociera , że tutaj jestem ... a 13 stycznia wracam do Houston ponownie ...



Kiedy siedziałam w samolocie nawet nie wiem kiedy zleciał mi czas i byłam już we Frankfurcie. Tam czekało mnie jeszcze 8 godzin oczekiwania na kolejny samolot.
W towarzystwie asysty przewieźli mnie z jednej bramki do drugiej i tam w spokoju miałam oczekiwać na kolejny lot. Zmęczenie wtedy wdało się we znaki i po prostu usnełam na walizkach.
W końcu wybiła godzina mojego kolejnego lotu do Katowic, wykończona ale szczęśliwa siedziałam juz w samolocie, który w mgnieniu oka wzbił sie do góry i za kilkadziesiąt minut miałam sie zobaczyć z bliskimi ...
I kiedy od Katowic dzieliło mnie dosłownie 15 minut pada komunikat,że samolot ma awarię systemu nawigacji i nie da rady wylądować w Katowicach z powodu gęstej mgły ... Wracamy do Frankfurtu...
Nie docierało do mnie to co usłyszałam i kiedy wyladowaliśmy wybuchłam, zmęczenie, stres , wszystko naraz powaliło mnie dosłownie z nóg. Zaczełam płakać jak dziecko, ciało drzało jak oszalałe a ja nie mogłam sie uspokoić...
I znowu w moich myslach padało pytanie DLACZEGO ???
Co jeszcze ???
Ile jeszcze jestem w stanie znieść ???
Zaczeła sie nerwówka, bieganie po lotnisku, nie było już asysty i taka słaba biegałam w popłochu za ludźmi chociaż nie miała już na to w ogóle siły.
W końcu pada komenda,że lot zostaje przebukowany za 4 godziny. I znowu oczekiwanie ...
I wtedy na mojej drodze pojawił się kolejny Anioł w żeńskim wydaniu... Pani Alina ... Kochana kobieta zaopiekowała się mną i wzieła pod swoje skrzydła. Dzięki Niej czułam się naprawde bezpieczniej...
I kiedy tak dochodziła 22:00,  godzina odlotu znowu porażka... Kolejny lot odwołany ... Byłam juz tak wyczerpana,że ledwo powłoczyłam nogamii kiedy usłyszałam,że dzisiaj nie wylecimy eksplodowałam, cisnienie siegneło zenitu...
Nie miałam juz sił ...
Siedziałam na telefonie z moimi bliskimi i nie ogarniałam całej sytuacji ...
Miałam wylecieć nastepnego dnia po południu ...
Byłam tak wstraszona, przerazona i wymęczona,żę nie sposób tego opisać słowami.
Kiedy przewieźli nas do hotelu praktycznie na siedzaco , w ubraniu i całkowicie bez sił zasnełam z Panią Aliną w pokoju ...
Obudziłam się z przerazliwym, panicznym lękiem. Zmusiłam się żeby przełknąć cokolwiek wiedząc,że muszę, leki czekały , a żołądek był pusty.
Kiedy siedziałam ponownie w samolocie dopadła mnie potworna histeria i myśli, których się wstydzę.
Potwornie zgrzeszyłam...
Prosiłam Boga,żeby mi już ulżył , żeby ten samolot spadł i cały ten koszmar, który trwa juz od 2,5 roku w końcu się skończył.
Dzisiaj brzydzę sie tego o co prosiłam i przepraszam,ale byłam tym wszystkim już potwornie zmeczona.
Dalej jestem ...
Myślałam,że tak będzie dla mnie i dla moich bliskich lepiej.
W końcu skończy się strach, ból ...
Choć tak naprawdę tego nie chcę...
Kiedy wylądowałam nie czułam kompletnie nic, ani strachu ani radości... po prostu nic ...
I kiedy pchałam wózek z walizką jakby tego wszystkiego było mi mało poproszono mnie na bok na kontrolę osobistą ...
Walizka wypchana lekami przykuła uwage celników. Wiem , musieli sprawdzić ale czułam juz taki żal ...
Kiedy otworzyły sie drzwi i zobaczyłam swoich bliskich nogi sie pode mna ugieły i dalej mało pamiętam. To był jakis horror, już nie wytrzymałam i pękłam do reszty... wszyscy pękli ...
I tak probuje się otrząsnąć z tej całej traumy do dnia dzisiejszego...
Próbuje chociaż na chwile zapomnieć,że jestem chora, że ten cały koszmar trwa juz 2,5 roku...
Że to będą już 3 Święta z gadziskiem ...
Ale z tych prób nic nie wychodzi
A dodatkowo inne rzeczy wymknęły się spod kontroli, a na pewne nie mam kompletnie wpływu ...
I skąd brać na to wszystko siły ???
No skąd ???
...

Dodatkowo męczy mnie nocna bezsenność ...





piątek, 15 listopada 2013

[ 84 ] KOCHAM CIĘ ŻYCIE ...

Bo warto żyć ...
I tego staram się usilnie trzymać ...
Czasami z lepszym, czasami z gorszym skutkiem, ale ciągle się staram.
Wtorek był dniem mega intensywnym, wyczerpującym i pełnym stresu ...
Całe napięcie dopiero ze mnie schodzi ... A ja układam sobie to wszystko powoli w głowie ...
Moja walka się jeszcze nie skończyła, ale dalej jestem na prowadzeniu i ciągle mam nadzieję wygrać nie tylko bitwę,ale całą ta piekielną wojnę ...
Wtorek...
Parę minut po 7:00 rano , piękne słoneczko i wyruszamy w kierunku Radiologii.
2 godziny jazdy w korku i w końcu udaje Nam się dotrzeć na miejsce. Dwie kobitki w samochodzie, a bez użycia nawigacji udało się dojechać do celu... Jak zwykle wypełnianie sterty papierów, dokumentów i przyszedł po mnie mój ulubiony Pielęgniarz ... Ma facet wprawę w robieniu wkłucia ... Nic na to nie poradzę i wiem , że nigdy nie przestane się bać przeraźliwie igieł ... a tu taka niespodzianka... sekund pięć i wkłucie bezboleśnie założone... niesamowite, radioaktywny znacznik podany i zostaje już w ciemnym pokoju sama ... czekam na swoją kolej ...  czekam i nawet nie wiem kiedy w fotelu zasypiam. I kiedy tak rozpływam się w błogiej nicości ze snu wyrywa mnie głos pielęgniarza, który o mało nie łamiąc sobie języka próbuje wymówić moje nazwisko ... nie udało mu się ale przynajmniej mnie rozbawił i poczułam się jakoś dziwnie spokojna :-) Siły dodawały mi dodatkowo wiadomości od moich bliskich i nie tylko, telefon był gorący a ja czułam naprawdę , że jestem dla tych wszystkich ludzi ważna ...
W końcu badanie dobiegło końca, czekamy na nagranie badania i obieramy kierunek Burzynski Clinic. Wszystko pięknie zaplanowane i rozłożone w czasie. 
Docieramy na miejsce oddaje płytkę i sama szykuje się do kolejnego wlewu ...
I kiedy tak czekam na kolejne badania i przygotowanie do infuzji okazuje się, że płytka z moim badaniem to nie ta, która powinna być, a stare badanie sprzed 4 miesięcy ...
Powtórka z rozrywki i czarownica z Dąbrowy znowu w akcji :-) I wtedy pomimo tego , iż strach mnie całkowicie paraliżował jakoś dziwnie poczułam,że to dobry znak ,że nie może być gorzej ...
I kiedy po skończonym wlewie wymęczona po całym dniu czekania, po całym dniu badań zobaczyłam w drzwiach całą świtę "moich" lekarzy czułam, że serce wyrywa mi sie z klatki piersiowej ... 
I kiedy tak w bezruchu patrzyłam na twarz dr Burzyńskiego bałam się panicznie usłyszeć jednego słowa ... progresja ... ale zamiast tego usłyszałam, że ... JEST LEPIEJ !!!
Gadzisko dalej sobie dycha w moim mózgu, ale z osłabioną siłą ... Wiadomo, marzyłam usłyszeć, że nic tam nie ma, że GAD skapitulował,ale jeszcze trzeba go podobijać i walczyć dalej. 
Aktywność guza to obszar około 1 cm, broni się swoimi mackami pasożyt jeden. Cały 2012 rok należał do Niego kiedy każde kolejne badanie wykazywało Jego rozrost, a 2013 rok należy do mnie ...
Przede mną jeszcze długa, kręta droga ale " uparcie i skrycie o życie kocham Cię, kocham Cię nad życie !"
Jest lepiej...małymi kroczkami ... lepiej ...
I kiedy tak chłonęłam pomału wszystkie te wiadomości nastąpił kolejny cud ... bo jak inaczej mogę to nazwać... Święta Bożego Narodzenia spędzę w domu !!! Co prawda nie polecę do domu bez celu bo czeka mnie w Bydgoszczy kolejne badanie PET, ale jest to niezbędne do podsumowania dotychczasowego leczenia, ale najważniejsze , że ponad miesiąc będę w domu ... Święta z najbliższymi ... nie mogłam dostać lepszego prezentu od losu ...
To muszą być najpiękniejsze Święta ... Muszą ...
Jeszcze nie mogę w to wszystko uwierzyć, ale wiem, że tam na górze mam swoich osobistych Aniołów Stróżów i to Ich zasługa ...
A ja dalej , niezmiennie proszę o siłę , żebym dała rade to wszystko wytrwać ... i mogła w końcu powiedzieć BYŁAM CHORA ... JESTEM ZDROWA ...





poniedziałek, 4 listopada 2013

[ 83 ] NIE WIE NIKT CO SIĘ MOŻE STAĆ ...

Ciągle jestem...
Choć nie udaje mi się wyjść z tego zimnego, ponurego cienia ...
I chociaż nie wiem jak bym sie starała... 
I chociaż nie wiem jak bym z " tym wszystkim" walczyła, ta niewidzialna, mroczna siła ciągnie mnie w dół ...
Paskudne GADZISKO zaciera ręce, że udaje mu sie mnie po raz kolejny złamać...
A mnie najnormalniej w świecie brakuje sił ...
Ten ostatni czas jest dla mnie wyjątkowo ciężki ...
Zaczął się 9 miesiąc mojej walki za oceanem ...
9 miesiąc rozłąki ...
Jestem wdzięczna za wszystko co mnie do tej pory spotkało..
Wielu takiej szansy nie miało ... doceniam...
Ale czasami mnie to wszystko już przerasta ...
Wszyscy mi powtarzają, że zleciało nie wiadomo kiedy ... 
Jaka jestem twarda !!!
Szkoda, że mnie tak nie leci ...
Szkoda,że z tą twardością nie mam nic wspólnego ...
I chociaż jak mawiała Dorcia kamuflaż musi być przede wszystkim są sytuacje kiedy sie po prostu nie da ...
Włączono mi ponownie chemie ...
Nie !!!
Nie zaprzyjaźnimy sie nigdy !!!
Pomimo zmniejszonej dawki moje ciało z " nią " nie współgra ...
Walczymy między sobą ...
Twardo bronie się przed wiszeniem na toalecie !!!
Odpycham rękami i nogami...
I codziennie przed snem zastanawiam się czy jutro tez mi się uda ...
A wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie ...
Byłam dzisiaj naprawdę szczęśliwa kiedy udało mi się wytrwać całą msze w kościele ...
W dodatku usłyszeć w czasie chemii , że się wygląda kwitnąco potrafi dodać na chwilę skrzydeł !!!
No ale szczęście nie trwało zbyt długo i przyszła niemoc ...
W dodatku ostatni czas ... " Wszystkich Świętych" i szaleństwo myśli w mojej zamieszkałej przez PASOŻYTA  głowie też robi swoje ...
A całość potęguje fakt , że za 8 dni ... 12 listopada badanie PET Scan mózgu , a ja nawet boję się o tym wszystkim głośno myśleć ...
Za dużo tego wszystkiego ...

A ja chcę tylko jednego ...
Więc proszę o modlitwę...

"To jest wielka tajemnica:
Co dla kogo zapisane?
W gwiazdy patrząc - nie odmienisz nic"
...







sobota, 28 września 2013

[ 82 ] WYCHODZĘ Z CIENIA ...

I przyszedł trudny czas ...
Moje słońce schowało się za ciemne chmury ...
Dopadł mnie kolejny kryzys... tym razem fizyczny ... 
Spadek sił, całkowity brak apetytu ... dosłownie całkowity jadłowstręt ...
Waga spadała w zastraszającym tempie ... no ale z czego miała chociażby stać w miejscu ... Przecież jeszcze od powietrza nikt nie utył ...
Moje ciało zaczęło ostentacyjnie demonstrować swój sprzeciw... a zaraz za nim z tej bezsilności pojawiła się niemoc psychiczna ...
Choruje ciało.... choruje dusza ...
Zdrowy by tego nie wytrzymał !!!
I wtedy kółko się zamyka ... chcesz być silna, a nie potrafisz ...
I wchodzisz coraz głębiej i głębiej w nicość... bo to do niczego nie prowadzi ...
I znowu nachodzą człowieka te piekielne złe myśli... odganiasz...odpychasz , a one goszczą nieproszone ...
I nic ... 
I nikt nie jest w stanie pomóc ...
Z dnia na dzień było gorzej...
A serce pękało mi z rozpaczy, bo czułam że zawodzę ...
Lekarze podjęli decyzje o przesunięciu terminu kolejnej chemii ... część leków mojej terapii genowej również została wstrzymana ...
Musiałam dojść do siebie ...
Nowe leki pobudzające apetyt działają cuda !!!
A wiadomo jest apetyt jest siła i dobra forma psychiczna !!!
Jeszcze nigdy w życiu jedzenie nie sprawiało mi takiej przyjemność...
Dokładnie przyjemności... bo od kilku dni jem nie dlatego, że tak trzeba tylko odczuwam taką potrzebę ...
I kiedy staje na wagę i komisyjnie stwierdzamy , że przez tydzień przybyło około 2,5 kg łza się kręci w oku... łza szczęścia ... i znowu nabieram ochoty do walki !!!
I chociaż chwilowo mi tej woli walki zabrakło, to jednak  z tej malutkiej tlącej sie iskierki pomału zaczyna sie tlić znowu płomień ...
A ja walczę nieustannie z tym, żeby nie przygasł...
I chociaż dzisiaj słynny dren sobie o mnie przypomniał i utrudniał przez cały dzień życie to i tak obudziłam się z myślą , że pomimo wszystko i tak warto żyć !!!!
Wychodzę z cienia ...





piątek, 30 sierpnia 2013

[ 81 ] BIEGNĘ W OGIEŃ ... BY MOCNIEJ ŻYĆ !!!

Kończy się dzień, który nazwę dniem z "kluską w gardle".
Już nie pamiętam, aż tak bezsennej nocy ... 
Kiedy człowiek przerzuca się z boku na bok, zmienia pozycje, ciężko oddycha, próbuje zaczerpnąć powietrza a ten cholerny niepokój nie pozwala zatracić się w objęciach Morfeusza...
Jedynym pozytywem mojej bezsenności było pałaszowanie po lodówce i grzanie o 1:30 gołąbka !!!
Co nie umknęło uwadze niektórym domownikom :-)
Ale najważniejsze, że jem ... nie ważne o jakiej porze ...
I kiedy w końcu bladym świtem udało mi się zasnąć zadzwonił budzik, że czas wstawać ...
"Kluska" stanęła w gardle i nawet umycie zębów sprawiało mi nie lada problem ...
Ale jakież miałam inne wyjście ???
Pomimo, iż chemia sprzed kilku dni dała znowu popalić z przyśpieszonym biciem serca podrasowałam twarz , bo nawet w tej cholernej chorobie staram się ze wszystkich sił dobrze wyglądać...
Narzuciłam coś na przysłowiowego garba i wyruszyłyśmy z moją "starszą siostrą" w kierunku kliniki w wiadomym celu... MRI - rezonans...
Tym razem bez Mamuśki ... ale najważniejsze nie sama ... bo samotność w tym całym nieszczęściu, które mnie dotknęło to mój wróg numer dwa... i tego się wystrzegam !!!
W drodze do kliniki mój telefon był czerwony... Mamuśka, Tatko, rodzinka i moi przyjaciele wszyscy telepatycznie łączyli się ze mną i wysyłali pozytywną energię ...
I kiedy dostałam od Tatka zdjęcie z Częstochowy z Jasnej Góry myślałam, że serce rozwali mi klatkę piersiową ...
Sama myśl, że On w tej chwili tam był dodała mi skrzydeł...
Dotarłyśmy ... w oczekiwaniu na kierowcę z kliniki , w której wykonują MRI dostrzegłam Daniela brata Kamila, który z tego samego powodu co ja znalazł się w tym miejscu, do którego ja trafiłam 7 miesięcy temu ...
I wtedy już napięcie sięgnęło zenitu ... już nie mogłam się opanować ... łzy zalały moje polika ... nie były to łzy szczęścia były to łzy przerażenia, żalu , rozpaczy , że kolejny młody człowiek walczy z tym GADZISKIEM !!! I przez moment wróciłam do punktu wyjścia ... DLACZEGO JA ??? DLACZEGO ON ???
Totalny bezsens ... pytanie, które już zawsze pozostanie bez odpowiedzi ... nie warto sobie strzępić języka ...
Cóż było robić ... kierowca podjechał, a ja posłusznym krokiem skazańca podreptałam w wiadomym kierunku ...
Potwornie się dzisiaj denerwowałam... i kiedy tak czekałam na swoją kolej w telewizji w amerykańskich wiadomościach pokazywali skazańca... mordercę, na którym wykonano karę śmierci ... budujące to to nie było ... człowiek ze wszystkich sił walczy o swoje życie.. a inny po prostu w bestialski sposób je komuś odbiera ...
Na szczęście w porę wywołano moje nazwisko... nie miałam czasu na dalsze rozmyślania ...
Wjechałam do tuby i próbowałam odepchnąć złe myśli ... i właśnie wtedy w słuchawkach nałożonych na uszach zabrzmiała piosenka Michaela Jacksona " You are not alone" i poczułam błogie ciepło ... czułam, że naprawdę nie jestem sama ...
Badanie dobiegło końca i nadszedł czas konsultacji w Burzynski Clinic ...
Całkiem zwariowałam ...
Kiedy 4 moich lekarzy z dr Burzyńskim na czele wkroczyli do pokoju przez moment byłam myslami w innym świecie ...
I padły sakramentalne słowa... obraz jest stabilny ...
W pierwszej chwili ogarnęła mnie panika ... ale po chwili zaczęło do mnie docierać, że przecież nie jest gorzej !!!
A to w tej całej walce jest przecież najważniejsze !!! 
Tym bardziej, że sam dr Burzynski stwierdził, że wszystko zmierza we właściwym kierunku ...
No a to przecież nie grypa... za tydzień nie przejdzie... trzeba czasu ... cierpliwości ...
Dlatego biegnę w ogień, by mocniej żyć !!!
A kolejny tym razem PET scan za 8 tygodni pokaże , że to " coś" całkowicie zdechło... mam nadzieję, że w olbrzymich męczarniach ...
A ja nadal kontynuuje dotychczasowy schemat leczenia i zbieram w sobie potężne pokłady energii od wszystkich otaczających mnie w realnym i wirtualnym świecie PRZYJACIÓŁ...
A Ja ... My ... musimy tą wojnę wygrać ...












czwartek, 29 sierpnia 2013

[ 80 ] BEDZIE TO CO MUSI BYĆ ... ZDARZEŃ NIE PRZYSPIESZY NIC ...



Będzie to co musi być...
U mnie jutro w Polsce już dzisiaj ...
Kolejne badanie... kolejny rezonans ...
Próbuje, calutki dzień próbuje zebrać się do kupy przed kolejnym ważnym sądnym dniem ...
Po takim czasie powinnam już przywyknąć ...
Juz teraz wiem ze 100 % pewnością ...
Nie przywyknę nigdy ...
Ten wszechogarniający strach będzie mi towarzyszył już do końca życia ...
I choćbym nie wiem jak sie starała, choćby nie wiem ilu ludzi wokół próbowało mnie uspokoić , pocieszyć , nie przeskoczę tego...
Zając myśli chociaż na chwilę...
Cały dzień próbuje... i co ??? 
Z marnym skutkiem ... 
Uryczałam sie jak bóbr dzisiaj na Skypie rozmawiając z moimi bliskimi
Chciałabym powiedzieć: " zadzieram kiecę i lecę "
Ale ...
Będzie to, co musi być 
Wsłucham się w pierwotny rytm
Zsynchronizuje z ziemią puls
Zdarzeń nie przyspieszy nic...


środa, 14 sierpnia 2013

[ 79 ] NIEKONCZACA SIE OPOWIESC ...

Duzo sie ostatnio dzialo ...
Ostatni tygodnie zapadna mi na dlugo w pamieci ...
To jest jedna wielka niekonczaca sie opowiesc ...
Mowia  ... co nas nie zabije to nas wzmocni , ale ... 
Nie ma co narzekac trzeba przec do przodu i zaciskac zeby...
Ostatnia chemia przyslowiowo i w sumie w rzeczywistosci zwalila mnie z nog ...
Juz myslalam, ze to sie nigdy nie skonczy ...
Nigdy nie bylam fanka anorektyczek, ale przyszla kryska na Matyska i patrzac w lusterko widzialam doslownie swoj cien ...
Troche zajelo mi zeby dojsc do siebie i za tydzien znowu powtorka z rozrywki ...
Tym razem bez obstawy Mamuski ...
Teraz licze na moje Dobre Anioly i na lut szczescia, ze tym razem bedzie lepiej i nikt nie bedzie mnie musial sciagac z lazienkowej posadzki, kiedy po calej nocy spedzonej nad muszla nie bylam w stanie nawet sie podniesc...
Tucze sie ... tucze ... i ciesze jak dziecko z kazdego przybranego kilograma... nie sadzilam , ze kiedys w swoim zyciu doczekam takiej chwili.... a jednak...
Chemia zrobila swoje , ale z kazdym dniem podnosze sie jak Feniks z popiolu 
I kiedy wydawalo mi sie , ze gorzej juz byc nie moze okazalo sie inaczej...
Nikt nie chcial mnie dodatkowo martwic ... dobijac ...
Ale wyszlo szydlo z worka ...
Jak to mowia nieszczescia chodza parami  i kiedy ja probowalam jakos przetrwac ten okropny czas moj Tatko chcial mi zaoszczedzic kolejnego cierpienia i wszyscy domownicy lacznie z Mamuska ukrywali przede mna,ze mial wypadek w pracy ... 
Malo nam wszystkiego wiec ... Tatko stracil palca ...
Strach pomyslec co moglo sie gorszego stac ...
Na sama mysl wszystko podnosi mi sie w srodku i chyba do tej pory tego wszystkiego nie ogarniam ...
Wiec pytam ile jeszcze ???
Jak dlugo ???
Nikt nie zna odpowiedzi ...
Cos caly czas wisi ewidentnie w powietrzu ...
Mamuska musiala wracac ... minely juz dwa tygodnie kiedy widujemy sie codziennie na Skypie ... a w sumie i tak jakos do konca to do Nas nie dociera.
Zostalam teraz z moja druga Rodzina, z moimi przyjaciolmi ... wiem, ze bez Nich nie zgine...




Ale latwo nie jest
W sumie nikt nie obiecywal, ze bedzie ...
Ale wiem, ze musze, bo w tym wszystkim musi byc jakis cel, misja do spelnienia ...
I dostajac pare dni temu wiadomosc od mojej Szefowej: " Karolciu, zostalam babcia... teraz czekam na Ciebie !!!" zrozumialam, ze na drugim koncu swiata oprocz moich najblizszych sa zupelnie obce mi osoby, dla ktorych moj los nie jest obojetny i utesknieniem czekaja na mnie...
Bo to właśnie czas po­kazu­je Nam, kim dla ko­goś jes­teśmy i ile znaczymy... 
A ja postaram sie zrobic wszystko, doslownie wszystko zeby caly ten koszmar zakonczyl sie sukcesem !!!
Dalej ciagle mam nadzieje, ze mi sie uda ...